Byłem jej happy endem
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Ja też myślałam, że o miłości matki powiedziano już wszystko. Dopóki nie przeczytałam książki "Obietnica poranka". Romain Gary, swego czasu bardzo popularny pisarz francuski, opowiada w niej o sobie, o tym jak i gdzie wychowywała go jego matka. Była najprawdopodobniej taką sobie aktoreczką w rosyjskich teatrach jeszcze przed rewolucją. Żydówką, samotną matką, panną z dzieckiem. Tułali się po garderobach, nędznych hotelikach, aż osiedli w Wilnie. Rosjanin, Żyd, Polak? To nie miało znaczenia. Miał być Francuzem! Nazywał się wtedy Roman Kacev.

"W swojej nieopalanej garderobie teatralnej, w mieszkaniach, które dzieliliśmy z innymi rodzinami aktorskimi... potem w wagonach do przewozu bydła, które unosiły nas, wraz z dotrzymującym nam towarzystwa tyfusem, na zachód, klękała przy mnie, rozcierała mi zgrabiałe palce i opowiadała o dalekim kraju, gdzie najpiękniejsze historie świata zdarzają się naprawdę, ludzie tam są wolni i równi, artystów przyjmuje się w najlepszych domach, Wiktor Hugo był prezydentem republiki... miałem zostać znakomitym skrzypkiem, znakomitym aktorem, znakomitym pisarzem, francuskim Gabrielem d'Annunzio, Niżyńskim, Emilem Zolą".

Nie chciała jedynie, by był malarzem. Uważała, że malarze źle kończą, umierają młodo itd. Gdy śmiano się z niej, z niego, mówiła: oni nie wiedzą, kim jesteś.

Kiedy w Wilnie prowadziła pracownię kapeluszy i firmę krawiecką /oczywiście jako filię najsławniejszego francuskiego domu mody/ i powodziło im się nieźle - wynajmowała mu nauczycieli: fechtunku, dobrych manier, francuskiego. Ubierała go w aksamitne ubranka z białym koronkowym żabotem, uczyła tańca. "Będziesz francuskim konsulem!" Jego choroba, a raczej koszty sprowadzania najlepszych lekarzy aż z Niemiec, doprowadziły ich do ruiny. Wtedy pojechali tym bydlęcym wagonem do Warszawy. Zawsze to bliżej Francji... Ona chwytała się różnych zajęć, a on poszedł do polskiego gimnazjum, bo francuskie było za drogie. Zawsze miał dach nad głową, napalone w piecu, na drugie śniadanie przychodziła codziennie do szkoły z kakao i bułką z masłem. W szkolnym przedstawieniu wystąpił w roli Konrada Wallenroda! Niestety nie oznaczało to początku oszałamiającej kariery aktorskiej, a koledzy w szkole nadal się z niego nabijali, że jaki on tam Francuz? Kiedyś któryś brutalnie zakpił też z jego matki. Przykazała mu wtedy, że może nawet dąć się zabić, jeśli jeszcze raz ktoś będzie o niej źle mówił.

"Myślałem o wszystkich bitwach, jakie dla niej stoczę, o obietnicy, jaką sobie złożyłem o świcie mojego życia, że otrzyma ode mnie sprawiedliwą nagrodę, że nadam sens jej poświeceniu i że powrócę kiedyś do domu po zwycięskiej walce o władzę nad światem..."

Oczywiście były i takie momenty, kiedy jej z całej duszy nienawidził, kiedy jej szalona wyobraźnia doprowadzała go do rozpaczy. Już we Francji, już skończył studia, szkolenie wojskowe, już szykował się do walki - prawie porwała taksówkę i kazała się zawieźć /pięć godzin w jedna stronę/, by się z nim pożegnać. Oczywiście przywitała go słowami: "będziesz bohaterem, będziesz generałem". Koledzy pękali za śmiechu.

"Nigdy jeszcze syn nie odczuwał takiej nienawiści do własnej matki, jak ja w owej chwili.

Więc ty się wstydzisz swojej starej matki?"

Łatał na bombowcach. Był kilka razy ranny, ciężko chorował. "Wierzyłem w uczciwość świata... wzbierała w moim sercu nieodparta i niezwykła wiara we własne przeznaczenie. W najcięższych chwilach wojny wychodziłem zawsze na spotkanie niebezpieczeństwa z przekonaniem, że jestem niezwyciężony. Nic nie mogło mi się stać, skoro byłem jej happy endem... uważałem zawsze siebie za jej zwycięstwo".

Wrócił z wojny z kilkoma odznaczeniami, z wydaną właśnie książką... wkrótce rozpoczął pracę w dyplomacji, był nawet konsulem Francji w Los Angeles. Dwukrotny laureat Nagrody Goncourtow, którą pisarz może otrzymać tylko raz. Według jego książek kręcono filmy, jak ten najsławniejszy z Simone Signoret w roli Madamme Rosa. Był dwukrotnie żonaty, jego syn mieszka w Hiszpanii. I oczywiście, jak prorokowała jego matka, ubierał się w Londynie!

Czy to była toksyczna miłość? Czy matka miała na uwadze tylko swoje własne życiowe ambicje, które chciała spełnić kosztem syna, nie licząc się z nim samym? Czy miał szansę na własne życie? Czy był w stanie dotrzymać wszystkich obietnic?

W 1980 roku w wieku 66 lat popełnił samobójstwo.

xxxx

Kiedy Romain Gary wraz z innymi żołnierzami Wolnych Francuzów, na początku wojny, szkolił się w Wielkiej Brytanii właśnie w lataniu na bombowcach, oczywiście musiał spotkać w oczywiście właśnie bombardowanym Londynie - Polaków! W różnych wielkich salach odbywały się wtedy potańcówki. On siedział przy stoliku z dziewczyną, która go doprowadzała do szału rozważaniami o poezji, a oni, polscy oficerowie, zaczęli sobie z niego pokpiwać. Kolejno prosili jego dziewczynę do tańca. Doszło do awantury, przepychanki i do... wyzwania na pojedynek. Bomby leciały z nieba, wynajęli pokój w jakimś hotelu, goście schodzili na dół, oni poszli na górę, na korytarzu odmierzyli kroki, strzał, jeden z polskich oficerów ranny, w wynajętym pokoju opatrywała go wspomniana miłośniczka poezji. I dopiero na sam koniec tej historii sklął swoich pojedynkowych przeciwników - po polsku! Tyle, że wcześniej pisze: "spostrzegłem nagle, że przystojny oficer polski z armii Andersa zbliża się do naszego stolika...." To miał być lipiec 1940 roku. Armia generała Andersa jeszcze wtedy nie opuściła sowieckich łagrów. Ani wydawca, ani tłumacz tego drobiazgu nie zauważyli. A sam R. Gary wyzwał kiedyś Clinta Eastwooda na pojedynek... ale to już inna historia.

Idalia Błaszczyk
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym: