„Jest gwałt, jest brutalne pobicie, jest karanie milczeniem, jest przemoc rówieśniczka i przemoc ze strony nauczycielki, jest koszmarny komunikat Kościoła katolickiego o grzechu pierworodnym, jest znęcanie się psychiczne ojca nad córką, jest nadopiekuńczość, parentyfikacja, jest zastraszanie dziecka, że zostanie oddane do "prawdziwej mamy" (...).
Jak wytresowano milenialsów? No właśnie jak? W jakiś specjalnie wyjątkowy sposób? Dlaczego tylko milenialsów? Ewa Koza w swej książce, która jest zbiorem wywiadów, wrzuca nas w doświadczenie traumy rodzinnej. Siedem bardzo osobistych historii w siedmiu bardzo osobistych odsłonach, które mogą przyprawić o bojaźń i drżenie.
Wszystkie one niosą ze sobą doznanie straty z bezpowrotnie utraconej radości bycia sobą. Wszystkie one też naznaczone są doświadczeniem udręczenia: molestowanie, katowanie, upokarzanie, znęcanie, przemoc werbalna i fizyczna, wycofanie, poniżanie, bicie, odrzucenie – te wszystkie kategorie „tresowania” są w książce Ewy Kozy wpisane w życiorysy poszczególnych osób, które opowiadają o swych traumach. Te traumy nie dotyczą jedynie dzieciństwa, aczkolwiek tam właśnie mają swoje korzenie, które potem płożą się w dorosłym już życiu.
Osiem osób i osiem traum, które można uznać za wstrząsające, nawet jeśli nie ma w nich molestowania, bicia czy upokarzania, a wszystko jest jedynie milczeniem, jak to ma miejsce w relacji Pawła Lęckiego. Zdominowany przez skrajną w emocjach, rozkrzyczaną albo milczącą, matkę nauczył się odmiennej interakcji ze światem zewnętrznym, komunikując się z nim milczeniem. Matczyna toksyczność pozbawiła go odwagi w relacjach z innymi i odwagi w podejmowaniu, nawet elementarnych, decyzji.
Równie poruszająca, bo dotykająca sfery dziecinnej bezradności, jest relacja Wiktorii, która jako mała, siedmioletnia dziewczynka spakowała walizkę i czekała na ojca, żeby zabrał ją do prawdziwej mamy – i byłoby to nawet zrozumiale, gdyby nie fakt, iż owa „prawdziwa mama”, była jedynie werbalnym tekstem przemocowym, typu: „bądź grzeczna, bo zabierze cię baba jaga”, a stosowała tę „dyscyplinującą” metodę jej własna, rodzona matka. Jak się okazuje, są na świecie rzeczy i sprawy, w które trudno uwierzyć, a głupota ludzka jest niezmierzona w swych zadziwiających i przerażających odsłonach.
Zupełnie inaczej mają się wspomnienia Karoliny, w rozdziale zatytułowanym „Żeby wychować dziecko, trzeba je poniżyć – tutaj fizyczne katowanie, bicie i znęcanie się własnej matki nad dzieckiem przybiera rozmiary obłąkane, bo taka prawdopodobnie była kondycja psychiczna tej, która Karolinę urodziła.
Jest też coś niesamowicie uderzającego w tekście wywiadu autorki z Niną, która jako dwuletnie dziecko była seksualnie molestowana przez dwudziestoletniego sąsiada, którego proszono by z nią zostawał pod nieobecność rodziców – historia jak z horroru, który nie ma rozwiązania. Trauma pozostaje na zawsze. Jest w tej historii jedno niesamowite zdanie:
„Dopiero jak miałam dwadzieścia sześć, może dwadzieścia siedem lat – w moim otoczeniu zaczęły się wtedy pojawiać osoby, które miały kontakt z molestowanymi i gwałconymi dziećmi. Im częściej się o tym mówiło, tym więcej pojawiało się głosów, że to powszechne doświadczenie. W pewnym momencie miałam wrażenie, że niemal każda moja koleżanka ma takie doświadczenie albo kontakt z kimś, kto był w dzieciństwie wykorzystywany seksualnie”. (s.65)
Ten fragment wspomnień Niny prowadzi nas wprost do elementarnego pytania, które zostaje postawione w ostatnim rozdziale tej książki, i które obnaża hipokryzję i fałsz powszechnego i powtarzanego do znudzenia twierdzenia, iż to rodzina jest najważniejsza, bo jeśli tak jest, to na ile jest ona najważniejsza? Maja Pisarek, psychotraumatolożka, rozważa problem, zawarty w pytaniu: rodzina to jest siła – ale miłości, pięści czy pogardy?
„Jeśli nie podajemy norm, czyli nie wyjaśniamy, co to znaczy, że rodzina jest najważniejsza, dziecko może wychowywać się w przekonaniu, że najważniejsze jest to, żeby się bać, być bezwarunkowo posłusznym, przyjąć, że dzieci i ryby głosu nie mają. I takie negatywne przekonania, które rodzice im wtłoczyli w związku z usankcjonowaniem przemocy, te dzieci wnoszą w swoje dorosłe życie. W życie, w którym w wielu miejscach nadal nie mają głosu – nie mają ani zgody, ani pomysłu na to, że mogłyby ten głos mieć – a w modelu wychowawczym własnych rodzin często powielają schemat, w którym same były wychowywane”. (s. 212)
Budowanie swojego, sensownego, dorosłego życia staje się wyzwaniem, któremu nie każdy straumatyzowany w dzieciństwie człowiek, jest w stanie podołać. Dobitnie pokazuje to historia Zygmunta, który doświadczył rówieśniczej przemocy przez cały okres szkoły podstawowej. Znęcanie, upokarzanie, nękanie było jego codziennością, przy kompletnej bierności otoczenia. To przełożyło się na sposób obcowania ze światem w dorosłym już życiu. W rozdziale zatytułowanym Złość jest zła – o przemocy cicho sza, czytamy:
„Wciąż nie umiem wyrażać złości. Przez większość życia, blisko trzydzieści pięć lat, bałem się w ogóle ją odczuwać. Teraz sobie na to pozwalam, ale widzę, że równolegle odpala mi się obawa, że zamanifestowanie swojej złości może sprowokować innych do dużo mocniejszej, a to mi zagraża. Nie mam wzorca, inspiracji do tego, jak ją bezpiecznie wyrażać. Złość kojarzyła mi się z przemocą. Nie chciałem być taki, jak moi oprawcy, więc dusiłem wszystko w sobie. I wciąż za dużo duszę”. (s.184)
Przytoczone w książce Ewy Kozy doświadczenia traumy nie są oczywiście jedynie charakterystyczne dla pokolenia milenialsów, czyli grupy pokoleniowej urodzonej w przedziale 1980-1996. Traumy dzieciństwa, i nie trzeba być wyznawcą freudowskich koncepcji, by to wiedzieć, są wieczne i odwieczne – aczkolwiek ciągle w nowych wersjach, które zmieniają ich oblicza. Jeśli koncept tak zwanego zimnego chowu w wychowaniu dzieci odszedł do lamusa, a molestowanie i katowanie jest karalnym przestępstwem, to nękanie, molestowanie, znęcanie czy też poniżanie przeniosło się w sferę rzeczywistości cyfrowej i znacznie wykroczyło poza rodzinne uwarunkowania. Młodzi ludzie, o czym pisał Jonathan Haidt, w kultowej książce Niespokojne pokolenie, opisujące świat generacji Z, czyli urodzonych w latach 1995-2012 są tak samo narażeni na ich konsekwencje, jak inni:
„[…] okres od 2010 do 2015 roku nazywam wielkim przeprogramowaniem dzieciństwa. Fundamentalnemu przemodelowaniu uległy wzorce społeczne, autorytety, emocje, aktywność fizyczna, a nawet sen nastolatków – a wszystko to wydarzyło się zaledwie w ciągu pięciu lat. Życie codzienne, świadomość i relacje społeczne trzynastolatków z iPhone’ami w 2013 roku (urodzonymi w 2000 roku) znacznie się różniły od doświadczeń trzynastolatków z telefonami z klapką z 2007 roku (urodzonych w 1994 roku)”. (s.55)
Co jest wspólne wszystkim tym grupom wiekowym, to doświadczenie traumy w wielu jej wymiarach i aspektach, wszystko jedno czy w wersji „analogowej” czy cyfrowej.
Dobrze wychowani, jak wytresowano milenialsów; Ewa Koza, wyd. Mando, 2026, s. 235.
Zbyszek Kruczalak
www.domksiazki.com