„Mądre terapeutyczne powiedzenie głosi, że przestać pić to żaden problem; sztuką jest pić nie zacząć. Do tego przydają się wszystkie narzędzia, które zdobyliśmy na drodze do trzeźwości”. (s. 55)
Bardzo osobisty i jednocześnie absolutnie niekonfesyjny przewodnik po dojrzalej trzeźwości, wrzuca nas w świat doświadczeń człowieka z właściwościami. Grzegorz Dziedzic napisał o sobie dla innych. Jego doświadczenie bycia uzależnionym od alkoholu przełożyło się na wyjątkowy i rzadki tekst dla tych, którzy są w podobnej sytuacji życiowej, to znaczy są trzeźwi i postanowili w tej trzeźwości trwać. To trwanie jednakowoż nie jest ani łatwe, ani lekkie, ani przyjemne – jest nieustannym zmaganiem się z cieniem. Ta kategoria określająca życie człowieka bez uzależniaczy jest jedną z najważniejszych w doświadczeniu Dziedzica i taką, która pociąga za sobą szereg innych: pustkę, rozpacz czy smutek. Dojrzała trzeźwość okazuje się stanem nieustannego zmagania na drodze rzadziej wędrownej. Co jeszcze bardziej zdumiewające i trudne do zaakceptowania, owa podróż skazuje wędrowca na dojmującą samotność - nie ma od tego ucieczki. Dziedzic pisze o tym bardzo wiarygodnie i bardzo dobitnie:
„Kiedy było trzeba, [cień] pchał mnie w ramiona roześmianego hedonizmu, by zaraz potem rzucić w czarną rozpacz. Cień rósł i stawał się coraz silniejszy, bo im dłużej piłem, tym bardziej pragnąłem zniknąć, schować się, przestać istnieć. Wzmacniał się, bo w moim życiu ubywało nadziei, a przybywało porażek i wstydu. Z czasem smutek i rozpacz przestały być pociągające, jak wszystko, co przytłaczające i nie dające się odpędzić.
Kiedy przestałem pić, cień nie przestał rosnąć w siłę, ale jednocześnie pozbawiłem się jedynego znanego mi środka do jego regulacji, czyli alkoholu. Wtedy byłem jeszcze przekonany, że mój przerośnięty cień zgładzi światło nowego trzeźwego życia. Bardzo pragnąłem się go pozbyć, wykorzenić, wypalić rozpalonym żelazem. Miał tego dokonać program AA, przyjaciele z mitingów, pomoc niesiona cierpiącym. Dość szybko zrozumiałem jednak, że cienia nie sposób się pozbyć, bo jest on integralną częścią mojego istnienia, że bez cienia nie byłbym sobą. Bez niego moja osobowość stałaby się miałka i mdła, a życie przerażająco nudne, bo pozbawione żądz i parcia ku nowemu. Życie bez smutku, bólu i cierpienia nie tylko nie jest możliwe, ale przede wszystkim jest niepełne. To życie po lobotomii”. (s. 147)
Poruszające? Trudno pozbyć się wrażenia, że autor stawia nas w powiewie doświadczenia absolutnie powszechnego, a nie tylko indywidualnego. Kategoria cienia, swoją drogą niezwykle poetycka i nośna znaczeniowo, pociąga za sobą doznanie pustki, rozpaczy, porażki, wstydu, smutku, beznadziei, bólu i cierpienia – jeden, niewielki, zacytowany fragment i tyle rzeczowników z grupy mrocznych. Czy jedynie przynależnych tym, którzy pogrążyli się morzu alkoholu czy narkotyków? Czy jest ktoś, kto nie był smutny czy nie cierpiał? Nawet w bajkach wilk zjada Kapturka, a dziewczynka z zapałkami umiera w samotności z zimna. Nie jest to konstatacja miła, ale jak pisze Grzegorz Dziedzic w cytowanym fragmencie:
„Życie bez smutku, bólu i cierpienia nie tylko nie jest możliwe, ale przede wszystkim jest niepełne. To życie po lobotomii”.
Byłoby czymś absurdalnym zakładać jednocześnie, że ów zestaw rzeczowników z grupy pozbawionej światła, powinien nam dawać radość i spełnienie. Dlatego też możemy przeczytać w dalszej części tego tekstu:
„Wtedy postanowiłem, że zamiast z cieniem walczyć, spróbuję go oswoić, zaprzyjaźnić się z nim i zintegrować. Przyjrzałem się, czemu służy, jakie role odgrywa i do czego jest mi potrzebny […] Siedząc na medytacyjnej poduszce, nie raz mierzyłem się z kuszącymi szeptami cienia. Spotykałem się z nim i do dziś spotykam w moich fantazjach i snach”. (s.147/148)
To jeden z najważniejszych fragmentów książki Niech ja będzie z tobą – przewodniku po dojrzałej trzeźwości. To właśnie tutaj spotykają się najważniejsze punkty na drodze rzadziej uczęszczanej w procesie dojrzałej trzeźwości. Bo jakkolwiek można przestać pić czy ćpać, to nie można uciec od ich cienia. Ten centralny punkt książki Grzegorza Dziedzica stanowi oś, wokół której krążą inne aspekty trwania w trzeźwości i którym autor poświęca wiele uwagi w poszczególnych rozdziałach. To tylko niektóre ich tytuły:
Z czym zaczynam
Ściana
Czego potrzebujesz na początku
Fazy trzeźwienia, czyli pierwszy rok
Sponsor
Bezdroża
Czego tak naprawdę potrzebuję
Jest też w książce rozdział zatytułowany „Jak odszedłem z AA” (s. 81-84), w którym autor bierze pełną odpowiedzialność za siebie i na siebie, za samodecydowaniu o sobie. Jest to moment przełomowy (niezwykle trudny) w procesie budowania umiejętności ku odwadze samostanowienia. Pozbyć się wsparcia grupy, sponsora i zbiorowego ja, by zacząć cementować ja indywidualne:
„Wziąłem stamtąd [z AA] to, czego potrzebowałem i ruszyłem w dalszą drogę, jednocześnie nie zatrzaskując sobie drzwi, bo znam drogę z powrotem. Musiałem odejść, tak jak młody człowiek musi odejść z rodzinnego domu, bo inaczej nie będzie miał okazji dorosnąć i dojrzeć. Odciąłem pępowinę, żeby stać się dorosły”. (s, 84)
Autor w wielu miejscach książki punktuje konieczność samo-przekraczania. Ten termin pozwala na pełniejsze rozumienie procesu bycia w trzeźwości, który nie jest statyczny i jednorazowy, ale skazuje jednostkę na ciągłe zmagania i to nie tylko z cieniem tego co było, ale też tego, co mogłoby być. W niezwykły sposób pisze o tym autor w rozdziale Transcendencja jako postawa uzależnienia:
„Można zaryzykować stwierdzenie, że alkoholicy i narkomani poszukują transcendencji, że chcą przekroczyć istniejącą rzeczywistość, na którą nie ma w nich zgody. Picie i ćpanie to próby osiągnięcia transcendencji, tyle że nieudolne i skazane na niepowodzenie. […] Może więc rzeczywiście uzależnienie jest dość prymitywną formą przekroczenia ograniczeń rzeczywistości i drogą ku tajemnicy. Podróżą do bardziej złożonych i subtelnych stanów świadomości. Ta teoria bardzo mocno rezonuje z moim doświadczeniem. Gdyby było inaczej, w leczeniu uzależnień wystarczyłoby zająć się uleczeniem traum i nauczeniem chorego lepszej regulacji emocjonalnej. To jednak tylko początek drogi”. (s. 158/159)
I co najtrudniejsze i najbardziej wymagające – to początek drogi ostatecznie przemierzanej tylko samemu, co nie znaczy, że w absolutnej samotności:
„Tym bardziej, że nie ma jednej drogi. Zaryzykuję stwierdzenie [pisze Grzegorz Dziedzic], że nie ma żadnej drogi, oprócz tej, którą sam zbudujesz i wydepczesz. Dojrzała trzeźwość najeżona jest pułapkami i minami, łatwo jest zabłądzić i się zgubić. Każdy się gubi. Zdrowienie to długi, być może nigdy niekończący się proces […] Tylko całkowici ignoranci twierdzą, że znają wszystkie odpowiedzi” (s. 59) i dalej czytamy:
„Na terapii zrozumiałem, że nie jestem sam i że zmiana jest możliwa. Także, a może przed wszystkim to, że za moją zmianę odpowiedzialny jestem JA. Nikt więcej. Że nikt mnie nie uratuje, jeśli ja sam nie uratuję siebie”. (s. 144)
Niech ja będzie z tobą – Przewodnik po dojrzałej trzeźwości, Grzegorz Dziedzic, wyd. Newhomers, 2026, s. 271.
Zbyszek Kruczalak