----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

24 lutego 2026

Udostępnij znajomym:

„Wspólnie nieśli ciężar wspomnień. Brali to, czego inni nie byli już w stanie dźwigać”. (To, co nieśli, s. 24)

Na czym polega niezwykłość tego gatunku i co sprawia, że tak zwane „short stories” wytrącają nas z równowagi, a to wytrącenie może mieć czasem siłę tsunami? Co jest istotą krótkiego tekstu literackiego? Co sprawia, że opowiadanie „pokrótce” wpisuje się w ten magiczny proces projekcji – identyfikacji i to właśnie tam odnajdujemy siebie w sensach i bezsensach swego życia, które samo w sobie przepływa nieubłaganie poprzez meandry codzienności i dopiero owe short stories tym przepływom nadają znaczenie? Tu zdaje się skrywać, czy też raczej czyhać na nas ów fenomen krótkich opowiadań, ów asortyment strapień, który w odkopanych z niebytu trylobitów, wyłania nas samych w nowych, czy raczej na nowo starych, odczytaniach.

Jak możemy przeczytać w eseju „Dubliners Literary Context Essay: James Joyce & the Short Story” opublikowanym przez SparkNotes:

/… Joyce często nazywał swoje opowiadania „epikletami”. Termin ten przejął z mszy katolickiej, gdzie epikleza oznacza wezwanie Ducha Świętego, mające przemienić chleb i wino w ciało i krew Chrystusa. Jak wyjaśnił w liście do swojego brata: „istnieje pewne podobieństwo między tajemnicą mszy a tym, co staram się uczynić [w Dublińczykach]… dać ludziom rodzaj intelektualnej przyjemności lub duchowej satysfakcji, przekształcając chleb codziennego życia w coś, co posiada trwałe, artystyczne życie własne/.

Niesamowite i uderzająco celne określenie funkcji short stories, które przez swą istotę (zwartość i zwięzłość relatywnie krótkiego tekstu) wrzuca nas w inny wymiar tego samego. Pozwala nam zobaczyć to, co wydaje się oczywiste, w nieoczywisty sposób. Idealnym przykładem owej „epikletowości” są opowiadania ze zbioru Tima O’Brien’a „To, co nieśli” – szczególnie tytułowy tekst, który dosłownie wylicza to, co ma na sobie i co musi nieść ze sobą żołnierz:

„To, co nosili, było w znacznej części funkcją konieczności. Wśród rzeczy niezbędnych czy prawie niezbędnych znajdowały się otwieracze do konserw wzór P-38, składane nożyki, suche paliwo, zegarki ręczne, nieśmiertelniki, repelent na moskity, guma do żucia, słodycze, papierosy, tabletki soli, saszetki lemoniady w proszku, zapalniczki, zapałki, igły i nici, Wojskowe Talony Płatnicze, puszkowane racje żywnościowe oraz dwie do trzech manierek z wodą. To wszystko razem wzięte ważyło od pięciu i pół do ośmiu kilogramów, zależnie od osobistych przyzwyczajeń i szybkości metabolizmu. Henry Dobbins, chłop postawny, brał więcej puszek z żarciem – szczególnie pasowały mu brzoskwinie w gęstym syropie do babki piaskowej. Dave Jensen, nawet w terenie dbały o higienę, brał szczoteczkę do zębów, nić dentystyczną i parę hotelowych kostek mydła, które zwędził podczas rekreacyjnej przepustki w australijskim Sydney. Ted Lavender, który się bał, nosił pigułki uspokajające, aż w połowie kwietnia dostał w głowę pod wsią Than Khe. Z konieczności oraz zgodnie z wymogami regulaminowymi wszyscy nosili stalowe hełmy ważące nieco ponad dwa kilogramy razem z fasunkiem i pokrowcem maskującym. Nosili standardowe polowe kurtki i spodnie. Bieliznę nosili bardzo nieliczni. [...]

To, co się nosiło, było targane, czyli na przykład porucznik Jimmy Cross targał swoją miłość do Marthy po wzgórzach i mokradłach. Można też było używać formy zwrotnej, targać się, czyli iść gdzieś, maszerować, ale zawsze z implikacją, że to wędrówka z obciążeniem/. (s.12)

Jedno, niewielkie objętościowo opowiadanie, tylko 26 stron, na których jest wszystko to, co stanowi o istocie doświadczenia wojny i to bez potępiania, osądzania czy wydawania wyroków – ale to, co nieśli, to nie tylko przedmioty, to nie tylko rzeczy, to nie tylko ekwipunek – to także cały bagaż emocji, które budują sytuacje, z którymi trzeba się zmierzyć.

To właśnie ów bagaż tego, „co się nosiło, co było targane” jest doskonałą metaforą „epikletowości” – literackiej transpozycji zwykłości w niezwykłość. I nie chodzi tu o fruwające anioły, czy gadające smoki, ale o tę unikalność tajemnicy, jaką skrywa literatura, a co jest ukazaniem tego, „co nieśli” w innej, wykraczającej poza „tu i teraz” perspektywie.

Można tego precyzyjnie doświadczyć, czytając opowiadania Lydii Davis z tomu Asortyment strapień:

„To nie tylko „festiwal unicestwień, utrapień i udręk”, ale przede wszystkim pełne humoru i fantazji literackie święto oraz dowód na to, że opowiadanie jako gatunek nie jest monolitem. I choć – jak przekonuje Davis – nie ma dwóch takich samych fikcji, jej historie mają wspólny mianownik: zachwyt życiem i nieustające nim zdziwienie” (z recenzji wydawnictwa)

Ów zachwyt i zdziwienie wyprowadza nas z codziennej banalności, ku nieznośnej lekkości bytu naznaczonego tajemnicą, absurdem czy trywialnością. Owe refleksyjne, często super krótkie formy eksplorują to, co umyka naszej uwadze w relacji z innymi, ale też w relacji z doznaniami, ideami, czy wspomnieniami, które nosimy w sobie i ze sobą. W opowiadaniu Zmysły czytamy:

„Wielu ludzi traktuje swoje zmysły z dużą dozą szacunku i rewerencji. Zabierają swoje oczy do muzeum, nos na wystawę kwiatów, a dłonie prowadzają do półek z aksamitem i jedwabiem w sklepach tekstylnych; swoje uszy zaskakują koncertem, a usta hołubią restauracyjnymi specjałami.

Ale zdecydowana większość zaprzęga swoje zmysły do codziennej harówki. Oczy, poczytajcie mi gazetę! Pilnuj, nosie, czy jedzenie się nie przypala! Połóżcie się po sobie, uszy, i słuchajcie, czy ktoś nie puka do drzwi!

Zmysły mają swoje powinności i spełniają je sumiennie, no, przynajmniej zazwyczaj – z wyjątkiem uszu głuchych, z wyjątkiem oczu ociemniałych.

Zmysły tracą siły. Niekiedy, na długo przed końcem, mówią: rzucam to, daję sobie z tym spokój już”. (s.31)

56 bardzo odmiennych i często zadziwiających tekstów, które operują wokół różnych sytuacji, też takich, które skupiają się na sensach języka, czego dosłownym przykładem jest opowiadanie Kwestia gramatyki, w którym narratorka zastanawia się nad tym, jak poprawnie wyrazić stan opisujący umieranie ojca:

Nie wiem, czy wciąż istnieje jakiś „on”, mimo że ludzie przecież mówią: A więc on nie żyje”. Ale zdanie: „On nie żyje”, także nie wydaje się poprawne. Może w im po raz ostatni pojawi się owo „on” w towarzystwie czasu teraźniejszego. A może wcale to nie będzie ostatni raz, jako że powiem jeszcze: „A teraz on leży w trumnie”. (s. 33)

Inaczej świat przedstawiony komponuje Grace Paley w Małych ludzkich zawirowaniach. Tutaj nie mamy rozważań o języku ani o Tematach tabu, aczkolwiek z łatwością można doszukać się identyczności wspólnych konceptowi epiktetów Jamesa Joyce’a. Codzienność banalności czy raczej tejże ostatniej niebanalność w odwróceniu pozwala operować w świecie układów rodzinnych, towarzyskich, intymnych, emigranckich czy jakichkolwiek innych w sposób niebywale wyostrzony i przenikliwy.

Kontynuacja za tydzień.

  • To, co nieśli, Tim O’Brien, przekład Tomasz B. Gałązka, wyd. Czarne, 2025, s. 259
  • Asortyment strapień, Lydia Davis, tłumaczył Michał Tabaczyński, wyd. Czarne, 2025, s.278
  • Trylobity, Breece D’j Pancake, przekład Maciej Świerkocki, wyd. Czarne, 2024, s.210
  • Małe ludzkie zawirowania, Grace Paley, przekład M. Adamczyk-Garbowska, wyd. WAB, 2024, s. 526.

Zbyszek Kruczalak
www.domksiazki.com

----- Reklama -----

WYBORY 2026 - BANER 950X300

----- Reklama -----

WYBORY 2026 - BANER 950X300

----- Reklama -----

TAXLAND 300 X 600

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor