Wakacje dobiegają końca
Końcówka wakacji to w wielu domach czas gorączkowych przygotowań do nowego roku szkolnego. Rodzice kompletują wyprawki, kupują ubrania, sprawdzają plan lekcji i… układają kalendarz zajęć dodatkowych. Szachy w poniedziałek, piłka nożna we wtorek, fortepian w środę, basen w czwartek, robotyka w piątek, a weekend? Turniej, konkurs albo kolejny trening. Dzieci mają dziś kalendarze bardziej napięte niż ich rodzice. A przecież wakacje powinny kończyć się czymś zupełnie innym – odrobiną nudy.
Słowo „nuda” brzmi dziś niemal jak zarzut. Jeśli dziecko mówi: „Nudzi mi się”, wielu rodziców natychmiast czuje, że powinno coś z tym zrobić. Włączają kolejny film, proponują grę, zapisują na następne zajęcia albo organizują wyjazd. Jakby każda minuta musiała być produktywna i dokładnie zaplanowana. Tymczasem psychologowie od lat zwracają uwagę, że nuda nie jest wrogiem dziecka. Przeciwnie – bywa początkiem kreatywności, samodzielności i wyobraźni.
Dzieciństwo, które pamiętamy
Pokolenie dzisiejszych rodziców i dziadków wychowywało się zupełnie inaczej. Wielu z nas pamięta wakacje spędzane w Polsce u dziadków na wsi. Dni zaczynały się wcześnie i kończyły dopiero wtedy, gdy z pola lub podwórka wołano nas na kolację. Budowaliśmy szałasy z gałęzi, łowiliśmy kijanki, jeździliśmy rowerami bez celu, wspinaliśmy się na drzewa i godzinami obserwowaliśmy mrówki albo chmury. Nie było animatorów, harmonogramów ani aplikacji pokazujących, ile kroków zrobiliśmy. Był za to czas, którego nikt nam nie organizował.
Ci, którzy dorastali w miastach, wspominają podwórka między blokami pełne dzieci. Grało się w klasy, dwa ognie, kapsle, gumę czy piłkę nożną między trzepakiem a śmietnikiem. Wystarczyło wyjść z domu, aby znaleźć kolegów do zabawy. Rodzice często nie wiedzieli dokładnie, gdzie jesteśmy. Wiedzieli tylko jedno – wrócimy przed zmrokiem. Dzisiaj taki obraz wydaje się nierealny.
Podobnie było w Stanach Zjednoczonych jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Dzieci bawiły się na ulicy, jeździły na rowerach po całej okolicy, budowały domki na drzewach i wymyślały własne zabawy. Nie było telefonów komórkowych, lokalizatorów GPS ani ciągłego kontaktu z rodzicami. Dorośli zakładali, że dzieci poradzą sobie z większością codziennych wyzwań.
Era „helikopterowych mam”
Dzisiaj coraz częściej mówi się o zjawisku „helikopterowych rodziców”, którzy niczym helikopter nieustannie krążą nad swoimi dziećmi. W praktyce oznacza to nie tylko ciągłe kontrolowanie, ale także organizowanie każdej godziny ich życia. Dziecko jest wożone z jednych zajęć na drugie, a każda wolna chwila zostaje natychmiast wypełniona kolejną aktywnością czy atrakcją. Rodzice robią to z najlepszych intencji. Chcą dać swoim dzieciom wszystko, czego sami nie mieli. Problem w tym, że czasami dają im zbyt wiele. Dzieci bywają przemęczone nadmiarem atrakcji i zabawek i wcale się z nich nie cieszą.
Paradoks polega na tym, że im więcej oferujemy dzieciom, tym trudniej przychodzi im samodzielność. Kiedy każda aktywność jest zorganizowana przez dorosłych, dziecko przestaje ćwiczyć najważniejszą umiejętność – inicjatywę. Nie musi niczego planować, wymyślać ani rozwiązywać. Wystarczy, że pojawi się o wyznaczonej godzinie, a resztą zajmie się trener, nauczyciel lub instruktor.
