Z racji swojej potęgi, doświadczeń historycznych i umiejscowienia w geopolitycznej układance na czele świata zachodniego USA odgrywa istotną rolę na arenie międzynarodowej, również jako strażnik ładu i zasad. Momentem szczytowym tego zjawiska była operacja „Pustynna Burza”, od której rozpoczęcia mija w tych dniach równo 35 lat.
Napięcie pomiędzy izolacjonizmem (dystansowaniem się od problemów globalnych i uczestnictwa w ich rozwiązywaniu) a interwencjonizmem (angażowaniem się w kwestie międzynarodowe) jest stałym elementem amerykańskiej polityki. XX wiek przyniósł tutaj istotną zmianę: udział w I wojnie światowej w latach 1917-1918, a następnie zaangażowanie w II wojnę światową w latach 1941-1945 pokazały, że amerykański udział może okazać się decydujący dla rozstrzygnięcia konfliktów światowych. Po części efektem tego było uzyskanie po 1945 r. przez USA pozycji supermocarstwa, rywalizującego z ZSRR w ramach zimnej wojny.
Specyficznym elementem ładu światowego, który wykrystalizował się po II wojnie światowej, była wiodąca rola instytucji międzynarodowych, przede wszystkim Organizacji Narodów Zjednoczonych. W przeciwieństwie do swojej poprzedniczki, czyli Ligi Narodów, ONZ okazała się instytucją stabilną. Początkowa koncepcja zakładała, że wspólnota międzynarodowa może interweniować na rzecz utrzymania bądź przywrócenia pokoju. Doszło do tego w 1950 r., kiedy północnokoreański reżim Kim Ir Sena zaatakował Koreę Południową. Narody Zjednoczone wystąpiły wówczas w obronie napadniętego państwa, co udało się przez nieprzetestowanie systemu przez Związek Radziecki – Sowieci myśleli, że Radę Bezpieczeństwa ONZ uda się sparaliżować bojkotowaniem udziału, nie przeszkodziło to jednak w uchwaleniu mandatu do interwencji. Jak uczą dalsze dzieje ONZ, stali członkowie Rady więcej nie popełnili tego błędu, używając przysługującego im prawa weta. W początku lat pięćdziesiątych Amerykanie stanęli wobec tego na czele interwencji przeciwko Korei Północnej pod flagą ONZ, doprowadzając do zachowania statusu przedwojennego. Potwierdziło to po raz kolejny rolę USA w utrzymaniu światowego porządku.
Do kolejnej takiej sytuacji doszło niemalże cztery dekady później. Przyczyną tym razem był Irak rządzony przez Saddama Husajna, ambitnego bliskowschodniego dyktatora dążącego do budowy silnego państwa arabskiego. Przez całe lata osiemdziesiąte Irakijczycy toczyli wyniszczającą wojnę z Iranem o pograniczne tereny nad Zatoką Perską, bogate w złoża ropy naftowej. Konflikt ten nie zakończył się wyraźnym rozstrzygnięciem, mocarstwowe dążenia Husajna były więc niezaspokojone. Stąd pomysł zaatakowania Kuwejtu – sąsiadującego z Irakiem od południa niewielkiego kraju nad Zatoką, posiadającego również własne złoża „czarnego złota”. W sierpniu 1990 r. irackie siły zbrojne szybko zajęły sąsiednie państwo. Doszło do zaburzenia porządku w regionie, tym bardziej, że ambitny Irakijczyk, do tej pory szczęśliwie balansujący w polityce międzynarodowej, zdawał się nie chcieć poprzestać na tym sukcesie – obawiano się, że następnym celem może być bogata w ropę Arabia Saudyjska.
Saddam miał niestety pecha. Jeszcze dziesięć lat wcześniej mógłby w jakiś sposób próbować „podczepić się” ze swoimi dążeniami pod któryś z dwóch wielkich bloków politycznych, które podzieliły między siebie zimnowojenny świat. Tymczasem w 1990 r. po wielkiej rywalizacji atomowych supermocarstw nie było już śladów. Kilka lat wcześniej Gorbaczow i Reagan rozpoczęli proces odprężenia w relacjach międzynarodowych. Korzystny był on zwłaszcza dla ZSRR, który wchodził w głęboki kryzys polityczny spowodowany wielostronną niewydolnością, na który to receptą miała być pierestrojka (przebudowa), czyli pomysł Gorbaczowa na odnowę wizerunku Sowietów w świecie. Oznaczało to mniejsze zaangażowanie międzynarodowe i niechęć do bronienia takich awanturników jak Husajn. W tej sytuacji ONZ bez problemu zwrócił się przeciwko Irakowi, dając pozwolenie na interwencję, w której wiodącą rolę odegrały Stany Zjednoczone pod wodzą prezydenta Busha seniora.
Pierwszym etapem kontrakcji wobec Iraku w ramach tzw. I wojny w Zatoce Perskiej była operacja „Desert Shield”, która oznaczała zabezpieczenie Arabii Saudyjskiej przez atakiem wojsk Saddama. Na Półwysep Arabski sprowadzono potężne siły – w rejon konfliktu skierowano kilka grup lotniskowcowych, kilkaset samolotów bojowych oraz siły lądowe, początkowo powietrznodesantowe, następnie sprzęt ciężki. Wszelkie próby pójścia dalej przez Husajna byłyby w tej sytuacji niemożliwe. Kolejnym krokiem było ultimatum, które nakazywało Irakijczykom opuszczenie Kuwejtu do 15 stycznia 1991 r. Gdy do tego nie doszło, 17 stycznia rozpoczęła się druga część operacji, nazwana „Pustynna Burza”. Najpierw cele w Iraku zaatakowało amerykańskie lotnictwo, wykonując wiele precyzyjnych uderzeń na infrastrukturę wojskową, które poraziły zdolności irackiej armii. 25 lutego wojska lądowe pod dowództwem gen. Schwarzkopfa rozpoczęły ofensywę, która po trzech dniach doprowadziła do rozbicia nieprzyjaciela i wyzwolenia Iraku. W początkach marca konflikt zakończył się, a Saddam musiał się z podkulonym ogonem wycofać.
W tym czasie Amerykanie nie zdecydowali się na obalenie irackiego dyktatora – dokonali tego ponad dekadę później ludzie zaangażowani w 1991 r. pod wodzą prezydenta Busha juniora. Sukces ten pokazał jednak, że to USA będzie w najbliższych dekadach głównym rozgrywającym na arenie międzynarodowej, jeśli trzeba będzie – także w sposób siłowy.
Tomasz Leszkowicz