----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----

Udostępnij znajomym:

Ostatnie wydania "Monitora" poświęcone były współuzależnieniom. Wyjaśniałam co to znaczy być osobą współuzależnioną i jakie są tego konsekwencje. Pisałam też o konieczności zmian w samych osobach współuzależnionych. Zanim przybliżę Państwu sposób dokonywania tych zmian (jest to trudny i skomplikowany proces), omówię bardzo ważny aspekt uzależnień utrudniający dokonywanie zmian, a mianowicie tak zwane mechanizmy obronne. Wspomniałam o nich marginalnie już w poprzednich wydaniach, obecnie - o nich szerzej.

Z psychologicznego punktu widzenia mechanizmy obronne można definiować jako pewne specyficzne sposoby funkcjonowania chroniące przed utratą szacunku do siebie samego i chroniące własne wartości. W warunkach normalnych są korzystne dla zdrowia psychicznego człowieka i służą przystosowaniu. Podobnie, lecz wadliwie, służą osobom uzależnionym. Podejrzenie, że się jest alkoholikiem ma niestety ciągle jednoznacznie negatywny wydźwięk moralny, więc nikt nie chce dobrowolnie przyznać się, że nim jest. W mniemaniu wielu ludzi alkoholik to ktoś zły, więc aby nie przyznać się do tego, że jestem złym człowiekiem - zaprzeczam, że jestem alkoholikiem. Zaprzeczanie jest objawem choroby alkoholowej (i innych uzależnień), która nie bez powodu w języku angielskim nosi nazwę "disease of denial", czyli choroby zaprzeczeń. Zaprzeczenie jest obok racjonalizacji jednym z mechanizmów obronnych i ma miejsce wtedy, gdy jakaś prawda o rzeczywistości dociera wprawdzie do naszej świadomości, ale nie chcemy jej przyjąć i odrzucamy fakty oczywiste. Zaprzeczanie dotyczy nie tylko samych uzależnionych, ale także innych członków rodziny. Integralną częścią uzależnienia jest mechanizm, który wciąż przekonuje osobę uzależnioną i często też jego rodzinę, że nie jest on uzależniony. Do tego służy racjonalizacja - oznacza ona znajdowanie różnych rozumowych uzasadnień, aby wytłumaczyć istniejący stan rzeczy. "Piję nie dlatego, że jestem uzależniony, ale dla-tego, że mam problemy w pracy (szef to wredny człowiek), kłopoty z żoną (jest zrzędliwa i nietolerancyjna) i dziećmi (nie chcą się uczyć), nikt mnie nie rozumie, jestem nerwowy, miałem trudne dzieciństwo, jestem przemęczony, mam pecha, ciągle mam jakieś okazje do picia, ta polityka mnie wykańcza". Właściwie wszystko może być dobrym wytłumaczeniem nadużywania alkoholu i innych narkotyków (a także gier hazardowych, gry na giełdzie - bo to też może uzależniać, jedzenia, seksu, leków). Osoba uzależniona stara się przerzucić winę na kogoś innego (najczęściej na najbliższych) lub na inne, niezależne od niej okoliczności. Cała ta struktura zaprzeczeń związana z mechanizmami obronnymi może być tak silna, że czasem zdarza się, iż alkoholik umiera na chorobę alkoholową do końca zaprzeczając, że jest alkoholikiem. Jak to możliwe, że ktoś, kto funkcjonuje w tak odbiegający od normy sposób, ciągle tego nie dostrzega i nie chce przyznać się, że jest chory na chorobę alkoholową? Jeden powód to właśnie mechanizmy obronne, które chronią przed konfrontacją, tak dalece zniekształcając percepcję, że dotarcie do prawdy staje się niemożliwe. A prawda jest taka, że pijemy nie dlatego, że mamy różne trudne przeżycia, lecz mamy takie przeżycia, ponieważ pijemy. Pijemy zaś dlatego, że jesteśmy alkoholikami. Drugi powód to ochrona alkoholika przed konfrontacją z rzeczywistością, którą to ochronę zapewniają choremu jego bliscy (najczęściej współmałżonek lub rodzice). Pisałam już o tym, że można pomóc alkoholikowi w przełamaniu mechanizmów obronnych - całej struktury zaprzeczeń. Można to zrobić tylko w jeden sposób - przestać go chronić (biorąc na siebie odpowiedzialność za skutki jego własnych zachowań) i umożliwić mu doświadczenie często bardzo bolesnych konsekwencji jego nieprawidłowego funkcjonowania w życiu. Tylko konfrontacja chorego z własnym cierpieniem, wynikającym z bezradności wobec uzależnienia, może spowodować, że alkoholik przestanie beznadziejnie walczyć o kontrolę i wykazanie "siły woli". To może doprowadzić wreszcie do kapitulacji, do uznania faktów, które do tej pory bezsensownie odrzucał, a które ponad wszelką wątpliwość wskazują, że jest bezsilny wobec alkoholu. Oznacza to uznanie siebie za alkoholika, a alkoholizm za chorobę. Oznacza to także przełamanie całej skomplikowanej struktury zaprzeczeń i rozpoczęcie procesu zdrowienia. Bez tego elementu (przełamania struktury zaprzeczeń) alkoholik nie ma szansy na odzyskanie zdrowia i normalne życie. Nie ma też tej szansy jego rodzina. Dlatego właśnie w interesie najbliższych nie powinno być ułatwianie życia (i picia) uzależnionemu, bo tylko, choć wygląda to paradoksalnie, może pomóc maksymalne utrudnianie: niech wreszcie straci pracę, niech ma sprawę w sądzie za znęcanie się lub D.U.I., niech odczuje samotność i odrzucenie, lęk i beznadziejność swojego położenia. Możemy myśleć, że skoro alkoholizm jest chorobą, to takich ludzi powinno się leczyć, a nie karać, ale często trzeba ich karać, aby zechcieli się leczyć. Może brzmi to okrutnie, ale musimy mieć na uwadze, że choroba alkoholowa (i inne uzależnienia) mają właśnie taki okrutny, niszczący charakter. Jeśli zdecydujemy się na "pomaganie", to odniesie to tylko doraźny skutek i doprowadzi do tego, że proces zdrowienia opóźni się. Nie o to nam przecież chodzi (nam, osobom współuzależnionym).

Ogromnie trudno jest przełamać mechanizmy obronne (zaprzeczenie, racjonalizacje), gdy ktoś wspiera nasze picie, pomagając nam uchronić się przed odpowiedzialnością i konsekwencjami. "Jak mogę go (ją) zostawić" pytają zrozpaczeni współmałżonkowie czy rodzice - "przecież beze mnie całkiem się stoczy". A czy nie stacza się razem z tobą? Warto cały czas pamiętać, że choroba alkoholowa (i inne uzależnienia) to choroba o charakterze progresywnym, czyli postępująca, chronicznia i, niestety, doprowadzająca do śmierci (jeśli nie jest leczona). Taka jest smutna prawda i nawet, jeśli z całej duszy staramy się pomóc bliskiemu choremu, to nie możemy zatrzymać procesu chorobowego, bo nie jest to w naszej mocy (podobnie jak w chorobach nowotworowych, nie możemy się leczyć zamiast chorego, on musi to zrobić sam i nie jest to też sprawa jego silnej woli). Tak jak nie za sprawą silnej woli przestaniemy pić, bo silna lub słaba wola nie ma tu nic do rzeczy (o tym napiszę przy innej okazji). Osoby współuzależnione (współmałżonkowie, rodzice, czasem dzieci) są najczęściej nieświadomymi pomocnikami w nadużywaniu alkoholu (i innych narkotyków) i chyba w największym stopniu przyczyniają się do odwlekania decyzji o leczeniu. Jak więc postępować, żeby pomagać a nie szkodzić? Szczegółowa odpowiedź na to pytanie nie jest ani prosta ani jednoznaczna, tak jak i konieczność dokonania zmian w odczuwaniu, myśleniu, postępowaniu współuzależnionych wobec chorych członków rodziny. Wprowadzanie zmian to nie jest czynność jednorazowa, to proces, który przebiega w pewnym (czasem krótszym lub dłuższym) czasie. Dokonywanie zmian to też pewna, zwykle niełatwa umiejętność, której, jak wszystkich innych umiejętności, trzeba się nauczyć. Jak to zrobić? Tę kwestię postaram się omówić w następnym artykule.