„Wszystkie inne ptaki świata – jałowe jastrzębie, bezpańskie kury, głupie gdakacze – będą wieść wyczerpujące, nieszczęsne życie i latać na północ, południe, tam i z powrotem, w poszukiwaniu miejsca na odpoczynek. Lecz nie one. Nie te bogate, fartowne kaczki!”. (Co chcesz robić dobrze, s. 215)
Motyw ptasi pojawia się, nawet jeśli tylko w śladowej wersji, w każdym z opowiadań Lorrie Moore, które dotykają tej banalności i zwykłości, która przenikając przez szczeliny istnienia, otwiera nas na inną rzeczywistość – oczywiście dzieje się tak tylko wtedy, gdy mamy świadomość owego przenikania, a zdarza się to relatywnie rzadko i tylko tym, którzy mają oczy szeroko zamknięte.
Ptaki Ameryki to tylko jeden z wielu zbiorów opowiadań wydawanych przez wydawnictwo Czarne. Jak piszą autorzy serii:
„Opowiadania są gatunkiem narodowym Ameryki, jej rdzeniem, nerwem, pulsem. Precyzyjne i gęste, znakomicie opisują rzeczywistość (a czasem nadrzeczywistość), chwytają historie i obrazy. Dla literatury są tym, czym jazz dla muzyki”.
To, co nieśli, Trylobity czy Asortyment strapień pozwalają nam obcować z rzeczywistością świata, który ulata jak wata, a który jednocześnie trwa niezmiennie w uporze istnienia, nawet jeśli w tym trwaniu nie znajdujemy żadnego sensu. W wyborze To, co nieśli, Tim O’Brien pozostawia jednakowoż pewien niewielki, ale jednak, ślad pozwalający się łudzić, że absurd istnienia, a w szczególności absurd wojny nie jest do końca tym, co nam się wydaje, że jest. Widać to doskonale w tym fragmencie:
„No i oczywiście koniec końców prawdziwa historia z wojny wcale nie jest o wojnie. Jest o świetle słońca. O tym specyficznym rozlewaniu się brzasku po rzece, kiedy się wie, że trzeba będzie tę rzekę sforsować i pójść w góry, i robić tam rzeczy, przed których robieniem czuje się strach. O miłości i pamięci. Jest też o smutku i żalu. I o siostrach, które nigdy nie odpisują, i o ludziach, którzy nigdy nie słuchają. […] Wojna jest piekłem, ale to nawet nie półprawdy, bo wojna to także zagadka, groza, przygoda, odwaga, odkrycia, świętość, współczucie, rozpacz, tęsknota i miłość. Wojna jest paskudna – i wojna jest fajna. Wojna rozbudza i wojna to nuda. Wojna robi z człowieka mężczyznę, wojna robi z człowieka trupa. […] Uogólniać o wojnie to jak uogólniać o pokoju. Niemal nic nie jest prawdą. Być może fundamentalnie wojna to tylko inna nazwa śmierci, ale każdy żołnierz powie wam, jeśli będzie mówił prawdę, że bliskość śmierci pociąga za sobą symetryczną bliskość życia. Po potyczce zawsze nadchodzi bezmierna przyjemność z bycia żywym”. (s, 90/91/95)
Ta dwuznaczność, czy raczej ambiwalencja, która nakłada się na pozornie jednowymiarowe działania czy wydarzenia, które dotykają bohaterów amerykańskich „shot stories” jest ich niezwykle istotną wartością. Postaci i ich zewnętrzny i wewnętrzny świat, nawet jeśli same w sobie pozostają nieświadome tej ambiwalencji, dają nam fascynującą możliwość dopełnienia miejsc niedookreślenia, tych białych plam i niedokładnych map, które w przeciwieństwie do zamierzeń kartografów cesarstwa w opowiadaniu Borgesa „O precyzji w nauce”, autorzy amerykańskich short stories pozostawili nieoznaczone.
Idealną realizacją tego konceptu jest opowiadanie Johna Cheevera, Pływak, które stało się ikoną doskonałości krótkiej formy literackiej, jaką jest opowiadanie. Neddy Merrill postanawia wrócić do domu przepływając przez wszystkiego baseny sąsiadów zamożnej, podmiejskiej dzielnicy. I jakkolwiek pomysł jest dziwny, to przecież prawdopodobny, co nieprawdopodobne, to złudzenia, z których jesteśmy powoli i konsekwentnie odzierani, pokonując z Neddym kolejne posiadłości. To ostateczne, obezwładniające uderzenie brutalnej rzeczywistości, kiedy w końcu dociera do domu, w zestawieniu z obłudą i ułudą świata, w którym funkcjonuje jest genialne w swej dwuznaczności.
