Bagienny blues w mieście Łodzi
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----
Idalia Błaszczyk

Idalia Błaszczyk


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

"Że dobre pochodzenie nie zaszkodzi,
Zaznaczam - ja pochodzę z Łodzi".

I chyba stąd, z tego pochodzenia pochodzi moja niechęć do bycia "jak", albo bycia drugim, drugą - tu podać dowolne imię, według przekonań. Np druga Zosią -Samosią.

Ciągle słyszałam: Łódź to drugi Manchester.

Łódź to Łódź, po co im ten jakiś Manchester - myślało dziecko.

Drugi? Trzeci? A może ten Manchester to druga Łódź?

"Miasto fabryk i kominów i rewolucyjnych burz"...

Tak śpiewał nasz szkolny chór. Ja sobie przekręcałam na "miasto fabryk i Tuwima", ale w tym nie było żadnej rewolucji.

Nasi wychowawcy, dziennikarze, bajarze opowiadający historie miasta ciągle pchali się z tym Manchesterem. Słowo honoru - wcześniej wiedziałam o tym M., niż o tym, że w Łodzi jest Szkoła Filmowa i Fabuła, czyli Wytwórnia Filmów Fabularnych. Bo też nasi pedagodzy czerpali jakąś dziwaczną przyjemność z porównywaniu naszej wcale nie pięknej Łodzi do tego jakiegoś tam Manchesteru. Bo tam włókniarze i w Łodzi włókniarze, bo tam potężny i silny przemysł i tu. Jak tam było z tym M. nie wiem, ale w Łodzi były rynsztoki, były kominy (później się dowiedziałam, że kominy przynosiły chwałę partyjnym bonzom), były mieszkania z kuchnią wspólną dla całego piętra i wychodkiem na podwórku (podwyrku - po łódzku), było dużo dzieci chorych na anemię. Ale partyjni bonzowie ciągle z tym Manchesterem. Im to porównanie sprawiało najwyraźniej wielką frajdę. Mówili "Łódź to drugi Manchester" i od razy było światowo, wspaniale, nowocześnie, może nawet - kapitalistycznie?! Jakoś nigdy nie mówili, że Łódź to drugi Magnitogorsk, czy jakaś tam inna ważna w ojczyźnie proletariatu metropolia. Oni wiedzieli, może nawet nieświadomie, że jednak Manchester to wielki świat i chcieli, żebyśmy my, w tej zakopconej Łodzi, byli jakoś do niego podobni. Żebyśmy przynależeli...? Byli jak... Bo nie dam sobie wmówić, że to dlatego, że spotykali się tam, w tym M. - Marks z Engelsem.

Nie słyszeliście nigdy, że Warszawa to był Paryż Północy? To ten sam mechanizm. Leczenie kompleksów? Żabia nóżka podstawiona do podkucia?

Aż się boję szukać odpowiedzi na te pytania. To myślenie, ta konieczność podnoszenia naszej wartości przez równanie do "ich" wspaniałości - niestety pokutuje, obowiązuje, prześladuje, jest wiecznie żywe!

Oto dowód: "Czy Dolina Biebrzy to Podlaska Luizjana. Bagienny blues, czyli Podlaska Luizjana". Tekst na stronie NOIZZ.pl. Teraz, dziś w 21 wieku! Jedzie ktoś na podlaskie bagna i dopatruje się analogii z amerykańska Luizjaną! Prędzej się tam woo doo dopatrzy niż jakiejś Balladyny z Kirkorem i Skierka! Kto mieszka w naszej zbiorowej wyobraźni? O kim śpiewają nam drzewa? Jakie historie opowiada nam las? Nie chodzi o to, żeby być ograniczonym tępym nacjonalistą, ale Luizjana? na Podlasiu? Litości! "Widząc wystające z mokradła wysokie pnie zasuszonych, bezlistnych drzew, w mojej głowie rozbrzmiewa blues". Nic dziwnego, że nie ma w tej głowie miejsca na znajomość ojczystego języka. U nas w Łodzi, pani uczyła chyba już w podstawówce, że taki błąd nazywa się:" Idąc ulicą zaczął padać deszcz!" Ale czy to przebije się przez ten bagienny luizjański blues?

A Kinga Duda? No jak to, nie wiecie? To przecież nasza Ivanka Trump! To - myślę sobie - Agata Duda, to będzie nasza Melania? A on, sam Pan Prezydent to Donald? I też przegra wybory?

Zbigniew Cybulski? Młodzież pewno nawet nie wie, a to polski James Dean! Jak znalazł. Tych Deanów to my mamy nawet chyba co najmniej dwóch, bo jeszcze Marek Hłasko się załapał na to bycie drugim, no tak - drugim Jamesem Deanem. W Paryżu podobno nawet mówiono o nim - wśród swoich - "komunistyczny James Dean", albo Hemingway z Koluszek! Bardotkę też swoją mieliśmy. Nazywała się Irena Karel. Z Kaliny Jędrusik próbowaliśmy zrobić naszą nadwiślańska MM, ale to się chyba nie bardzo udało. Zresztą, ja na przykład Kalinę pamiętam jako brunetkę. A Leonard Cohen - wiadomo, to Maciej Zembaty! Jak znalazł.

Po co my to własnym artystom i innym osobom publicznym robimy? Czy Sienkiewicz nie może być po prostu Sienkiewiczem, albo Mickiewicz Mickiewiczem? Ani pierwszym, ani drugim - niepowtarzalnym! Czy o ich talencie i dorobku zaświadczy dopiero porównanie ich do twórców z innego państwa, oczywiście najlepiej z Ameryki!? A może gdzieś w głębi duszy marzy nam się, by świat wreszcie powiedział: Iwanka Trump? Aaa, to ta amerykańska Kinga.

Idalia Błaszczyk
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.