Wielomiesięczne nieobecności, zdawkowe komunikaty i wyborcy, którzy nie wiedzą, kiedy ich przedstawiciele wrócą do głosowania. Problemy zdrowotne członków Kongresu od dawna wywołują w Waszyngtonie dyskusję o tym, gdzie kończy się prawo polityka do prywatności, a zaczyna obowiązek poinformowania wyborców, czy nadal jest w stanie wykonywać swoją pracę.
Gdy była teksańska kongresmenka Kay Granger przestała uczestniczyć w głosowaniach w drugiej połowie 2024 roku, jej biuro prasowe milczało. Dopiero doniesienia lokalnych mediów ujawniły, że mieszkała w ośrodku dla seniorów. Jej syn potwierdził problemy związane z demencją, choć rodzina i biuro kongresmenki zaprzeczały, że przebywała na oddziale dla osób z zaburzeniami pamięci. Pozostała członkinią Kongresu do końca swojej kadencji.
Przypadek Granger nie jest odosobniony, ale stał się symbolem problemu, który może utrudniać pracę Kongresu i podważać zaufanie wyborców. Kolejne długie nieobecności ponownie wywołują pytania o zaawansowany wiek, sprawność polityków oraz informacje przekazywane przez ich biura. Problem dotyczy zarówno demokratów, jak i republikanów.
Gdy liczy się każdy głos
Przy niewielkiej przewadze jednej partii nawet pojedyncza nieobecność może przesądzić o wyniku głosowania. Problem dotyczy zarówno ustaw, jak i pracy komisji czy zatwierdzania nominacji na stanowiska federalne.
Republikanin Tom Kean Jr. z New Jersey przez niemal cztery miesiące nie uczestniczył w głosowaniach Izby Reprezentantów. Dopiero po powrocie pod koniec czerwca 2026 roku poinformował, że był hospitalizowany i leczony z powodu depresji. Wyjaśniał, że sam potrzebował czasu, aby zrozumieć swoją sytuację, a przewidywany początkowo termin powrotu okazał się nierealny. Jego nieobecność dodatkowo utrudniała pracę republikańskiej większości.
Podobne pytania wywołała nieobecność Mitcha McConnella z Kentucky, byłego lidera republikanów w Senacie. Po czerwcowym upadku i hospitalizacji przez około trzy miesiące pozostawał poza Kapitolem. Wrócił 14 września, poruszając się na wózku. Informował, że nadal dochodzi do zdrowia, a jego rekonwalescencję utrudniają następstwa przebytego w dzieciństwie polio.
Najbardziej znanym przykładem po stronie demokratów pozostaje Dianne Feinstein z Kalifornii. Wiosną 2023 roku przez około dziesięć tygodni nie uczestniczyła w pracach Senatu z powodu półpaśca i jego powikłań. Bez jej głosu demokraci nie mogli przeprowadzić przez Komisję Sądownictwa części nominacji sędziowskich, którym sprzeciwiali się republikanie. Po powrocie 89-letniej senator narastały pytania o jej sprawność. W lipcu kamery zarejestrowały sytuację, w której podczas głosowania zaczęła odczytywać wystąpienie, a przewodnicząca komisji i asystent przypominali jej, że powinna oddać głos. Feinstein pozostała na stanowisku do śmierci we wrześniu 2023 roku. Miała 90 lat i była wówczas najstarszą osobą zasiadającą w Senacie.
„Ameryka ma już dość ludzi, którzy się nie pojawiają. Są nieobecni zarówno psychicznie, jak i fizycznie” – mówi bez ogródek kongresmen Tim Burchett, republikanin z Tennessee wzywając do zmiany zasad dotyczących nieobecności i niezdolności do wykonywania obowiązków.
Społeczne poparcie dla reform jest szerokie. W badaniu Pew Research Center z 2023 roku 79 proc. Amerykanów opowiadało się za górnym limitem wieku dla wybieranych urzędników federalnych. Ograniczenie liczby kadencji członków Kongresu popierało 87 proc. respondentów. Oba pomysły znajdowały zwolenników wśród sympatyków demokratów i republikanów. Dziś Waszyngtonem rządzi gerontokracja. Symbolem tej ery stał się niedawno 93-letni szef Komisji Sądownictwa Senatu, Chuck Grassley, który w dyskusjach publicznych potrafi makabrycznie żartować z własnej śmiertelności.
Obowiązek informowania
W lipcu 2026 roku demokraci Ritchie Torres i Seth Moulton zgłosili projekt Duty of Transparency Act, czyli ustawy o obowiązku przejrzystości.
Zgodnie z propozycją członek Kongresu, który przewiduje nieobecność przez co najmniej 21 kolejnych dni, musiałby złożyć publiczną informację w ciągu pięciu dni od ustalenia, że taka przerwa będzie konieczna. Powinien podać jej ogólny powód, przewidywany okres oraz wyjaśnić, czy może nadal wykonywać część obowiązków, na przykład zdalnie. Informacje należałoby aktualizować co 30 dni.
Projekt chroni prywatność medyczną. Nie wymaga podawania diagnozy, przebiegu leczenia ani dokumentacji zdrowotnej. Jego celem jest zapewnienie wyborcom podstawowych informacji o dostępności ich przedstawiciela.
Znacznie dalej idzie koncepcja prawnika Johna Martina z Quinnipiac University, który zaproponował zmianę konstytucji wzorowaną częściowo na 25. poprawce, regulującej przekazywanie obowiązków prezydenta w razie niezdolności do ich wykonywania. Podobny mechanizm pozwalałby czasowo zastępować chorego członka Kongresu, a w ocenie jego stanu uczestniczyłaby niezależna rada lekarzy. Jednym z proponowanych zabezpieczeń byłoby zachowanie przynależności partyjnej zastępcy.
Zmiany napotykają opór
Mimo debaty i nacisków, rewolucji na Kapitolu szybko nie będzie. Propozycje wprowadzenia obowiązkowych testów psychologicznych czy „kryteriów poznawczych” regularnie przepadają w głosowaniach komisji.
Przeciwnicy zmian, tacy jak odchodząca senator Cynthia Lummis z Wyoming czy John Curtis z Utah, powtarzają starą waszyngtońską mantrę, że sytuacja każdego człowieka jest unikalna, a od weryfikacji zdrowia polityków są wolne media i sami wyborcy przy urnach.
Choroba może dotknąć każdego, również osobę sprawującą mandat. Wyborcy mogą zaakceptować konieczność leczenia i długiej rekonwalescencji. Znacznie trudniej oczekiwać od nich zaufania, gdy przez miesiące nie wiedzą, co dzieje się z wybranym przez nich politykiem.
Problem w tym, że w silnie spolaryzowanej Ameryce obawa przed utratą mandatu może być dla partii ważniejsza niż pytanie, czy ich przedstawiciel nadal potrafi wykonywać swoje obowiązki. Tym samym władza pozostaje także w rękach polityków, którzy mimo podeszłego wieku i coraz poważniejszych problemów zdrowotnych nie zamierzają ustąpić, a ich otoczenie nie chce powiedzieć, że czas odejść.