Jeden z najważniejszych terminów japońskiej estetyki i jedna z najbardziej znaczących powieści literatury iberoamerykańskiej w zestawieniu? Jakim cudem i dlaczego? Czy dlatego, że otwierają przez nami świat w jego ulotności? Rzeczywistość tekstu Juana Rulfo i koncept mono no aware wyrzucają nas ku temu, co jest niczym światło w szczelinie bycia, które przenika znikąd i prowadzi donikąd, a przecież w jakiś efemeryczny sposób możemy go doświadczyć. Coś, co jest, a jakby go nie było – jak świt, między nocą a dniem, jak moment przebudzenia między snem i jawą – jednym słowem rzeczywistość nie tyle magiczna, co szukająca piękna i sensu, poza tym, co wydaje się być trwałe i namacalne. Kategoria rozpadu, przemieszczanie się po mapach wspomnień, po ulotności tego co było, ale już przeszło – ale było tym czymś najważniejszym, tą unikalną, jedyną chwilą, która zmieniła bieg życia, albo to życie naznaczyła istotnością.
Co to znaczy dosłownie: mono no aware? Ma wielopoziomowe, skomplikowane odniesienia do kategorii życia, świata i rzeczy, a jednocześnie odsyła do emocjonalnego poruszenia, wzruszenia, tęsknoty za trwałością, odsyłając jednocześnie do ulotności.
Jak to wszystko ma się do kultowego tekstu Juana Rulfo, Pedro Páramo, którego nowe wydanie właśnie się pojawiło, uzupełnione o inne prozy, a w którym magia i rzeczywistość są nierozłączne, a melancholia i poczucie rozpadu dominują?
Absurd - to jedna z tych kategorii, która łączy estetykę japońską definiowaną przez termin mono no aware i sposób postrzegania świata w duchu realizmu magicznego. Dlaczego absurd i co ten termin w istocie swej znaczy? Co i w jaki sposób określamy mianem absurdalności? Jeśli przyjrzeć się etymologii tego słowa, to jest ona wyraźnie zdominowana przez „brak harmonii”, nieharmonijność, czyli dysonans między tym, co uporządkowane, sensowne i tym, co takie nie jest. Grecy absurd, potężną przecież siłę w tragediach, określali mianem „álogos” – coś co jest bezrozumne, pozbawione sensu.
W jaki sposób zatem absurd nakłada się na obydwie, skrajnie przecież odmienne w wielu aspektach estetyki, i w jaki sposób je uwspólnia? Wydaje się, że dokonuje się ta wspólność w poszukiwaniu umykającego sensu - tego, co na moment wychynąć może ze szczeliny jakiegoś wydarzenia – zawsze w swej istotności jest niemożliwe do uchwycenia na dłużej. Ten rozdźwięk między pragnieniem odnalezienia sensu i jego brakiem jest tragicznie absurdalny tak, jak tragicznie absurdalny jest wysiłek Syzyfa w nieskończenie bezsensownym toczeniu kamienia ku górze.
W jednej z najbardziej znaczących powieści chińskich, Czteroksiągu - owa Syzyfowa absurdalność urasta do wielkiej metafory absurdu w odwróceniu. Yan Lianke parafrazuje grecki mit dając nam go do czytania w swoistej parafrazie. Owo odwrócenie ma parę odsłon, ale trzy z nich są absolutnie fundamentalne:
- Syzyf spotyka w czasie swej absurdalnej wędrówki pod górę dziecko i rozmawia z nim spoglądając mu w oczy
- jest za to po raz kolejny ukarany zmianą kierunku toczenia kamienia – zamiast wtaczać go pod górę, stacza go w dół
- ale zbiegiem niewyjaśnionych zrządzeń losu znowu spotyka ludzi przed buddyjskim klasztorem i boi się kolejnej, boskiej kary za spotkanie z drugim
- przyzwyczaja się do tej absurdalnej mordęgi, a kara bogów, zaakceptowana, przeradza się w rutynę – przestaje być karą
Czy taka sytuacja przenosi nas w niebezpieczne rejony rzeczywistości pełnej zatartych granic między tym, co dobre i złe? Gdzie prawda i fałsz są tak ulotne i subiektywne, jak dzieje się to w powieści Juana Rulfo, gdzie Pedro Páramo jest postacią wymykającą się temu, co pozornie jednoznacznie i oczywiście jasne. Pedro powinien być jak skała (na co wskazuje etymologia jego imienia), ale jednocześnie niesie w ukrytym znaczeniu swego nazwiska ziemię jałową, pustynię. Ta dwuznaczność jest w powieści Rulfo fundamentalna i nakłada się na cały świat przedstawiony. Nie rozróżniamy w nim tych co żyją i tych co umarli, wymykają się nam sensy działań poszczególnych postaci, rzeczywistość jest nie tyle magiczna, co absurdalna – także, a może przede wszystkim, w działaniach Pedro, bezwzględnego, okrutnego macho jednocześnie przepełnionego czułą i troskliwą miłością do Susany San Juan. Ta naprzemienność mroku i światła, żywych i umarłych, dobrych i złych jest czymś wykraczającym poza horyzont sensu:
/Tylko ja rozumiem, jak daleko od nas jest Niebo, ale wiem, jak można sobie skrócić drogę. Chodzi tylko o to, żeby umrzeć z łaski Boga, wtedy kiedy człowiek tego chce, a nie kiedy On to zarządzi. Albo, jeśli wolisz, skłonić go do tej decyzji przed czasem. Wybacz, że ci mówię „ty”: to dlatego, że cię traktuję jak syna. Tak, wiele razy mówiłam: „Syn Dolores powinien być moim synem”. Później ci wytłumaczę dlaczego. Teraz chcę ci tylko powiedzieć, że dogonię twoją matkę na jednej ze ścieżek wieczności.
Najpierw myślałem, że mam do czynienia z obłąkaną. Potem już nic nie myślałem. Poczułem się w jakimś obcym świecie i pozwoliłem się unosić. Moje ciało zdawało się mięknąć, wiotczeć, uginało się pod najlżejszym dotknięciem, rozluźniło wszystkie swoje sprzęgła, każdy mógł z nim robić, co chciał, jak z łachmanem/. (s. 15/16)
Gabriel Garcia Marquez, który podziwiał Juana Rulfo i doskonale znał jego teksty, stworzył Sto lat samotności w równie absurdalnym paradygmacie poszukiwania niemożliwej, bo nieistniejącej, sensowności istnienia.
Przewraca on do góry nogami czytelnicze przyzwyczajenia, każe patrzeć na tekst suprematycznie, skrywając sensy poza tym, co czarne, ale niekoniecznie na białym tle.
Macondo czyni symbolem wpisanej w człowieczeństwo destrukcji i niszczycielskich mocy. Miasteczko bez historii i grobów skazuje na udział w dziejach świata, co fatalnie się kończy, a wszystko to: wojny, bunty i rewolucje, doświadczamy poprzez poszczególne historie konkretnych postaci, od narodzin przez pokolenia, aż do momentu, gdy zostajemy świadkami zjadania ostatniego z rodu przez mrówki.
Świat Stu lat samotności to wielka metafora uwikłania człowieka w losy rodziny, miejsca, w którym przyszło mu żyć i świata, który wciska się nieproszony tam, gdzie nikt go nie chce. Macondo radziło sobie znakomicie i bezproblemowo, w utopijnym zupełnie wymiarze, do momentu, gdy pojawił się przedstawiciel rządu, ksiądz i wojsko. To te trzy elementy zainicjowały powolną, ale nieubłaganą destrukcję Macondo. Unicestwienie ideału ma jednakowoż znacznie głębsze podłoże, w metaforyczny, czy raczej archetypiczny sposób, naznaczone czymś na kształt grzechu pierworodnego: niepojętą w swej skuteczności i swej mocy klątwą, rzuconą na cały ród Jose Arcadio, przez wszystkie sześć pokoleń.
Mono no aware daje nam jednakowoż tę unikalną możliwość wychynięcia poza dramat Syzyfa i dotknięcia piękna, a nawet dobra, jeśli przyjmiemy i zaakceptujemy ich istnienie w ulotności.
***
Pedro Páramo i inne prozy, Juan Rulfo, PIW, 2026, s. 448.
Zbyszek Kruczalak
www.domksiazki.com