----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

30 czerwca 2026

Udostępnij znajomym:

Czas apokalipsy, czyli jaki czas? Czas przejrzenia na oczy, odsłonięcia tajemnicy? Tak ten termin zdefiniowaliby starożytni Grecy, którzy, jak wiadomo, wiedzieli wszystko pierwsi i wiedzieli wszystko najlepiej, my dopiero od nich przejęliśmy owe mądrości, dlatego zawsze warto przyjrzeć się antycznemu źródłosłowu, żeby mieć pewność rzeczywistego znaczenia terminu, którego używamy, a Grecy „apokalipsę” kojarzyli właśnie z odsłonięciem tego, co zakryte, z możliwościową zajrzenia za zasłonę tajemnicy, by dotknąć boskiego planu nałożonego na wszystkich żyjących.

Ale skąd w tym wszystkim Unus mundus i tajemnicza liczba 1:37? Cała konstrukcja Ostatniego końca świata, najnowszej powieści Grzegorza Dziedzica, znanego już z bestsellerowej trylogii chicagowskiej, którą rozpoczyna powieść Żadnych bogów, żadnych panów – jest bardzo staranie zaplanowana. Poszczególne motywy i wątki splatają się ze sobą precyzyjnie, często w zupełnie nieoczekiwany sposób, kreując atmosferę niepokoju, zagrożenia i niewiadomego. Idealnym przykładem takich zabiegów w kompozycji świata przedstawionego powieści jest wielopoziomowe nałożenie znaczeń na pozornie przypadkową liczbę 1:37, która początkowo jest jedynie godziną, o której regularnie budzi się główny bohater Ostatniego końca świata. Ale to tylko wstęp i złudnie nieznaczące doświadczenie bezsenności, bo owe przebudzenia to efekt proroczych, mrocznych, ociekających krwią snów, zatrważających swoją intensywną realnością i obezwładniającym okrucieństwem. Ale i to można by rozłożyć na części pierwsze i jakoś zracjonalizować w duchu freudowskiej psychoanalizy, gdyby owe sny nie miały swego dosłownego odbicia w świecie rzeczywistym:

„W robocie mówią na mnie Rudy. Taka naciągnięta amerykańska wersja Radka. Po prawdzie wolę Rudy, bo Radek to paździerzowe imię. Wyjmuję blachę i wchodzę do środka.

I już wiem, skąd to deja vu. Byłem w tym domu. To tutaj strzelałem do ludzi w moim śnie. Wnętrze parterowego domu jest tuż po generalnym remoncie. Ściany w rożnych odcieniach szarości, parkiet z brazylijskiej wiśni, listwy podłogowe i przysufitówki nowe i białe jak zęby Trumpa. Na ścianie wielki telewizor, chyba z osiemdziesiąt pięć cali, za duży do tego pomieszczenia. Ciemnobrązowe kanapy i włochaty beżowy dywan, wciąż pachnące nowością. Czarne worki leżą przy wyjściu do ogródka, obok stołu z Ikei z krzesłami dla ośmiu osób.

Technicy pracują bez pośpiechu, bo i po co się śpieszyć. Pytam jednego, czy mogę zobaczyć ciała. Nie patrząc na mnie, odpowiada, żebym się nie krępował. Otwieram worek i zamieram. To kobieta z mojego snu, rozpoznaję ją, choć jej twarz pochlapana jest krzepnącą krwią. Ma na ustach ten sam lubieżny uśmieszek ze snu, który sprawia, że przechodzą mnie ciarki. W takich chwilach dziękuję za zdolność do dysocjacji. Potrafię znikać, oddzielać się od samego siebie, ilekroć potrzebuję. Suwak wydaje cichy terkot i z worka wypada ręka. Dotykam jej, ciało jest wciąż sprężyste. Odwracam jej dłoń. Widzę czerwoną literę A narysowaną wodoodpornym pisakiem. Gdyby wziąć ją w okrąg, wyglądałaby jak symbol anarchistów. Platfusy z Antify mają takie na flagach. Rozpinam drugi worek. Chryste, ale siekanina. Zaczynam liczyć rany, ale przestaję, gdy dochodzę do dwudziestu. Chłopak wygląda jak ofiara głodnego grizzly albo sprawca zamachu bombowego. Też ma na dłoni literę A. Kiwam na technika, który zdejmuje odciski palców z futryny”.

Ale sny męczące Rudiego o 1:37 to tylko jeden z wielu znaczących wątków historii, które będą ewoluowały w kolejne, spójnie powiązane ze sobą wydarzenia, dynamizując opowieść w sposób znacznie wykraczający poza tradycyjny zestaw chwytów literackich charakterystycznych dla tego gatunku. Owe cyfry 1-3-7 to przecież godzina śmierci polskiego papieża, ale też ilość ciosów nożem, zadanych synowi przez matkę w przytoczonym wyżej fragmencie. Krew leje się strumieniami, zabójstwa noszą znamiona perwersyjnych i nieodgadnionych, popełnianych z pobudek znacznie wykraczających poza zdobycie jakiś dóbr czy wyrównanie rachunków, gdyż są wyraźnie nacechowane szaleństwem charakterystycznym dla sekt czy kultów pseudo religijnych.

I tak 1:37 powraca ze snów i godziny śmierci papieża w wątku sekty Unus Mundus, który to wątek jest głęboko osadzony w numerologicznym zapleczu cyfr 1-3-7. W jaki sposób? Przyjrzyjmy się ich symbolice, która zaiste jest zadziwiająca i idealnie wpisuje się w temat Ostatniego końca świata, po którym świat przejdzie w inny, pożądany, ale jednocześnie lepszy, wyższy i pełniejszy stan istnienia. W tradycji numerologicznej nie mamy tu większych zadziwień:

„1-3-7 to ścieżka od działania, przez ekspresję, do mądrości.
Jedynka daje moc inicjowania i odwagę bycia pionierem, trójka wnosi radość, lekkość i dar komunikacji, a siódemka nadaje głębię, intuicję i skłonność do poszukiwania ukrytego sensu.

Ten zestaw tworzy osobowość charyzmatyczną, twórczą i niezależną, ale niosącą wewnętrzne napięcie między potrzebą bycia w centrum uwagi (1 i 3), a pragnieniem samotności i kontemplacji” – co idealnie wpisuje się w typ postaci, jaki prezentuje „prorok” i charyzmatyczny przywódca sekty Unus Mundus, Gabriel Carvalho, znany jako Irra albo Kruk. Rzecz jasna ten typ szaleńczej osobowości rodzi pytanie o istotę mądrości, co zresztą też w jakiś sposób pojawia się w tekście tego kryminału. Jeśli poszukamy głębiej ukrytych znaczeń jakie niosą imiona i nazwiska użyte w tekście, to niczym odkrywczym będzie zaplecze znaczeniowe imiona Gabriel, czyli ten, który jest wojownikiem Boga. Znacznie ciekawiej jawi się etymologia nazwiska Carvalho, które wzięte z portugalskiego oznacza: dąb, naznaczony oczywiście wieloma oczywistościami w symbolice drzew i magii, takimi jak: siła, trwałość, wytrzymałość, długowieczność czy mądrość.

Co jednak znacznie ciekawsze i bardziej skomplikowane od wyjaśnień numerologicznych, to symbolika zaczerpnięta z kabały:

„1 (Aleph), 3 (Gimel), 7 (Zayin) to trzy etapy duchowej podróży.
Jedynka (Aleph) oznacza Boski potencjał i siłę twórczą czekającą na ujawnienie, trójka (Gimel) to ruch, życiodajna energia i pełnia – jak wielbłąd wędrujący przez pustynię, a siódemka (Zayin) to święta doskonałość, duchowa walka i zdolność odróżniania tego, co czyste, od tego, co zmieszane.

W kabale ciąg ten symbolizuje przejście od czystego ducha (1), przez materialny ruch i rozmnażanie się znaczeń (3), aż do mistycznego wglądu i świętości (7).

Jest to zatem droga inicjacyjna: objawienie → podróż → przebudzenie – gdzie każda liczba odpowiada innemu poziomowi drzewa sefirot (Keter dla 1, Binah dla 3, Netzach dla 7) i prowadzi ostatecznie do zrozumienia, że wszystko jest jednym”.

Czy może być coś bardziej oczywistego w przesłaniu Ostatniego końca świata i magii cyfr 1-3-7, które nie tylko stanowią oś konstrukcyjną świata przedstawionego, ale pojawiając się w rożnych konfiguracjach tego motywu, budują niesłychane napięcie wynikające z niejasnej i naznaczonej obłędem relacji między światem dobra i zła. Ta dynamika poszczególnych wątków splatających się wokół 1-3-7 nie daje chwili oddechu i powraca wielokrotni w różnych odsłonach, finalizując się w ostatecznym wyznaniu głównego bohatera:

„- Mówisz, że jestem sto trzydziestym siódmym Alfą – kontynuuję. - To wartość tej stałej, bez której świat rozpadłby się w pył? Budziłem się o pierwszej trzydzieści siedem, a Marzena zadała Danielowi dokładnie tyle ciosów. Macie jakąś fiksację na punkcie tej liczby?” (s. 331)

Pytanie jest zupełnie retoryczne, biorąc pod uwagę to, co wydarza się później.

Ostatni koniec świata, Grzegorz Dziedzic, wyd. Agora, 2026, s. 411

Zbyszek Kruczalak

----- Reklama -----

POLONEZ 950 X 300

----- Reklama -----

POLONEZ 950 X 300

----- Reklama -----

Dorota Zielinski

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor