Czy czytać każdy może?
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Czytać może prawie każdy, bo nie jest to umiejętność tak powszechna, jak śpiewanie. Śpiewać, jak wiadomo może każdy bez wyjątku, czytać tylko ten, kto się tego nauczył. Czytanie jest stresujące i skomplikowane. Wymaga wiele zachodu i ciężkiej pracy, o czym mogą natychmiast zaświadczyć rzesze pierwszoklasistów, albo zaawansowanych w programie nauczania przedszkolaków, oraz sporo dorosłych, którym idzie z tym, jak po grudzie.

Czytanie, w przeciwieństwie do zdolności śpiewania, nie jest nam tak sobie dane. Nie wystarczy otworzyć ust i uruchomić aparat głosowy. Żeby czytać, musimy pomyśleć. Czytanie bezmyślne nie jest prawdzie czymś wyjątkowym, ale nawet ono nie może się obejść bez myślowej rutyny.

Co najbardziej frustrujące to fakt, że nawet gdy posiądziemy już tę kulturowo wytworzoną, czyli kompletnie sztuczną, nienaturalną konstrukcję znaków i potrafimy się nią posługiwać, to jej realizacje zależą od nieskończonej ilości czynników, takich jak szkoła, do której chodziliśmy, nauczyciel, który nas uczył, książki, które przeczytaliśmy, znajomi, z którymi rozmawiamy, języki obce, które opanowaliśmy, a nade wszystko od naszych indywidualnych talentów w łączeniu tego wszystkiego do tak zwanej kupy.

O co w tym wszystkim chodzi? Tym razem na pewno nie o pieniądze! Żeby sprawę rozjaśnić i jednocześnie zaciemnić, zajrzyjmy do Ulissesa, czyli powieści, którą znają wszyscy, jakkolwiek są to tylko jednostki. Żeby się nie trudzić i nie zniechęcać, spójrzmy tylko na pierwszą stronę tekstu Jamesa Joyce’a:

„Stateczny, pulchny Buck Mulligan wynurzył się z wylotu schodów, niosąc mydlaną pianę w miseczce, na której leżały skrzyżowane lusterko i brzytwa. Żółty, nie przewiązany szlafrok powiewał za nim lekko w łagodnym, porannym powietrzu. Uniósł wysoko miseczkę i zaintonował:

– Introibo ad altare Dei.

Przystanąwszy zajrzał w głąb ciemnych, kręconych schodów i zawołał ochryple:

– Wejdź na górę, Kinch. Wejdź na górę, ty strachliwy jezuito.

Dostojnie postąpił ku przodowi i wszedł na okrągłą działobitnię. Rozejrzał się i z powagą po trzykroć pobłogosławił wieżę, okolicę i budzące się góry. Później, dostrzegłszy Stefana Dedalusa, pochylił się ku niemu, kreśląc w powietrzu szybkie znaki krzyża, bełkocąc gardłowo i potrząsając głową. Niezadowolony i senny Stefan Dedalus wsparł ręce na krawędzi wylotu schodów i obrzucił zimnym spojrzeniem rozedrganą, bełkocącą, błogosławiącą go długą końską twarz i jasne, nie przycięte włosy, cętkowane i lśniące na podobieństwo jasnego dębu”.

Już pierwsze zdanie może nas wprawić w stupor poznawczy, albo też nie, bo jak wiadomo, może być tak, albo tak. Zależy wszystko na ile nam starczy wyobraźni przestrzennej, treningu interpretacyjnego, wyszkolenia szkolnego, doświadczenia lekturowego, znajomości różnych religii, obcych języków, w tym też tych już zupełnie martwych, orientacji w literaturze starożytnej, geografii, specyfice innych kultur europejskich, literaturze świata i jeszcze paru mniej istotnych aspektach, które pozwolą nam czytać ten niewielki fragment wielkiego dzieła ze zrozumieniem. A zatem pierwsze zdanie:

„Stateczny, pulchny Buck Mulligan wynurzył się z wylotu schodów, niosąc mydlaną pianę w miseczce, na której leżały skrzyżowane lusterko i brzytwa.” Niby nic, a przecież zaczyna się niezła jazda. Nic – bo zdanie samo w sobie jest jak każde inne, ale po pierwsze jest pierwsze, a to już samo w sobie czyni je wyjątkowym źródłem interpretacji, bo otwiera nas na to, co dopiero nas czeka. A co nas czeka? Oczywiście kolejne zdanie, ale za nim do niego przejdziemy, spójrzmy na parę przykładów, które pozwalają nam wierzyć i wątpić zarazem w stwierdzenie, że w pierwszym zdaniu powieści zawiera się często magicznie, mistycznie i interpretacyjnie jej cały sens. Coś w tym jest, a jakby tego nie było.

Jeśli przypomnimy sobie pierwsze zdanie z Godzin Michaela Cunninghama:

„Pani Dalloway powiedziała, że sama kupi kwiaty” – to nagle doznajemy olśnienia, które urasta w trakcie lektury do metafizycznego przekonania, iż proste i zupełnie banalne czynności mogą dać, albo po prostu dają, początek wydarzeniom nadzwyczajnym. Organizowanie wieczornego przyjęcia, spotkania i rozmowy z ludźmi, oczekiwania, tęsknoty i pragnienia tworzą fascynujący układ znaczeń, które budują zupełnie wyjątkowy dramat głównych bohaterów. Do tego wątku powrócimy jeszcze przy okazji drugiego zdania z Ulissesa. Póki co, przytoczmy jedno z najwspanialszych i najbardziej znanych pierwszych zdań:

„W piękny poranek majowy wytworna amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego.” Pisze go w "Dżumie” Alberta Camusa zwyczajny, porządny urzędnik Joseph Grand. Jest tak obezwładniony językową misją swego pomysłu napisania powieści, że nie wychodzi nigdy poza granice tegoż słynnego zdania – przytłacza go odpowiedzialność artystycznego przesłania. Co ciekawe, sam Joseph nie jest przeznaczony, by umrzeć. Zapada wprawdzie na dżumę, ale ostatecznie wychodzi z niej zdrowy – powieści jednak nigdy nie kontynuuje.

Jeszcze ciekawiej widać tę „alienację” pierwszych zdań, gdy przyjrzymy się kultowej powieści Milana Kundery:

“Idea wiecznego powrotu ma w sobie coś tajemniczego” ("Nieznośna lekkość bytu"). Nagle jawią się nam stoicy i ich koncepcja powtarzalności tego, co jest tu i teraz, bez wznoszenia się na wyższy poziom. Kręcimy się w wiecznej identyczności, nie doskonalimy się, nie zmieniamy. Wszystko, czego doświadczamy, jest dziełem przypadku – tak przynajmniej można rozumieć główne przesłanie Kundery.

I jeszcze jeden przykład otwierającego zdania z tych wielkich, też rozmiarowo, tekstów literackich. Przy odrobinie dobrej woli, można by na nim zakończyć całą, powieść Tomasza Manna:

“Historia Hansa Castorpa, którą zamierzamy opowiedzieć – nie ze względu na niego (albowiem czytelnik przekona się, że jest to zwyczajny sobie, choć sympatyczny młodzieniec), lecz gwoli samej tej historii, która wydaje się nam w wysokim stopniu godną opowiedzenia (przy czym na korzyść Hansa Castorpa należałoby wspomnieć, że jest to właśnie j e g o historia i że nie każdemu może się każda historia przytrafić) – historia Hansa Castorpa jest już bardzo dawna, jest już, można powiedzieć, pokryta szlachetną patyną czasu, a przeto niewątpliwie powinna być ujęta w formę czasową zamierzchłej przeszłości.” (Czarodziejska góra)

Kontynuacja za tydzień

Zbyszek Kruczalak

Udostępnij swoim znajomym: