Zapiski japońskie
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

„Gdyby jednak jakiś niecierpliwy czytelnik myślał zapytać mnie, w jakim celu w takim razie ją napisałem, mógłbym odpowiedzieć jedynie: chodziło o tragikomiczność postaci. To właśnie ten problem tkwi u źródeł życia ludzkiego”. (Osamu Dazai, Księga japońskich opowieści)

Tragikomiczność może przebierać różne kształty i formułować się na różne sposoby, w różniących się znacząco literackich gatunkach. Tragikomizm, a w zasadzie dramato-komizm, literatury japońskiej, odurza nas i wytrąca z równowagi, gdy współuczestniczymy w decyzjach dwojga osób skazanych na życie w dziurze wykopanej w piasku. Zastanawiający też może być, a nawet na pewno jest, spacer nad rzekę z niedźwiedziem, czy sadzenie w ziemi przedmiotów pięknych, obleśnych, a także tych super ludzkich: bólu, strachu, niepewności czy samotności.

Pozornie może się nam wydawać, że japońscy autorzy przesunęli granicę tak zwanej normalności w kierunku absurdu i groteski, ale czy rzeczywiście? Metafora dziury w ziemi, a w zasadzie w wydmach piaskowych, skazanie dwojga obcych sobie ludzi na współistnienie w sytuacji granicznej i wydawałoby się, że bez wyjścia, dramatycznie, ale też komicznie, odsłania nasze upodobanie ku uciekaniu od wolności. Sam początkowy koncept poszukiwania rzadkiego owada zamieszkującego specyficzny rejon Japonii, przeradza się w obezwładniającą swą niezwykłością metaforę człowieka skazanego na drugiego, na tego innego, wobec którego musimy jakoś się zachować i coś przedsięwziąć. Mistrz Kōbō Abe w genialnej paraboli sumuje tragikomiczny aspekt naszego bytowania, rzecz jasna rozciągający się znacznie poza japońską dziurę w piachu.

***

Wiemy zatem, że dół w piachu może dać nam wiele do myślenia, ale co może wynikać ze spaceru z niedźwiedziem nad rzekę, poza faktem że ów zwierz łapie ryby, które potem suszą się na słońcu i można je zjeść na kolację? Co najdziwniejsze, mamy ten spacer opowiedziany w dwu wersjach, bardzo nieznacznie się różniących od siebie. Niewielkie, kilkustronicowe opowiadania, które znowuż odsyłają nas w metaforę zagrożenia, szukania sensu w relacji z jakimś innym, drugim, dzięki któremu, albo może i wbrew któremu, pewne nasze czynności, zachowania i sytuacje, w które jesteśmy wrzuceni wbrew naszej woli i nieintencjonalnie, nabierają sensu, czy raczej jego pozorów.

Spacer z dużym niedźwiedziem nie wzbudza większych sensacji na ulicy. Jedynie nad rzeką dzieci się dziwią jego tam obecności i jemu samemu. Ale nie jest to w żaden sposób drastyczne. Nikt nie chce go odstrzelić. Być może dlatego, że rzecz nie dzieje się w Polsce. Niedźwiedź płynnie mówi po japońsku i jest skoligacony z narratorką w dosyć luźny sposób. Nie tylko łowi dla niej rybę, ale ją oporządza, soli i podsusza na słońcu. Chce też zaśpiewać swojej przyjaciółce kołysankę, gdy odpoczywają nad rzeką. Do tego wszystkiego jest wspaniałomyślny i ma gest. Daruje swoim sąsiadom pocztówki i makaron gryczany. Kobieta i niedźwiedź spędzają ze sobą cudowny dzień.

Hiromi Kawakami opowiada o „Niedźwiedzim bogu” dwukrotnie. Przed i po – w prawie idealnej symetrii. Dlaczego nie w doskonale idealnej? Z tej prostej przyczyny, że dzięki temu uzyskuje niesamowity, podwojony efekt synergii. Ten sam świat, a przecież zupełnie inny. Japonia miała parę wydarzeń w swej niebywale skomplikowanej i wyrafinowanej historii, które drastycznie zmieniły wszystko w życiu kraju. Szczególnie XX wiek głęboko ją doświadczył. Przegrała haniebnie wojnę, a co najgorsze cesarz ogłosił, że nie jest bogiem. Konsekwencje tych wydarzeń były niebywałe. Japończycy musieli przedefiniować istotę swojej tożsamości. Podobnie traumatycznym wydarzeniem była dla Japonii potrójna katastrofa trzęsienia ziemi, tsunami i kryzysu nuklearnego 11 marca 2011 roku. Ta data to cezura na to, co przed i na to, co po tym dla obu tekstów Hiromi Kawakami. Dwa różne przedmioty definiują ten dramatyczny rozziew: klucz i licznik Geigera:

„- To był przyjemny spacer - mówi niedźwiedź, zatrzymując się przed mieszkaniem 305 i wyjmując klucz z torby. – Mam nadzieję, że to jeszcze powtórzymy” (s.31).

W drugim opowiadaniu jest nieznaczna modyfikacja tej uroczej sytuacji:

„- To był przyjemny spacer – mówi niedźwiedź, zatrzymując się przed mieszkaniem 305 i wyjmując z torby licznik Geigera. Najpierw mierzy moje napromieniowanie, potem swoje. Słychać znajome trzaski. – Mam nadzieję, że to jeszcze powtórzymy" (s.47).

***

Dziura w piaskowej wydmie i spacer z niedźwiedziem to nie wszystko. Można też sadzić przedmioty i uczucia i można to robić na zlecenie z ogłoszenia. Ale po co? No cóż, powinniśmy być bardziej ostrożni w ferowaniu wyroków o tym, co możliwe, a co nie – szczególnie w kontekście literatury i kultury w ogólności, która karmi się od wieków magią wszelkiego rodzaju niziołkowatych stworów, potworów, rusałek, bóstw wszelakich i niezwykłych zjaw, widm i upiorów zwanych yōkai. To zresztą tylko część tego, co każe nam dziwić się mniej i mieć oczy szeroko zamknięte na wszelkie ograniczenia, bo jak mamy zareagować, jeśli szef jednego z działów wielkiej korporacji jest, albo wydaje się, albo może być, orangutanem?

Bohaterka, czy raczej bohaterki opowiadań Aoko Matsudy muszą sobie radzić przede wszystkim same ze sobą, w rzeczywistości korporacyjnego świata, zdominowanego przez facetów, którzy nienawidzą, albo mówiąc dosadniej, nie rozumieją wszystkiego tego, co nie jest korporacyjne z krwi i kości. Sadzonki Margaret to życie po życiu, albo praca po pracy w wielkiej firmie, znaleziona, o dziwo, w ogłoszeniach prasowych. Początkowo bajkowa w swej łatwości, inności i niezależności, a potem zatrważającą. Bo Margaret sadzi wszystko, co przychodzi do niej codziennie zapakowane w paczki. „Od białych, wyprasowanych koszul po lęki i trwogę. To, co się posadzi, zwykle wyrasta w przewidywalnym kształcie. Margaret sadzi i to, co chciałaby, żeby wzeszło, i to, co wolałaby pogrzebać. Nawet, jeśli świat to „stek wodoodpornych kłamstw”, to czy ich „wodoodporność” nie bierze się stąd, że sami je sadzimy? (Kinga Dunin, w: Krytykapolityczna.pl)

„Stek wodoodpornych kłamstw” to fraza przewijająca się nieustannie w tekście „Układ(a)ne”, która definiuje korporacyjny sposób myślenia o wszystkim, co niekorporacyjne. W istocie idealnie można by ją streścić cytatem z zupełnie innej książki:

„Czyż nie jest tak, że dwie osoby w ogóle się nawzajem nie rozumieją? Że nawet jeśli uważają się za serdecznych przyjaciół, naprawdę nic o sobie nie wiedzą? I tak przeżywają w tej nieświadomości całe życie, po czym opłakują przyjaciela, gdy w gazecie przeczytają jego nekrolog”. (Osamu Dazai, Zatracenie)

Kontynuacja za tydzień.

Zbyszek Kruczalak