Lorrie Moore w Ptakach Ameryki zostawia nas także sam na sam z koniecznością dopełnienia tego, co zostaje niedopowiedziane, czy raczej niedoopowiadane. Każdy z jej tekstów w tym zbiorze traktuje o nieznośnej banalności bycia:
„Na ostatnim zdjęciu obiektyw zatrzymał się na biodrze, nagim biodrze, i mimo że to nie było jej biodro, zyskała renomę osoby chętnej.
– Masz ciało – powiedzieli jej szefowie studia podczas lunchu w Chasen’s.
Odwróciła wzrok.
– Habeas corpus – oznajmiła bez uśmiechu.
– Że co?
Biodro, które zna łacinę. Chryste.
– Nic – odparła.
Uśmiechali się do niej i rzucali nazwiskami. Scorsese, Brando. Praca była dla nich zabawą, zabawą w nażelowanych włosach. Czasem żałowała, że to nie było jej biodro. Powinno. Przeciętne zdjęcie, zdjęcie z niepokojącą nutą pornografii – takie, dobrze wiedziała, erotyzują to, co niedostępne”. (Chętna, s. 9)
Inne opowiadanie z tego tomu, zatytułowane Co chcesz robić dobrze, zaczyna się tak:
„Mack tyle razy się przeprowadzał w swoim życiu, że każdy numer telefonu, na który natrafia, wydaje mu się tym, który kiedyś miał. Przysięgam, że to był kiedyś mój numer – mówi, parkując samochód i wskazując na przewodnik…” (s. 177)
A w opowiadaniu Agnes z Iowa, czytamy:
„Matka dała jej na imię Agnes, wierzyła bowiem, że ładna kobieta robi jeszcze większe wrażenie, gdy ma niewyszukane imię. Jej matka miała na imię Cyrena i była równie piękna, ale zawsze sądziła, że jej życie byłoby ciekawsze, a ona sama wywarłaby bardziej znaczący, uderzający wpływ na świat i nie wylądowałaby w Cassell w stanie Iowa, gdyby dostała na imię Enid, Hagar lub Maude”. (s. 97)
/...większość opowiadań [Lorrie Moore] wrzuca nas w świat bohaterów z ich utartą codziennością, zwykłą i dziwną, jak dziwne wydają się wszystkie nasze rytuały, jeśli przyjrzymy się im z bliska, pod nietypowym kątem. „Ogólnie rzecz biorąc, ludzie nie byli mapami drogowymi. Ludzie nie byli hieroglifami ani księgami. Nie byli historiami. Człowiek był zbiorem wypadków. Człowiek był nieskończoną stertą kamieni, pod którą rosły różne rzeczy”, pisze Moore w jednym z opowiadań. Te właśnie rzeczy – traumy, niedoskonałości i całkiem absurdalne nadzieje – rosnące pod stertą kamieni o nazwie „człowiek”, pokazuje nam autorka./ (za: Maria Karpińska, Ptaki Ameryki, czyli okrutna proza Lorrie Moore wreszcie po polsku)
Podobnie narrację swych tekstów konstruuje Breece D’J Pancake w kultowych Trylobitach. Świat Ameryki bez wielkich miast, prowincjonalnej, często mentalnie i dosłownie zabitej dechami, która skrywa w sobie ludzi szczególnych właściwości, jak ci z opowiadania Kotlina, którzy nie tylko zabijają ciężarną sarnę, ale powykrawawszy z niej wątrobę, jedzą ją na surowo – czy można uznać taki obrazek, za nieznośnie banalny? Z całą pewnością, bo kategoria banalności jest w dużej mierze określana i konstytuowana przez otoczenie, które ją generuje i narzuca:
„Otwieram drzwi półciężarówki, wysiadam na wyłożoną kostką boczną uliczkę. Znowu wpatruję się we wzgórze, jak gdyby do cna wysłużone, zniszczone. Dawno temu Company Hill to była naprawdę skalista góra, wyrastająca na rzece Teays jak wyspa. Stworzenie tego gładkiego dziś wzniesienia trwało ponad milion lat, a ja wciąż przepatruję je całe wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu trylobitów” (s.5)
Zbyszek Kruczalak
www.domksiazki.com