„Budzi mnie spazm, ciało spina się tak strasznie, że skurcz włazi w łydkę i nadaje jej twardość drewna” – tak zaczyna się kolejna powieść Grzegorza Dziedzica. Ci, którzy biegają intensywnie, znają ten potworny ból skurczu mięśni, który może przyprawić o szaleństwo i którego trudno się pozbyć, a który może trwać naprawdę długo i jedną z metod na jego złagodzenie są okłady z lodu. Nowy kryminał Dziedzica sprawia, że będziemy potrzebować czegoś na złagodzenie emocji, bo akcja Ostatniego końca świata nie daje nam chwili oddechu od stale narastającego napięcia. Niczym w szpiegowskim thrillerze, którego jakość mierzy się tempem i kondensacją akcji, autor wpuszcza nas w sytuację ociekającą krwią i szaleństwem, a potem wszystko eskaluje jeszcze bardziej krwawo. Czy to możliwe? Jak wiadomo, szaleństwo ludzkie nie zna granic, zatem nie ma rzeczy niemożliwych, szczególnie gdy mówimy o świecie zbrodni, występku, deprawacji i dewiacji.
Ostatni koniec świata to historia opowiedziana z punktu widzenia Radka Kowalskiego, policjanta z Des Plaines – brzmi znajomo? Oczywiście! Książka Grzegorza Dziedzica jest bowiem osadzona w realiach współczesnego Chicago z mnóstwem polonijnych zakotwiczeń. Mamy zatem zupełnie inny świat od tego, który wykreował w swej, bardzo znanej i nagradzanej, chicagowskiej trylogii, którego pierwszy tom nosił tytuł Żadnych bogów, żadnych panów, potem ukazał się Gangway i zamykający serię, trzeci tom, Blady świt.
Ta mroczna seria, wpisująca się w nurt kryminału noir, albo jeśli wolimy kryminału retro, opowiada o rzeczywistości Chicago z początku poprzedniego wieku w kontekście polskich gangów, które miały się wtedy tak dobrze, jak gangi irlandzkie czy włoskie. Mało kto o tym wie i wiedział i to właśnie Grzegorz Dziedzic, po przekopaniu tom materiałów archiwalnych, przywrócił do życia tę część polonijnej historii, która jak się okazało nie ogranicza się jedynie do pracy Polaków w rzeźniach, stalowniach i hutach, ale też osadzona jest mocno w kryminalnej historii Chicago. Niezwykle plastyczna narracja, nieomalże kartograficzna dokładność w opisie dzielnic, ulic i miejsc, w których rozgrywa się intryga trylogii sprawia, że zapomniane polskie Chicago ożywa w sposób do tej pory nieznany.
Sierżant Teodor Rucki, główna postać powieści, prowadzi nas przez meandry południowych dzielnic Chicago, które w tamtym czasie były rejonem wielkich rzeźni, ubojni i fabryk przetwarzających mięso, z którego Chicago słynęło. Ale to tylko tło do ukazania unikalnej i nieistniejącej już społeczności tamtych rejonów Chicago, w dużej mierze zamieszkiwanych przez Polaków, ale także Litwinów czy Irlandczyków. Niezwykle biednych. Uderzająco trudna praca w niewyobrażalnym smrodzie, zapuszczone ulice zawalone śmieciami, które wszędzie się walały. Zatrute powietrze i woda. Rzeka, która jest ohydnym ściekiem, w którym gniją resztki wyrzuconych z rzeźni odpadów. Wszyscy się znają, bo pracują w pobliskich zakładach, wszyscy żyją na podobnym poziomie, a w zasadzie poniżej jakiekolwiek poziomu, co stanowi idealne środowiska dla ludzi marginesu, który marginesem raczej nie był, biorąc pod uwagę tegoż powszechność. Powieść wprowadza nas w ten bezwzględny i pozbawiony złudzeń świat bez przygotowania. Już na samym początku potykamy się o trupa, a w zasadzie jedynie korpus ludzki, pozbawiony wszystkich części ciała, włącznie z penisem. Jakby tego było mało, głowa od tegoż zostaje znaleziona w szambie. To tylko początek, potem jest tylko lepiej.
Taki sam koncept nakłada się na tekst Ostatniego końca świata – niewiarygodnie brutalne zabójstwo: matka zabija swe własne dziecko – czy może być coś bardziej przerażającego, okrutnego i poza wyobraźnią? Wydaje się, że nie, ale to tylko pozory, bo akcja powieści nie daje nam chwili wytchnienia. Potem jest tylko lepiej: morze krwi, poderżnięte gardła, odkręceni psychicznie, sekta wyznawców i głosicieli końca świata, śmiertelne choroby – jednym słowem totalna petarda. A jednocześnie polonijne smaczki, specyficzny język, atmosfera niedopowiedzenia, oczekiwania, zagrożenia. Radek Kowalski, główna postać powieści, detektyw z przedmieść Chicago, zmaga się ze światem zbrodni i ze swoim uzależnieniem. Wciąga nas w wir wydarzeń, których sam jest częścią i to nie tylko dosłownie, ale też metaforycznie, w swoich snach, alkoholicznych zwidach i majakach, narkotycznych wizjach i numerologicznym zaplątaniu. Jednym ze znaczących wątków historii jest przecież godzina 1:37 w nocy.
Nowy kryminał Grzegorza Dziedzica to mocny rollercoaster, który rzuca nami bez litości i często powoduje dziwne uczucie w pozycjonowaniu żołądka. Robi to bez litości i nieustannie, nie pozwala na chwilę relaksu, ale to przecież znamiona pełnokrwistego kryminału, którym Ostatni koniec świata bez wątpienia jest.
W jednym z wywiadów autor mówi:
„W Ostatnim końcu świata niepokój nie wynika wyłącznie z przemocy, brutalnie szczerego obrazu miasta, ale też z wewnętrznych lęków, zacierania się granicy między snem, psychodelicznymi przeżyciami a rzeczywistością i nieuchronnością przeznaczenia. […] Bezsilność. Wobec tego, co nieuniknione, wobec przemijania i bezlitosnych konsekwencji własnych wyborów. W końcu, a może przede wszystkim, wobec własnej nieistotności, z którą na tak wiele sposobów próbujemy walczyć. W świecie pędzącym na oślep, zatrutym przez postprawdę, konsumpcję i bezwzględną rywalizację, stajemy się coraz bardziej bezsilni wobec faktu, że nikt nas nie ocali, nie uratuje, że mnogość ofert, przedmiotów i wrażeń to tylko plasterki naklejane na coraz mocniej ziejące poczucie pustki. To właśnie poczucie pustki i brak sensu wydają się być osią problemów współczesnego człowieka. […] Bo przecież tworzenie literatury to najczęściej próba uwikłania czytelnika w swoją narrację. Ja robię to z premedytacją”. (za: Paula Sztark, Mój bohater zlepiony jest z tego, co sam w sobie wypieram, w: Onet.pl)
Ostatnie zdanie prowadzi nas wprost do innego tekstu Grzegorza Dziedzica, który powieścią nie jest, ale idealnie wpisuje się w koncept pisarski, o którym mówi Grzegorz Dziedzic we wspomnianym wywiadzie. Niech ja będzie z tobą – Przewodnik po dojrzałej trzeźwości – to bardzo osobisty i jednocześnie absolutnie niekonfesyjny przewodnik po dojrzalej trzeźwości, który wrzuca nas w świat doświadczeń człowieka z właściwościami. Autor napisał o sobie dla innych. Jego doświadczenie bycia uzależnionym od alkoholu przełożyło się na wyjątkowy i rzadki tekst dla tych, którzy są w podobnej sytuacji życiowej, to znaczy są trzeźwi i postanowili w tej trzeźwości trwać. To trwanie jednakowoż nie jest ani łatwe, ani lekkie, ani przyjemne – jest nieustannym zmaganiem się z cieniem. Ta kategoria określająca życie człowieka bez uzależniaczy jest jedną z najważniejszych w doświadczeniu Dziedzica i taką, która pociąga za sobą szereg innych: pustkę, rozpacz czy smutek. Dojrzała trzeźwość okazuje się stanem nieustannego zmagania na drodze rzadziej wędrownej. Co jeszcze bardziej zdumiewające i trudne do zaakceptowania, owa podróż skazuje wędrowca na dojmującą samotność - nie ma od tego ucieczki. Dziedzic pisze o tym bardzo wiarygodnie i bardzo dobitnie:
„Kiedy było trzeba, [cień] pchał mnie w ramiona roześmianego hedonizmu, by zaraz potem rzucić w czarną rozpacz. Cień rósł i stawał się coraz silniejszy, bo im dłużej piłem, tym bardziej pragnąłem zniknąć, schować się, przestać istnieć. Wzmacniał się, bo w moim życiu ubywało nadziei, a przybywało porażek i wstydu. Z czasem smutek i rozpacz przestały być pociągające, jak wszystko, co przytłaczające i nie dające się odpędzić”.
Nic dziwnego, że Radek Kowalski nosi w sobie wszystkie te elementy osobowości uzależnionej, jakkolwiek uzupełnione o jeszcze inne, dodatkowe, które sprawiają, że jego opowieść o Ostatnim końcu świata jest czymś znacznie więcej niż szukaniem odpowiedzi na pytanie, kto zabił?
Ostatni koniec świata, Grzegorz Dziedzic, wyd. Agora, 2026, s. 411.
Zbyszek Kruczalak
www.domksiazki.com