Pieniędzy nie zabierzemy ze sobą do grobu - to powiedzenie zna niemal każdy. Nie wszyscy jednak wyciągają z niego te same wnioski. Dla jednych najważniejsze jest pozostawienie majątku dzieciom i wnukom. Inni wolą wykorzystać oszczędności za życia: spełniać marzenia, podróżować i pomagać bliskim wtedy, gdy najbardziej tego potrzebują.
To drugie podejście określa się jako „die with zero”, czyli „umrzeć z zerem”. Spopularyzował je Bill Perkins, zarządzający funduszem hedgingowym i filantrop, w książce pod tym samym tytułem. Choć hasło może brzmieć jak zachęta do wydania ostatniego dolara, jego sens jest nieco inny. Chodzi o to, by pieniądze służyły życiu, zamiast przez całe życie pozostawać celem samym w sobie.
James Malatos, certyfikowany doradca finansowy z Harbor View Private Wealth w Atlancie, uważa, że ta filozofia daje ludziom przyzwolenie na korzystanie z doświadczeń, na które wcześniej odkładali. Po dziesięcioleciach oszczędzania obserwowanie malejącego salda może jednak budzić niepokój. Szczególnie gdy aplikacje finansowe pozwalają w każdej chwili sprawdzić wartość majątku na ekranie telefonu.
Zdaniem Malatosa łatwo przyzwyczaić się do myśli, że stan konta powinien wyłącznie rosnąć. Trudniej zatrzymać się i odpowiedzieć na pytanie, do czego zgromadzone pieniądze mają właściwie służyć.
Filozofia, a nie plan wydania ostatniego dolara
„Die with zero” nie należy rozumieć dosłownie. Zwykle nie wiemy, jak długo będziemy żyć, więc zaplanowanie wydania ostatnich pieniędzy dokładnie w ostatnim dniu życia jest niemożliwe. Malatos zwraca uwagę, że całkowite wyczerpanie oszczędności oznaczałoby konieczność utrzymywania się wyłącznie ze świadczeń Social Security, emerytury pracowniczej lub innych regularnych wypłat.
W praktyce chodzi raczej o świadome korzystanie z majątku: przeznaczanie go na rzeczy, które dają satysfakcję, oraz na poprawę życia innych. Alternatywą jest wieloletnie odkładanie wydatków i pozostawienie po śmierci milionów dolarów na koncie emerytalnym.
„Wydawanie pieniędzy jest w porządku” – mówi Michael Espinosa, certyfikowany doradca finansowy z TrueNorth Wealth w Salt Lake City. „Nie wygrywa się żadnych nagród za posiadanie 5 milionów dolarów na koncie w dniu śmierci”.
Jak zauważa, samo wydawanie pieniędzy nie jest więc czymś niewłaściwym, jeśli wcześniej zadbano o bezpieczeństwo finansowe.
To właśnie ten warunek sprawia, że podejście nie nadaje się dla każdego. Najlepiej odpowiada sytuacji osób mających znaczne oszczędności emerytalne, przewidywalne dochody na emeryturze albo oba te zabezpieczenia. Jeśli ktoś nie jest pewien, czy pieniędzy wystarczy mu do końca życia, planowe zmniejszanie zasobów może być ryzykowne.
Espinosa zauważa, że część młodych ludzi wykorzystuje hasło „die with zero” jako usprawiedliwienie rezygnacji z oszczędzania. Życie chwilą oznacza wtedy kosztowne wakacje opłacane kartą kredytową i odkładanie troski o emeryturę na później. Pod pozorem pełnego korzystania z życia może kryć się zwykła nieodpowiedzialność finansowa.
Zanim zaczniemy zastanawiać się, jak nie pozostawić po sobie zbyt dużego majątku, powinniśmy mieć fundusz na nieprzewidziane wydatki, spłacone wysoko oprocentowane zadłużenie, odpowiednie ubezpieczenia oraz przemyślany plan dochodów na emeryturze.
„Najpierw zadbaj o swoje finanse, a potem możesz martwić się, czy nie umrzesz z nadmiarem pieniędzy pod koniec życia” – mówi Espinosa.
Niektóre wydatki mają swój właściwy moment
W tej filozofii znaczenie ma nie tylko to, na co wydajemy pieniądze, ale również kiedy to robimy. Odkładanie na wyprawę na Kilimandżaro ma sens, jeśli w chwili realizacji marzenia zdrowie i kondycja nadal pozwolą nam wejść na górę. Nie każde doświadczenie można bez końca przesuwać na później.
Espinosa podkreśla, że chodzi o uniknięcie sytuacji, w której rezygnujemy z przeżyć dostępnych w młodszym wieku, choć mamy środki, by sobie na nie pozwolić. Świadome wydawanie polega więc na wybieraniu tego, co rzeczywiście cenimy, z uwzględnieniem etapu życia.
Podobna zasada dotyczy pomocy innym. Darowizna przekazana organizacji dobroczynnej za życia pozwala zobaczyć jej efekty. Z kolei dzieci mogą bardziej skorzystać z pomocy finansowej w wieku trzydziestu lat niż ze spadku otrzymanego kilka dekad później.
Catherine Valega, certyfikowana doradczyni finansowa i założycielka Green Bee Advisory w Burlington w Massachusetts, wskazuje przykład pieniędzy na wkład własny przy zakupie domu. Takie wsparcie może ułatwić dorosłym dzieciom rozpoczęcie samodzielnego życia. Spadek otrzymany po sześćdziesiątce odpowiada już na zupełnie inne potrzeby.
Nie oznacza to, że rodzice powinni rozdawać oszczędności kosztem własnego bezpieczeństwa. Chodzi o zastanowienie się, kiedy ich pomoc może przynieść największą korzyść.
Plan musi uwzględniać niespodzianki
Nawet starannie przygotowany plan finansowy może wymagać zmian. Choroba własna lub małżonka, utrata pracy przed planowaną emeryturą czy większe niż oczekiwano potrzeby dzieci mogą istotnie zmienić sytuację rodziny. Plan wydatków powinien zostawiać przestrzeń na takie zdarzenia.
Valega zaleca przeglądanie założeń co najmniej raz w roku, a w razie potrzeby częściej. Przywołuje historię klienta, u którego rozpoznano chorobę Alzheimera o wczesnym początku. Taka diagnoza zmienia zarówno codzienne życie, jak i wcześniejsze plany dotyczące pieniędzy.
Osobom, które chcą stopniowo korzystać z oszczędności, ale obawiają się wydania zbyt dużej sumy, może pomóc doradca finansowy. Espinosa wyjaśnia, że analiza różnych scenariuszy, w tym słabszych wyników inwestycji, pozwala ocenić ryzyko wyczerpania pieniędzy jeszcze za życia i ustalić możliwie bezpieczny poziom wypłat.
Gdy powstanie elastyczny plan uwzględniający również długie życie, pozostaje jeszcze zmiana przyzwyczajeń. Przejście od oszczędzania do wydawania bywa trudne, nawet jeśli liczby wskazują, że można sobie na to pozwolić.
Czasem oznacza to remont kuchni w wieku 75 lat. Innym razem wynajęcie domu w Meksyku i zaproszenie dzieci oraz wnuków na wspólne wakacje. Jak przekonuje Valega, na takie wydatki również można dać sobie przyzwolenie.