----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

11 marca 2026

Udostępnij znajomym:

Nowa wojna USA z Iranem daje okazję do dyskusji, szukania analogii historycznych, osadzania aktualnych wydarzeń w szerszej perspektywie czasowej. Jest to też, jak się wydaje, przyczynek do zastanowienia się nad zjawiskiem praktykowanym przez Stany w poprzednich latach, jakim jest mechanizm siłowej zmiany reżimu dyktatorskiego i wsparcia budowy demokratycznego systemu politycznego.

Tym razem skorzystam z przywileju historyka i nie będę odnosił się w większym stopniu do kwestii bieżących – poczekam, by zgodnie z regułami swojej profesji wypowiedzieć się o wszystkim z pewnego dystansu, ze znajomością konsekwencji i większym wglądem w genezę wydarzeń. Warto jednak nawiązać do sprawy, która przewija się w dyskursie o tej wojnie – uzasadniania interwencji w Iranie właśnie chęcią obalenia dyktatorskich rządów ajatollahów i wprowadzenia w to miejsce innego (lepszego) rządu. Tak zwane „regime change” jest obecne w aktualnym mówieniu o amerykańskich wojnach w ostatnich dekadach, często jako negatywny punkt odniesienia – przedstawiciele administracji Donalda Trumpa wcześniej i obecnie chętnie mówili o „głupich wojnach” prowadzonych po to by „wprowadzić demokrację” i które przyniosły tylko same problemy. W tej optyce oczywiście obecni włodarze Pentagonu takich błędów popełniać nie będą. Z drugiej strony, w gąszczu argumentów tłumaczących, dlaczego ta wojna wybuchła, pojawia się też odniesienie do idei „regime change”, chociaż zarysowana jest ona dość mgliście – najlepiej, gdyby nastąpiło to samoistnie, bez bardziej krwawego zaangażowania Amerykanów.

Patrząc z perspektywy historycznej, idea „regime change” była stałym elementem gry politycznej rozgrywającej się poprzez wieki. Obalenie nieprzychylnego władcy innego państwa i umieszczenie na jego miejscu kogoś przyjaznego lub najlepiej posłusznego to standardowa zagrywka w „grach o tron” poprzez wieki – robiono tak w starożytnej Grecji i Rzymie, robili tak Europejczycy w swoich koloniach oraz Amerykanie w XIX i XX-wiecznej epoce „dyplomacji kanonierek”, czyli interwencji w politykę w Ameryce Łacińskiej.

Swego rodzaju zmianę przyniosła tutaj II wojna światowa, która toczyła się przede wszystkim w celu obalenia totalitarnych rządów Hitlera w Niemczech, ale także szowinistycznego i militarystycznego reżimu w Japonii. W roli „walczących o wolność” oczywiście najchętniej ustawiali się Amerykanie, którzy pod wodzą Franklina Delano Roosevelta chętnie odwoływali się do retoryki nie tylko walki z tyranią, ale także starą kolonialną polityką, imperializmem europejskim itp. Jak wiadomo, już w trakcie działań wojennych FDR ogłosił wobec Niemiec żądanie bezwarunkowej kapitulacji, a więc wybrał drogę całkowitego pokonania III Rzeszy. Wzbudziło to zresztą sprzeciw m.in. Churchilla, który nie wykluczał dogadania się z jakąś częścią niemieckiego establishmentu, obawiając się, że walczący o wszystko naziści, postawieni pod ścianą, będą jeszcze bardziej zdeterminowani w swoim działaniu.

Ostatecznie w maju 1945 r., po samobójczej śmierci Hitlera, rzekomo „tysiącletnia Rzesza” po dwunastu latach swojego istnienia skapitulowała przed Wielką Koalicją, a tereny niemieckie znalazły się pod okupacją Amerykanów, Brytyjczyków, Francuzów i Sowietów. Kilka miesięcy później, we wrześniu, skapitulowała Japonia – tu co prawda obyło się bez obalenia cesarza, efekty były jednak z grubsza podobne. Na terenie obydwu państw doszło do rozliczeń ze zbrodniarzami wojennymi, zanegowania dotychczasowej polityki i ustroju, wprowadzenia demokratycznych zmian na wielu poziomach, od prawnego do społecznego. Przyniosło to pozytywne efekty – zarówno Niemcy jak i Japonia to państwa nie tylko zamożne, ale także demokratyczne i wyrzekające się agresji w relacjach międzynarodowych (w drugim przypadku dopiero teraz dochodzi do zerwania z pacyfistycznymi ograniczeniami narzuconymi przez Amerykanów).

Te pozytywne doświadczenia niewątpliwie wpłynęły na wyobrażenie o możliwości realizacji „regime change” jako metody walki z tyranią i rozszerzania zasięgu demokracji, szczególnie po zakończeniu zimnej wojny i zajęciu przez USA miejsca jedynego supermocarstwa i „światowego policjanta”. Pierwszym doświadczeniem mogła być wojna w Kosowie i związane z nią naloty NATO na Jugosławię w 1999 r., które zakończyły konflikt i doprowadziły do późniejszego obalenia Slobodana Miloševića. Rozkwit idea ta przeżywała w czasach prezydentury George’a Busha juniora i neokonserwatywnej polityki zagranicznej. Wojnę w Afganistanie rozpoczęto co prawda jako odwet za zamachy z 11 września 2001 r., szybki sukces zachęcił jednak do rozszerzenia amerykańskich celów. W 2003 r. w Iraku postanowiono obalić rząd Saddama Husajna – jak wiemy, używając do tego kłamstw i niesprawdzonych danych wywiadowczych – i na to miejsce stworzyć, pod parasolem USA, wzorcową demokrację. W obydwu wypadkach ambitnym zamierzeniom nie towarzyszyły adekwatne środki, a ilość błędów wynikających z nieprzygotowania doprowadziła obydwie operacje wojskowo-polityczne do spektakularnych klęsk, czyli niemalże upadku Iraku pod ciosami Państwa Islamskiego oraz ucieczki Amerykanów z Afganistanu.

Jak uczy historia, pod względem wojskowym obalenie reżimu nie jest zadaniem niemożliwym – wystarczy odpowiednia kombinacja bombardowań, operacji wojsk specjalnych i wsparcia grup opozycyjnych na miejscu. Problemy zaczynają się dopiero wtedy, gdy trzeba na to miejsce coś nowego i sprawnego zbudować.

Tomasz Leszkowicz

----- Reklama -----

WYBORY - WCZESNE GŁOSOWANIE 2026 - 950 x 300

----- Reklama -----

WYBORY - WCZESNE GŁOSOWANIE 2026 - 950 x 300

----- Reklama -----

WYBORY - WCZESNE GLOSOWANIE 2026 - 300 X 600

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor