----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----
Tomasz Leszkowicz

Tomasz Leszkowicz


 

Udostępnij swoim znajomym:

Dramatyczne wycofanie się Amerykanów z Afganistanu po raz kolejny przypomniało wielką dyskusję o międzynarodowej roli USA jako głównego obrońcy demokracji i praw człowieka, angażującego się w interwencje na całym świecie. Ta naturalna do niedawna polityka wykuwała się przez długi czas.

Dziś, po zaangażowaniu Stanów Zjednoczonych w wojny w Afganistanie i Iraku, a wcześniej w byłej Jugosławii czy Somalii, interwencjonistyczna polityka Waszyngtonu wydaje nam się czymś całkowicie naturalnym. Wiele razy słyszeliśmy już bowiem słowa o konieczności walki z „Osią Zła”, szansie na obalenie dyktatorów, wspomożenie procesu pokojowego czy w końcu zbudowania demokracji (zwykle w pakiecie z neoliberalnym wolnym rynkiem). USA, alternatywa wobec reaganowskiego „Imperium Zła”, znajdować miało się zawsze po „dobrej stronie mocy” i nawet jeśli popełniało błędy, to wynikały one z mniej lub bardziej szczytnych zamiarów. Nie mam zamiaru rozbierać na części tej idealistycznej narracji czy pokazywać, w jakim stopniu jest to propaganda służąca maskowaniu twardych interesów i polityki. Można jednak postawić w tej sytuacji inne pytanie: jak doszło do zbudowania takiej „legendy” Ameryki?

Warto pamiętać, że od momentu swoich narodzin Stany Zjednoczone – Trzynaście Kolonii – dystansowały się od Europy. Oczywiście, było to spowodowane wojną o niepodległość z metropolią, czyli Wielką Brytanią. Można wskazać jednak istotną niechęć Ojców Założycieli do „Starego Kontynentu”. Ich projekt polityczny miał być czymś zupełnie nowym, różniącym się od królestw i feudalizmu zza Atlantyku. Ten „oceaniczny” aspekt jest przy tym bardzo ważny – wielkie morze, dzielące „nowy” i „stary” świat, miało pomagać oddzielić się od nielubianych Europejczyków i dać Amerykanom samodzielność. Stąd też sojusz amerykańsko-francuski, zawarty w czasie wojny o niepodległość, po jej zakończeniu wzbudzał ogromne kontrowersje – dlaczego Amerykanie mieliby zobowiązywać się do współpracy z innymi państwem, gdy nic im nie grozi? W 1800 roku został on więc rozwiązany, a przez kolejne prawie 150 lat Amerykanie nie zawarli już innego tego typu układu dotyczącego czasów pokoju.

Wiek XIX w amerykańskiej polityce zagranicznej symbolicznie określa jeden termin: doktryna Monroe. Ogłoszone w 1823 roku w dorocznym orędziu 5. prezydenta Stanów Zjednoczonych do Kongresu zasady polityki były stosunkowo proste – USA nie miesza się do spraw europejskich, natomiast państwa Starego Kontynentu zaprzestają nowej kolonizacji obydwu Ameryk i nie próbują odtwarzać tam starych, monarchicznych form. W ten sposób coraz większe mocarstwo, jakim stawały się Stany Zjednoczone, pozostawało przez prawie sto lat na marginesie międzynarodowej polityki, pilnując jedynie swoich interesów na zachodniej półkuli, zwłaszcza na Karaibach i w Ameryce Południowej.

Zmianę przyniosła dopiero I wojna światowa, która wybuchła w Europie latem 1914 roku. Konflikt Wielkiej Brytanii, Francji i Rosji z Niemcami i Austro-Węgrami szybko przybrał wymiar dużo szerszy niż tylko kontynentalny. Amerykanie nie chcieli angażować się w krwawą jatkę rozpętaną przez cesarzy i królów, sytuacja jednak ewoluowała w zupełnie innym kierunku. 7 maja 1915 roku niemiecki okręt podwodny zatopił na Atlantyku statek pasażerski RMS „Lusitania” z 1198 pasażerami na pokładzie, w tym ponad stu obywatelami USA. Wydarzenie to okazało się szokiem dla amerykańskiej opinii publicznej, zwłaszcza, że Niemcy kontynuowali nieograniczoną wojnę podwodną wymierzoną m.in. w statki handlowe płynące do Wielkiej Brytanii. Szalę przeważył tzw. Telegram Zimmermanna. Niemiecki minister spraw zagranicznych pisał w nim do ambasadora w Meksyku o propozycji sojuszu z tym państwem, który miałby doprowadzić do odebrania USA dawnych meksykańskich terenów z Nowym Meksykiem, Arizoną, Teksasem czy być może nawet Kalifornią. Ujawnienie tej korespondencji zbiegło się z postawą prezydenta Wilsona – idealisty w sprawach międzynarodowych, który chciał przemeblować stosunki dyplomatyczne, zerwać z tajną dyplomacją i wprowadzić trwały system bezpieczeństwa. 6 kwietnia 1917 roku Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę Niemcom, przeważając w najbliższych miesiącach szalę Wielkiej Wojny.

Wilson uczestniczył potem w konferencji pokojowej w Paryżu i przyczynił się do budowy Ligi Narodów, ostatecznie jednak Kongres… nie ratyfikował traktatu wersalskiego, który kończył I wojnę światową. W Waszyngtonie wygrała polityka izolacjonizmu – niemieszania się w sprawy światowe i odpuszczenia prób naprawy międzynarodowego systemu bezpieczeństwa. Dopiero kolejna wojna światowa trwale zmieniła tę tendencję, prezydent Franklin Delano Roosevelt musiał wykonać jednak sporą pracę, stopniowo włączając USA do wojny po stronie aliantów, najpierw zresztą jako „Arsenał Demokracji”. Zmianę wywołał znowu szok – atak japoński na Pearl Harbor 7 grudnia 1941 roku, który uświadomił Amerykanom, że nie da się odizolować oceanem od potencjalnych niebezpieczeństw zewnętrznych.

Po wojnie Stany wiedziały już, że jako supermocarstwo muszą zaangażować się w pełni w międzynarodową politykę. Podpisanie w 1949 roku Traktatu Północnoatlantyckiego doprowadziło do powstania NATO – pierwszego od 1800 roku sojuszu zawartego w czasie pokoju, w którym uczestniczyli Amerykanie. Dziś izolacjonizm nie ma już racji bytu, choć wielu polityków coraz mocniej rozważa, czy całkowite zaangażowanie w sprawy świata też nie jest niekorzystne dla amerykańskich interesów.

Tomasz Leszkowicz