Nuda rozwija bardziej, niż myślimy
Nuda działa inaczej. Zmusza mózg do pracy. Po pewnym czasie dziecko zaczyna szukać pomysłu na zajęcie. Sięga po kredki, buduje coś z klocków, pisze opowiadanie, konstruuje bazę z koców albo wychodzi na podwórko. To właśnie wtedy rodzi się kreatywność. Wielu artystów, naukowców i przedsiębiorców wspomina, że najlepsze pomysły pojawiały się nie wtedy, gdy byli zajęci, lecz wtedy, gdy mieli czas na swobodne myślenie.
Oczywiście świat się zmienił. Nie chodzi o to, aby całkowicie wrócić do lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych. Chodzi raczej o odzyskanie równowagi. Nie każde popołudnie musi być zaplanowane od pierwszej do ostatniej minuty. Nie każda umiejętność wymaga profesjonalnego kursu. Nie każde dziecko musi mieć wypełniony kalendarz przez cały rok.
To kosztuje więcej, niż się wydaje
Jest jeszcze jeden aspekt, o którym rzadko się mówi, czyli pieniądze. Każde dodatkowe zajęcia oznaczają nie tylko czesne. Dochodzą do tego dojazdy, paliwo, specjalistyczny sprzęt, stroje, składki klubowe, opłaty za turnieje czy obozy. Jedno dziecko uczęszczające na kilka zajęć może kosztować rodzinę kilka tysięcy dolarów rocznie, a jeśli dzieci jest dwoje lub troje, kwota szybko staje się bardzo poważna.
Nie oznacza to oczywiście, że należy zrezygnować ze wszystkich zajęć dodatkowych. Sport, muzyka czy nauka języków obcych to doskonała inwestycja. Warto jednak od czasu do czasu zadać sobie pytanie, czy dziecko naprawdę potrzebuje pięciu różnych aktywności w tygodniu. Być może dwie wystarczą, a zaoszczędzone pieniądze lepiej przeznaczyć na fundusz awaryjny, konto oszczędnościowe dla dziecka albo plan 529 na przyszłe studia. Czasami najlepszą inwestycją okazuje się nie kolejny kurs, lecz finansowe bezpieczeństwo całej rodziny, a także czas wolny.
Najlepsze wspomnienia są za darmo
Wielu rodziców martwi się, że jeśli ich dziecko nie będzie uczęszczało na kolejne zajęcia, zostanie w tyle za rówieśnikami. Tymczasem sukces odnoszą nie tylko ci, którzy od piątego roku życia mieli wypełniony kalendarz. Sukces odnoszą przede wszystkim ludzie ciekawi świata, samodzielni, potrafiący rozwiązywać problemy i odnajdywać się w nowych sytuacjach. Takich umiejętności nie zawsze można nauczyć podczas zorganizowanych zajęć.
Kończące się wakacje są dobrą okazją, aby zadać sobie proste pytanie: czy naprawdę każde popołudnie mojego dziecka musi być zaplanowane? Może warto zostawić jeden czy dwa dni w tygodniu całkowicie wolne. Bez treningu, bez korepetycji, bez obowiązków, ale również bez telewizji. Niech dziecko samo zdecyduje, co chce robić. Być może przez pierwsze pół godziny będzie narzekało, że się nudzi i zacznie prosić o Youtube. Ale właśnie wtedy wydarzy się coś ważnego – zacznie tworzyć własny świat.
Być może za kilkanaście lat nasze dzieci nie będą wspominały kolejnego kursu ani następnych zajęć dodatkowych. Najcieplej zapamiętają dzień, kiedy zbudowały fort z poduszek, godzinami jeździły na rowerze z kolegami albo siedziały nad rzeką, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Takie chwile nie kosztują ani dolara, a często okazują się najcenniejszą inwestycją w szczęśliwe dzieciństwo.
Elżbieta Baumgartner
Elżbieta Baumgartner jest autorką wielu książek-poradników. Jej najnowsza książka to „Jak inwestować pieniądze bez stresu i ich nie stracić”. Jest ona dostępna w wersji elektronicznej na witrynie Poradnika Sukces, www.PoradnikSukces.com, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript., 1-718-224-3492.