Czteroksiąg w Ministerstwie moralnej paniki
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

***

„Wszystko ma swój czas
i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem.
Jest czas rodzenia i czas umierania,
czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono,
czas zabijania i czas leczenia,
czas burzenia i czas budowania, [...]
czas miłowania i czas nienawiści, [...]
Wszystko co czyni Bóg na wieki będzie trwało. [...]
To co jest, już było, a to, co ma być kiedyś, już jest. [...]”

Księga Koheleta (Koh 3, 1-15):

***

Idea wiecznego powrotu, czyli cudowne brzmiące „apokatastasis”, głęboko zakorzeniona w myśleniu Europejczyków, ma też swoje unikalne realizacje w innych kulturach. Jeśli starożytni filozofowie, w szczególności stoicy, zasiali w nas przekonanie, że cykle historyczne ciągle powracają, praktycznie w identycznej, jedynie odnowionej, wersji, to Arystoteles, a potem święty Augustyn wyprostował tę cykliczność w wersję czasu liniowego – jednym słowem: alleluja i do przodu!, żeby podeprzeć się cytatem jednego z tytanów intelektu.

Ale zanim cykliczność „wyprostowano”, dziwnym trafem genialności, jaka charakteryzowała starożytnych Greków, przeczuwali oni, iż wszechświat jest paradoksalnie skończony w swych możliwościach bez końca i początku, stąd ten koncept wiecznego powrotu, zarzucony przez wieki, wraca teraz w nowoczesnym, kosmologicznym i kwantowym wydaniu myślenia o fizykalności naszego świata. Okazuje się, że wielkich wybuchów może być zdecydowanie więcej niż jeden, tak samo jak czarnych dziur może być znacznie więcej niż podejrzewamy, zatem wszechświat może powtarzać się nieskończenie w nieskończonym czasie, ale ilość „wydarzeń” go konstytuująca jest oczywiście ograniczona.

Do czego zmierzam? Do dwu tekstów dwu różnych autorów. Pierwszy to znany już i parokrotnie omawiany „Czteroksiąg” Yana Lianke, chińskiego autora, drugi to genialny zbiór opowiadań Amandy Lee Koe zatytułowany „Ministerstwo moralnej paniki”, pisarki singapurskiej. Dlaczego akurat te dwie książki w lustrzanym odwróceniu idei wiecznego powrotu? Yan Lianke pisze o intelektualistach chińskich zniewolonych, zdegradowanych, upokorzonych, zmanipulowanych i ubezwłasnowolnionych przez aparat oficjalnego, totalitarnego ucisku w czasach „rewolucji kulturalnej” w Chinach. Wszelkie elementy fundamentalistycznego, autokratycznego systemu są w jego parabolicznej opowieści znaczące (propaganda, paranoja utopii politycznej i społecznej, polityka bezwzględnego posłuszeństwa, brak logiki i sensu w działaniach podporządkowanych ideologii, graniczne doświadczenia: uwięzienia, głodu i śmierci, które prowadzą do totalnej i bezwzględnej kontroli aparatu nad ubezwłasnowolnionymi w każdym aspekcie „obywatelami”). Co niezwykłe dla powieści zanurzonej w opisie świata istotnie odległego od duchowości chrześcijańskiej – to właśnie ta symbolika jest wyraziście używana w konstruowaniu obrazu człowieka zniewolonego. Nie historycznie i kulturowa oczywista symbolika konfucjańska czy taoistyczna, ale właśnie biblijna. Może dlatego przeszywa nas porażające wrażenie czytając Czteroksiąg, iż historia człowieka i umysłu zniewolonego kołem się toczy przez tysiąclecia i wydaje się, że będzie się jeszcze długo toczyła, nie wiadomo wprawdzie, czy do przodu czy w koło, ale załóżmy, że intuicje starożytnych jednak są bliższe istoty kosmologicznej tajemnicy, jaką implikują oba teksty.

W chińskiej czy raczej dalekowschodniej duchowości trudno mówić o oczywistych podobieństwach do konceptu wiecznego powrotu, który jest nam bliski głównie poprzez myśl stoicką. Jest jednakowoż coś tej myśli podobnego:

/Według uczonego Stephana Feuchtwanga w chińskiej kosmologii, która nie jest jedynie konfucjańska, ale wspólna dla wszystkich chińskich religii „wszechświat tworzy się z pierwotnego chaosu energii materialnej” organizowanej przez polaryzację yin i yang, które charakteryzują każdą rzecz i życie. Kreacja jest zatem ciągłym porządkowaniem. Nie jest stworzeniem ex nihilo. Yin i Yang to niewidzialne i widzialne, wrażliwe i aktywne, niekształtowane i ukształtowane; charakteryzują cykl roczny (zima i lato), krajobraz (zacieniony i jasny), płcie (kobiety i mężczyźni), a nawet historię społeczno-polityczną (nieporządek i porządek). Konfucjanizm zajmuje się znajdowaniem „pośrednich dróg” między yin i yang w każdej nowej konfiguracji świata. Konfucjanizm godzi zarówno wewnętrzną, jak i zewnętrzną biegunowość rozwoju duchowego, to znaczy samodoskonalenia i odkupienia świata, zsyntetyzowane w ideale „rozwagi wewnątrz i królewskości na zewnątrz” /(za: wikipedia). Można zatem podejrzewać, że także w tym religijnym ujęciu świat jest tym czym był i czym będzie, a siły yin i yang nieskończenie ścierają się w skończonym zbiorze możliwości.

Jeśli Yan Lianke pisze o wydarzeniach oczywiście oczywistych w swej przerażającej powtarzalności (rewolucje, wojny, masakry, plagi głodu i chorób), to Amanda Lee Koe dotyka tego fenomenu w odwróceniu. Nie poprzez wydarzenia totalne, ale bardzo indywidualne, bardzo prywatne, bardzo osobiste. Nie ma w jej tekstach ideologii, propagandy czy utopijnych koncepcji różnych szaleńców. Wszystko, co się dzieje w opowieściach Ministerstwa moralnej paniki, dzieje się między dwojgiem ludzi i to w bardzo intymnym wymiarze. Też poprzez sztukę. W pierwszym opowiadaniu z tego zbioru zatytułowanym „Karuzela i fort” Amanda Lee Koe dokonuje cudu. Opowiada o intymnej relacji dawniej związanych ze sobą uczuciowo ludzi, którzy odkrywają na nowo swoje fascynacje sobą, ale poprzez to, co robią, albo raczej kim zawodowo są. Ona kuratorka sztuki, on artysta. Ona przygotowuje jego monograficzną wystawę. Jednym z eksponatów ma być instalacja zatytułowana Karuzela. Praca, „w której przekroje zwłok dwóch koni podwieszone na łańcuchach do końców metalowego drąga obracającego się na osi prostopadłej są wleczone po podłodze przez cały czas trwania wystawy”. (s.34) Co to ma do koncepcji wiecznego powrotu, nieustannego ścierania się yin i yang, czy idei nieskończonego czasu i skończonej ilości powtarzanych wydarzeń w dziejach wszechświata? Otóż, jak to bywa w sztuce bardzo współczesnej, możliwości dostrzegania niemożliwego jest wiele, a nawet nieskończenie wiele w ograniczonej jednakowoż liczbie realizacji, o czym świadczy kolejny eksperyment artystyczny zatytułowany Fort. Ale wróćmy do Karuzeli, instalacji otwartej na interpretacje:

„Kiedy tworzyłem Karuzelę, myślałem tym: o nieuchronnym, cyklicznym fiasku związków. O tym, jakie to krwawe. Jakie męczące. Jak uparci jesteśmy – my, to znaczy my wszyscy. Zwłoki kręcą się po podłodze, aż mięso przetrze się do kości. Są w ciągłej pogoni jedne za drugimi, ale zawsze będzie je dzielił ten sam dystans. Koliste rozmazywanie krwi po podłodze, padlina jako tępe, szczere narzędzie malarstwa. Malowanie krwią za pomocą ochłapu ciała, krwią, która zasycha warstwa na warstwie. Twa to, dopóki nie wykrwawimy się na dobre. To makabryczna, rozdzielająca celebracja porażki i wytrwałości, skazanej na porażkę wytrwałości albo, jak wolisz, wytrwałej porażki miłości, ukazana w pełni jej flaków i chwały.” (s. 35) Jakimś cudem ta oczywista oczywistość nas jednak porusza. Dlaczego? Bo jest wieczna?

Zbyszek Kruczalak