----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

07 lipca 2026

Udostępnij znajomym:

„Anioły” to zupełnie niebywała, swoiście perwersyjna przyjemność obcowania z tekstem, którego językowa sprawność i wyrafinowanie wciąga nas w koszmar zatracenia. Debiutancka powieść Denisa Johnsona wprawia nas w stan wibracji wykraczających poza tu i teraz i to nie tylko dlatego, że jesteśmy wrzuceni w stany innej świadomości; tej uzależnionej od ciężkich narkotyków, alkoholu i prochów, czy też poruszonej ostatecznością zamknięcia w celi śmierci. Co szczególnie uderzające, to owa, tak bardzo charakterystyczna dla jego prozy, wymykająca się zewsząd, banalność zła, która ma wiele, w tym także, anielskich twarzy.

Mistrzostwo językowego warsztatu Johnsona jest zatrważające, a przekład Krzysztofa Majera czyni go zachwycającym. Wystarczy tylko przyjrzeć się perfekcji frazy autora Aniołów:

„...Ze swojego miejsca przy oknie Jamie wyglądała na zewnątrz, paląc koolsa. Pod drzwiami autobusu nadal tłoczyli się ludzie – ludzie, z którymi miała nadzieję nigdy się nie zetknąć – ściskając kalekie bagaże i papierowe worki, jak gdyby mieli tam upchane przyczyny wszystkiego, czego dziś żałują, objaśnienia ran. Jakiś czarny facet w tweedowej marynarce i słomkowym kapeluszu pokazywał odjeżdżającym krewnym tabliczkę, na której było napisane: „SŁOŃCE obróci się w CIEMNOŚĆ, a KSIĘŻYC w KREW (Księga Joela 2,31)”. W swojej obecnej sytuacji Jamie poczuła z nim pewną więź.

Koło trzeciej nad ranem nagle otworzyła oczy. W ich trasę wcięły się światła wjazdu na autostradę, zalały autobus, ale Jamie była tak wyczerpana, że przez chwilę zdawało się jej, że to płonąca głowa jakiegoś mężczyzny sunie jak kometa przez mrok uśpionych podróżą, i tylko jej dane jest to oglądać”.(s. 7/8)

Ten niewielki tekst wyjęty z pierwszego rozdziału, idealnie pokazuje językowy i intertekstualny fenomen prozy Johnsona, który nie tylko kreuje charakterystyczną atmosferę, ale przede wszystkim pozwala wniknąć w wewnętrzne życie postaci, wokół których zbudowany jest świat przedstawiony powieści. Można to dostrzec w innym fragmencie z tego samego rozdziału:

Jej mąż był rozeźlonym sprzedawcą sprzętu grającego. Wciąż rozpamiętywał życie, które go pochłonęło, i teraz czuł się jak grzechoczący w obudowie luźny element. Czy Jamie nie mogłaby po prostu być mu wdzięczna, pytał ją ciągle, skoro on już dawno zapomniał o tym, czego chciał, żeby ona miała to, czego ona chce? Czy nie widzi, że ciągle coś? Po prostu – walił pięścią w ścianę, aż trzęsła się cała niewielka przyczepa – jest coś, i zaraz jest coś następnego… Dwa razy prawie ją udusił, rozwścieczony tym, że go nie rozumie. Bo nie rozumiała. Niemal każdą chwilę w domu przesypiał. Nocami płakał, przyznawał się, że wszystko go przeraża. Kiedy by na niego nie spojrzała, twarz miał wciśniętą w ramiona, chował się przed tym, co mu się wyświetlało w głowie. I wreszcie wszystko rozpieprzył. Kres ich małżeństwa widziała tak, jak z daleka widać czerwony brankard na końcu pociągu”. (s. 10)

Nadzwyczajna, językowa precyzja i jej przyłączająca realność wprowadza nas w wewnętrzne, zaburzone, rozedrgane i głęboko niespójne życie wewnętrzne bohaterów, których istnienie nie ma znaczenia, a raczej temu znaczeniu wyraźnie nie sprzyja. Ludzie ci nie tyle pozbawieni są właściwości, co pozostają zapętleni w niemożności. Jak napisano w recenzji wydawnictwa Karakter:

„Debiutancka powieść Denisa Johnsona zawiera już w sobie wszystko to, co charakterystyczne dla jego twórczości: bohaterów wyrzuconych na margines społecznego życia, którzy, chcąc nie chcąc, eksplorują najmroczniejsze rejony ludzkiego doświadczenia, krajobraz amerykańskich przedmieść i miasteczek z tanimi barami, podrzędnymi hotelami i unoszącą się nad nimi atmosferą przegranej, lakoniczny styl wydobywający poezję z tego, co kolokwialne i trywialne. Johnson z maestrią i głęboką empatią wobec swoich bohaterów dekonstruuje amerykański mit, ukazując grozę istnienia i samotność ludzi, o których nikt nie chce pamiętać”.

Nie pamięć zresztą jest w tym wszystkim najistotniejsza, bo ona sama w sobie dotyczy tego, czego nie chce się pamiętać. Co rzeczywiście jest w powieści Johnsona znaczące to owa zatrważająca, metafora drogi ku zatraceniu, którą znaczy szpital psychiatryczny, w którym ląduje na odwyku główna bohaterka Jamie, czy komora śmierci, zamykająca wszystko to, co zrobił Bill. Na tej drodze zdarza się wszystko to, co niemożliwe: toksyczne małżeństwa, kradzieże, zabójstwa, gwałty, narkotyczne zjazdy i alkoholowe rajdy, napady z bronią – w ciągłym przemieszczaniu się donikąd. Ta niemożliwość odnalezienia siebie prześwituje nieustanie w szczelinach bycia wszystkich postaci powieści. Jest czymś tak niesamowitym w koncepcie literackim Aniołów, iż nawet one umykają naszym o nich wyobrażeniom, niosąc przesłanie unicestwienia:

„Gdzieś ponad własnym głosem ujrzała anioła. Uszy będzie miał jak z animacji o rozwoju tkanek. Bije od niego żółte światło, ale pokrywają go ruchliwe cienie, żywe tatuaże. Jego twarz bez przerwy się zmieniała. Jego głos dochodzić będzie z daleka, jak sygnał pociągu. Jego ciało jest mocne i piękne i bezwłose, skrzydła białe, gorejące, czyste, ale głowa jest gwałtowną przemianą – to głowa orła, kozła, owada, myszy, owcy ze spiralami rogów, które obracają się prawie niepostrzeżenie, wydłużają – a w całym przesłaniu nie było słów. Całe przesłanie to rytm i kierunek czasu. Tak to Teraz. Anioł mówi;

-Już czas.

-Już czas? - spytała. - Czy to boli?

Będzie miał najpiękniejszą twarz, jaką kiedykolwiek widziała.

-Och, kochanie – szlocha anioł. -Nawet sobie nie wyobrażasz”. (s. 178)

To pozornie trywialne pytanie: -Czy to boli? Powraca wielokrotnie w różnych konfiguracjach i zawsze jest odniesieniem do jakiejś formy ostatecznego rozwiązania. Co ciekawe, w kultowym filmie i książce, Droga ku zatraceniu, które wprawdzie opowiadają o zemście i to w zupełnie innym, bo mafijnym kontekście, równie wyraźnie zarysowany jest motyw aniołów (przemiana Michaela O’Sullivana z Anioła Śmierci w Anioła Zemsty) na drodze do miasteczka Perdition (wieczne potępienie, piekło, zguba duszy).

Główni bohaterowie Aniołów też znajdują się w drodze, wprawdzie nie do Perdition, bo mieszkają chwilowo na obrzeżach Phoenix, co jednakowoż w niczym nie umniejsza ich zatracenia i pogubienia. Oni zaprzepaścili siebie nigdy nie rozumiejąc znaczenia zdania: „Śmierć jest matką piękna”, które to zdanie było wykaligrafowane na drzwiach komory gazowej, w której zakończył swoje życie Bill Houston. Paradoksalnie i ironicznie wskazuje ów cytat, zgodnie przecież ze swoim oryginalnym kontekstem, który niesie wiersz Wallace’a Stevensa, Niedzielny poranek:

Śmierć jest matką piękna; to od niej wyłącznie
Nadejdzie spełnienie naszych marzeń
I pragnień,

iż dopiero śmierć otwiera nas na sensy, wczesnej umykające albo niedostrzegalne.

/… To tylko sen nagle stał się koszmarem. Ci ludzie się pogubili i miną lata, zanim się odnajdą, o ile to w ogóle nastąpi. Jak trafnie ujął to w swoim tekście Aaron Thier: „Wieczność w twórczości Johnsona to coś, co można trzymać w dłoniach albo rzucić o ścianę. To również coś, co może rzucić o ścianę tobą”/. (za: Piotr Brencz, w: Życie jak w piosence. O „Aniołach” Denisa Johnsona)

***

Anioły, Denis Johnson, przeł. Krzysztof Majer, wyd. Karakter, 2025, s. 236.

Zbyszek Kruczalak
www.domksiazki.com

----- Reklama -----

POLONEZ 950 X 300

----- Reklama -----

POLONEZ 950 X 300

----- Reklama -----

Dorota Zielinski

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor