„Bóg tkwi w szczegółach, a diabeł jest wszędzie” (motto powieści „Ciemno, prawie noc”)
To „wszędzie” nakłada się też, a może głównie, na literackie terytoria naszej rzeczywistości, bo jest tym, co fascynuje, niepokoi i inspiruje tych, którym przyszło zmierzyć się z paradoksem rozdwojenia, a raczej niemożliwej do pogodzenia dwójni, która definiuje to, co między dobrem a złem, czyli nas.
Będąc zanurzeni w tej niemożliwej do pogodzenia sprzeczności, miotamy się szukając sensów w zaprzedawaniu duszy diabłu za różne „benefity”, co nie zawsze kończy się tych sensów znalezieniem. Wprawdzie ułuda utopii poza dobrem i złem jest niezniszczalna, ale można zakładać z dużym prawdopodobieństwem, że skończy się dystopijną katastrofą.
Pytanie; czy diabeł może być zbawiony – co przekłada się na odwieczne pragnienie pokonania zła – jest błędne z założenia. Podążając za myślą profesora Kołakowskiego: dobro nie może istnieć bez zła:
„Siła niszczycielska, która niczego innego nie pragnie oprócz samego niszczenia. Spotykacie ją wszędzie i doświadczacie codziennie jej obecności – w waszych porażkach i błędach, w okrucieństwie i śmierci, w osamotnieniach i w niepełnionym pragnieniu. Spotykacie ją twarzą w twarz, najbardziej obecną – nie tam, gdzie jest niszczycielstwo rozumne, gdzie okrucieństwo i zło są tylko narzędziem, ale tam właśnie, gdzie same dla siebie są celem. [...]
Tam dopiero w pełni objawia się szatan, gdzie niszczenie nie ma poza sobą innego celu, okrucieństwo dla okrucieństwa się spełnia, upokorzenie dla upokorzenia, śmierć dla śmierci, cierpienie bez celu – albo gdzie cel jest tylko wtórnie przybraną maską racjonalizującą głód niszczycielski. Tam dopiero, choćby w nieznacznej porażce bytu, objawia się wam lodowata przemoc, której nie potraficie do niczego sprowadzić, niczym wytłumaczyć, niczym usprawiedliwić. Ona jest, bo jest, bo jest rzeczą, jak rzecz. […] ale zła, które samo dla siebie jest racją jako zło właśnie – tego zła nie potraficie pozbawić żywotności”. (Leszek Kołakowski, Rozmowy z diabłem, s. 60/61)
To, rzecz jasna, mówi demon w Stenogramie z metafizycznej konferencji prasowej demona w Warszawie dnia 20 grudnia 1963 roku. Zupełnie podobne w odsłonach zła absurdalnego, pozbawionego celu i rozumności są postaci zanurzone w świecie powieści Ciemno, prawie noc. Joanna Bator zawoalowana w literackim anagramie Alicji Tabor, udaje się w rejony Dolnego Śląska, by w okolicach pełnego tajemnic zamku w Książu pogrążyć się w rodzinnych zapętleniach. I jakkolwiek powieść można czytać na wiele sposobów, to nie ulega wątpliwości, że już pierwsze zdanie nakierowuje nas ku temu, co było:
„Poruszałam się po śladach zostawionych przez laty, zdziwiona, że moje stopy ciągle do nich pasują.” (s.7)
To przeszukiwanie śladów odkrywa niebywałe pokłady mroku, który czasem jest trudny do zniesienia. Wiele postaci powieści niesie ze sobą, a raczej w sobie, historie rodzinne dotknięte złem samym w sobie, czystym, idealnym, złem poza bytem i śmiertelnością – złem doskonałym i wiecznym, z którego nie można się wyzwolić, ani z którego nie można się wyleczyć:
Anna Lipiec, czyli Rosemarie – matka Alicji Tabor i jej siostry Ewy to jedna z tych postaci, których historia naznacza rodzinną sagę szaleństwem zła wcielonego. Podobnie dzieje się w życiu Ewy – która niesie w swym istnieniu ból, samotność i desperację rodzinnej traumy.
Ta trauma ma swe źródło w ty, co Demon ze „stenogramu metafizycznej konferencji prasowej” określa dość jasno i klarownie:
„...zło nie zawiera w sobie nic patetycznego, żadnej grozy ani wzniosłości, jest rzeczowe i oschłe, wskazuje dokładnie na rzecz, o którą chodzi, zwyczajnie. […] Zło jest rzeczą, zwyczajnie, jak rzecz”. (s. 58)
Sowieccy żołnierze gwałcący, jeden po drugim, niemiecką dziewczynkę, po paru chwilach nawet już nie pamiętali, że to zrobili. Maszerowali dalej, jak gdyby nigdy nic. Ale to „jak gdyby nigdy nic” jest istotą całego świata przedstawionego powieści Bator. To jedno zdarzenie, przecież ani wyjątkowe, ani rzadkie w czasach wojny, pociąga za sobą nieskończony w konsekwencjach łańcuch zła – wszystko zaczęło się od gwałtu na Rosemarie.
Te zapętlenia rodzinnej sagi W ciemno, prawie noc oglądamy w perspektywie wydarzeń byłych. To nie jest historia rodzinna, za którą podążamy w czasie teraźniejszym. To historia wspomnień, w której różne postaci, niekoniecznie określane więzami krwi, tworzą sieć powiązań, często o niebywałej komplikacji w zmaganiu się ze złem, jako takim.
Wystarczy przytoczyć losy Alberta Kukułki, którego oryginalnego nazwiska po matce cygance nie znamy, aczkolwiek wiemy, że mógł nosić niemieckie, po ojcu; Swartz. Sprawa nazwiska byłaby zresztą zupełnie drugorzędna, gdyby nie jego doświadczenie odrzucenia, najpierw przez matkę, potem przez przyrodniego brata i macochę. Naznaczony na całe życie przez tę samą traumę, przez którą przeszła Rosemarie, nosił na głowie jej widoczny ślad; pilotkę. Jednocześnie jest on strażnikiem mitycznego i magicznego sznura pereł księżnej Daisy, które to perły miały moc pokonania kotojadów.
Zło namacalne i obezwładniające w swej bezwzględnej konieczności pokazują, równie drastycznie, losy Kalinki Jakubiec:
„tam dopiero w pełni objawia się szatan, gdzie niszczenie nie ma poza sobą innego celu, okrucieństwo dla okrucieństwa się spełnia, upokorzenie dla upokorzenia, śmierć dla śmierci, cierpienie bez celu”(tamże)
– Kalinka, dziecko ze związku kazirodczego Adama i Ady, molestowanych przez ojca sadystę i matkę alkoholiczkę, zostaje oddane do sierocińca i ostatecznie staje się celem szajki pedofilskiej, kręcącej filmy pornograficzne z udziałem dzieci i zwierząt. Jakby traumy było w tej historii mało, jej ociec, wydłubuje sobie oczy w szaleństwie ucieczki przez kotojadami.
„Dlaczego kotojady wyglądają tak, jak my?, pytałam siostrę. Bo oni są tacy jak my, odpowiadała, a ja przeczuwałam raczej, niż rozumiałam, straszną prawdę ukrytą w jej słowach” (s. 444)
Ciemno, prawie noc, Joanna Bator, wyd. Znak, 2021, s. 503.
Zbyszek Kruczalak