----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

22 kwietnia 2026

Udostępnij znajomym:

„Nie mamy nic już sobie do powiedzenia, co nas bardzo zbliża” (Tylko durnie…)

Kolejna, językowo orzeźwiająca, powieść Zyty Rudzkiej, w której na nowo pojawia się to, co już wcześniej było: intensywna w zamiarach i działaniach bohaterka, niekoniecznie przychylne otoczenie, zdecydowanie niebanalne życie erotyczne, wyraźnie istniejący dotyk śmierci, niebywale zachwycająca językowa sprawność stylizacji, istotne mocowanie się z siłą swej sprawozdawczości, absolutny brak jakichkolwiek pretensji do kogokolwiek i czegokolwiek – jednym słowem powieść, w której Lida przypomina Wierę, a śmierć daje o sobie znać w sposób niemożliwy do zignorowania:

„Tylko durnie żyją do końca. Ale tak właśnie żyjemy. Mieszkam na odludziu, mam Ziuta, Rocha i dużo psów, na tym raj polega”. (s, 206)

Ale czy rzeczywiście i czy w istocie jest to raj? Można mieć poważne wątpliwości, biorąc pod uwagę oczywistą oczywistość rajskiego bytowania, które ze swej istoty skazane jest na nieśmiertelność, czyli wieczność - chyba, że wychynie problem jabłkowości w pożądaniu - i trudno wyzbyć się wrażenia, że takie „wychynięcie” w powieści Rudzkiej się pojawia. Raj owszem, ale w odwróceniu – drzewa bowiem to nie jabłonie, ale pigwy, a Adam istnieje w podwojeniu Ziuta i Rocha. Do tego mamy tu wprawdzie rzekę, ale to raczej Styks, aniżeli wody Edenu:

„Miejscowi przychodzą na skarpę tylko za potrzebą nagłej śmierci. Rzeka nie jest wybredna, bierze wszystkich”. (s.11)

Umierają nie tylko ludzie i to najbliżsi, na motorze roztrzaskuje się przecież o drzewo ojciec Lidy. Życie kończą również niespodziewanie ukochane zwierzęta. 

Lida uczy WF-u, czyli wychowania fizycznego w wiejskiej szkole, dlatego że wygląda jak Dolly Parton. (s.66) Jej trener, gdy trenowała gimnastykę artystyczną powiedział jej, iż „z takimi cycami, to rodzić, albo na ulicę”. Skorzystała z pierwszej sugestii, ale zamiast na ulicę poszła na wieś i za pieniądze ojca, znanego prawnika od rozwodów, kupiła kawał ziemi z chałupą. Nie jest jasne, czy była do końca zadowolona ze swoich wyborów. Pozornie sielanka bycia w pięknych okolicznościach przyrody, otoczona dwoma facetami i mnóstwem zwierząt w separacji z rzeczywistością świata zewnętrznego może stwarzać pozory edenu, ale rzeczywistość zawsze gdzieś tam czyha, żeby zaskrzeczeć i to czasem bardzo głośno:

„To był dobry rocznik dla bimbru i dobry rok dla śmierci, przychodziła do wsi często, nie wybrzydza. Do nas też zalazła. Wzięła sobie ojca i Elvisa [miniaturową świnię]. Pod koniec czerwca Roch rozbił sobie głowę. Czasem nie trafi we framugę. Ziut przyłożył mu do czoła nóż, dobrze zmrożony”. (s, 206)

Ciekawie mają się tytuły powieści Rudzkiej. Często są wyjętymi z tekstu powiedzeniami, które można by z łatwością pominąć, nie zwróciwszy na nie uwagi, gdyby nie miały tytułowego osadzenia. Zdanie: tylko durnie żyją do końca, pojawia się w tekście w różnych kontekstach i ma różne źródła:

„Śmierć to jest droga dziwka, trzeba jej dużo zapłacić, żeby się z tobą zabawiła. Uśmiechnął się, z ulgą, jakby wreszcie się uciułał. Tylko durnie żyją do końca, krzyknął Ziut. W swoim dawnym, mocnym głosie. Jakby nas tu nie było, jakby nas wołał. To tak się u was mówi na wsi? Wydrwił go ojciec. Ziut, jesteś pajacem. Tak to skończyłaś, córeczko, z pajacem i moczymordą”. (s. 144)

Tytuł poprzedniej powieści Zyty Rudzkiej, Ten się śmieje, kto ma zęby, ma identyczne, wewnątrz tekstowe pochodzenie i jest zdaniem nabazgranym na oknie zakładu fryzjerskiego Wiery. Można by go z łatwością pominąć, gdy nie miał tytułowego zakotwiczenia. Tych podobieństw i zależności jest między obu książkami znacznie więcej, a szczególnie wyraziście jawi się to w konstrukcji głównych bohaterek, kobiet bezpruderyjnych, o wyjątkowo mocnych charakterach, bezkompromisowych i wiedzących, czego chcą. Wera, podobnie jak Lida, nie kryguje się na kogoś innego niż jest. Ona jest taka, jaka się nam jawi. A kim jest?

Kobietą świadomą swych możliwości i ograniczeń, absolutnie niezależną i kompletnie pozbawianą złudzeń co do świata, w którym przyszło jej żyć i ludzi, z którymi przyszło jej się w życiu spotykać.

Absolutnie pozbawiona pruderii w swych erotycznych upodobaniach, nadzwyczajnie prostolinijna i bezpośrednia w relacjach z kobietami i mężczyznami, Wera szuka butów dla swych zmarłych, butów do trumny. Te poszukiwania to sens i osnowa całego świata przedstawionego powieści. Dlaczego? Otóż przetrząsanie pamięci i otaczającej rzeczywistości po to, by znaleźć białe porządne buty dżokejskie do trumny dla Karola, swego męża, czy równie specyficzne, ale tym razem czółenka, dla Zośki, którą kochała nadzwyczajnie długo i zawzięcie - pozwala nam towarzyszyć Werze w tych peregrynacjach poprzez miejsca i ludzi, z którymi miała coś wspólnego, z którymi powiązania dawały odbicie do ponownego nawiązania relacji, by coś zyskać dla jej ukochanych zmarłych. W gruncie rzeczy wszystko, co wydarza się w powieści, ma zdecydowanie funeralny aspekt. Postrzegamy świat Wery poprzez przygotowania do pogrzebu. Czy to coś nowego? I tak i nie. Wszystko przecież, czym jesteśmy, jest jedynie wędrówką ku śmierci, stopniowym umieraniem - to nic nowego, ale spojrzeć na umieranie poprzez miłości bazarówy i jej sposób myślenia, mówienia i definiowania siebie, to rzecz wyraziście niezwykła.

Co robi Wera i czym się zajmuje? Sprzedawanie na bazarze jest jej zajęciem pobocznym i niejako wymuszonym przez ekonomiczną bezwzględność systemu. W swym bezgranicznym oddaniu jest fryzjerką męską w swoim własnym zakładzie:

/...tam gdzie od zawsze na prawo od „Wera, Zakład fryzjerski męski” księgarnia była, potem książki na taczkach wywieźli i wywalili „Klinikę Uśmiechu”. Ktoś skaleczonym paluchem juchą nabazgrał na witrynie: „Ten się śmieje, kto ma zęby”. (s. 191)

Nie do podrobienia jest styl powieści Rudzkiej. Jej przedziwny język balansujący na granicy slangu, czarnego humoru, miejskiego i wiejskiego żargonu kreuje tę niepodrabialną atmosferę czegoś absolutnie wyjątkowego w prozie polskiej:

„Nowych znajomości nie poważam, życiem towarzyskim gardzę. Nie po to miasto rzuciłam, żeby się na rozmowy spotykać. Pływam w rzece, biegam po lesie. Jeżdżę na motorze, na ostro, slalomem między drzewami. Znam ten las lepiej niż siebie.

Rzeka nie da się poznać. Gdzie nurt, gdzie nowa płycizna. Nigdy nie wiem, kiedy wir za goleń capnie, podtopi, na dno pociągnie. Więcej mułu niż wody, a muł rusza się tu bardziej niż ludzie. Jak nornice pochowani w niskich domach, a przy każdym klatki, króliki. Lubią jeść wesołe zwierzątka. Ale psują się tu nie od biedy, a od tego, co bogacze. Od podłych myśli, używek i porządnych miłości. Władza jak to władza, chciała pomóc. Na nabrzeżu wbiła tablicę: „Zakaz kąpieli. Wiry”. Mała podpowiedź dla samobójców.

Ja do zakazów się nie stosuję. Żadnych znaków na ziemi i niebie do siebie nie biorę.

Miejscowi przychodzą na skarpę tylko za potrzebą nagłej śmierci. Rzeka nie jest wybredna, bierze wszystkich. Taka właśnie jest słodka woda”. (s.11)

Powieść pozostawia jedno zasadnicze pytanie bez odpowiedzi: no i co z tego wszystkiego, co kłębi się w wirach tekstu? Odpowiedź zdaje się skrywać w ostatnim zdaniu, a niekoniecznie w tytule powieści:

„Całe lato pływałam, nie tracąc ani jednego dnia na sprawy ważne”. (s. 207)

***

Tylko durnie żyją do końca, Zyta Rudzka, wyd. WAB, 2025, s. 207.

Zbyszek Kruczalak
www.domksiazki.com

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor