„Na skalnym rumowisku w ciepłe dni wygrzewają się jedynie jadowite żmije, a nocami spotykają czarownice, diabły i ich sługi demony. Według wierzeń ludowych świętokrzyskie gołoborze to miejsce czystego Zła”.
Maciej Siembieda odpalił kryminał, który mieści się w tym gatunku tylko z grubsza, bo w gruncie rzeczy bliżej mu do sagi rodzinnej, z całym zapleczem losów ludzi i historycznych zawirowań, aniżeli do szukania w tekście odpowiedzi na pytanie elementarne dla thrillera: kto zabił i dlaczego uciekł?
Sagi to gatunek niezwykle popularny ostatnimi czasy, począwszy od bestsellerowej Cukierni pod Amorem, po Owoc granatu czy wielotomowe opowieści Joanny Jax czy Joanny Nowak.
Siembieda koncentruje się na losach dwu rodzin mieszkających od pokoleń w małej świętokrzyskiej wiosce i skupia się na tym, co w ludziach złe. Owo zło jest wpisane, a w zasadzie wryte, w życie tych dwu rodzin na wieki wieków, aczkolwiek nie wiadomo, czy na amen.
Zaczyna się wszystko okrutnie, patriotycznie, historycznie i absolutnie brawurowo, a potem trudno tę książkę odłożyć, bowiem konsekwencje wydarzenia z roku 1864 są zupełnie niebywałe. Konstrukcja powieści jest zorganizowana jak najlepszy serial szpiegowski, przy czym nie ma w nim rzecz jasna szpiegów, powiedzmy, że jeden jest, ale za to mamy nieustanny stan zagrożenia między ludźmi, którzy znają się jak zły szeląg.
„Już po rosyjsku rozkazał przekręcić jeńca na brzuch, wypłacić pięćdziesiąt batów na plecy i odrąbać szablą prawą dłoń.
– Aaa… – przypomniał sobie. – Włóżcie też, rebiata, bagnet do ognia i przypalcie mu oczy. Jeśli wcześniej nie zdechnie, puśćcie wolno. Niech idzie, skąd przyszedł, i opowie, jak carska armia karze tych, co podnoszą na nią rękę.
– Zabić by go, panie oficerze – podpowiedział chłop w kożuszku, przestraszony wizją, że Kończak wyliże się i oszuka zemsty.
Ale wachmistrz tylko pogroził mu palcem.
– To taki z tiebia haroszyj sąsiad? Wstydź się, Cebrzyna. – Udał oburzenie, biorąc się pod boki, a trzecia salwa śmiechu kozaków spłoszyła z jodeł kruki, które podzielały opinię, że jeńca lepiej było uśmiercić i zostawić pod ich kuratelą”. (s. 17)
Jest zupełnie czymś niesamowitym owa umiejętność Siembiedy w budowaniu napięcia od pierwszej do ostatniej strony. Jak na pełnokrwistą sagę przystało, mamy w Gołoborzu jazdę przez „wieki”, począwszy od powstania styczniowego (torturowanie i oślepienie Tomasza), międzywojnie (istotna rola dworu Hordyńskich), partyzantka w lasach Gór Świętokrzyskich, Oświęcim w zatrważającym epizodzie składanie rozjechanych pociągiem zwłok, po powojenne dramaty Ziem Odzyskanych, aż po współczesność transformacji ustrojowej lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku (łącznie z symboliką Okrągłego Stołu) - czyli śledzimy losy Kończaków i Cebrzynów przez mniej więcej 130 lat, a wszystko to, co dzieje się między nimi, głównie w zabitym dechami Grabinie, zanurzone jest w jakimś tajemniczym, niewytłumaczalnym, mrocznym fatum, które skazuje członków tych rodów na wieczną, ociekającą przemocą nienawiść.
Aż dziwne, że w tym tyglu historycznego miszmaszu nie ma Stawiska Iwaszkiewiczów, w którym chronili się uciekinierzy wojenni, czy zsyłek do Kazachstanu (pewnie wystarczył motyw zsyłki na Sybir pierworodnego syna Dionizego Hordyńskiego) – ale nie możemy wymagać aż tak rozległego zarysu dziejów Polski i Polaków, jakkolwiek mamy efemeryczne przypomnienie uwięzienia Bandery na Świętym Krzyżu (s.148), co jest chyba epizodem mało znanym, czy doskonały pastisz Zapisków oficera Armii Czerwonej – kultowej powieści Piaseckiego (s.194), oczywiście w swoistym odwróceniu.
Ta galopada przez wieki, bo mamy przecież tu nawet napomknięty robotniczy bunt w Radomiu (1976), jest tylko o tyle istotna, o ile napina strunę atmosfery zła, czasem do maksymalnych osiągów, tak jak to ma miejsce w scenie zamordowanego przez Karasia, Jana Cebrzyny, który trzymana swą odcięta głowę w rękach. Można z łatwością wyobrazić sobie Gołoborze bez historycznego tła, w którym okrucieństwo, krwawe zbrodnie i przemoc dzieją się poza czasem, a jedynym kontekstem pozostają relacje rodzinne w niewielkiej wsi gdziekolwiek. Ale wtedy byłaby to raczej rozprawa o niebanalności zła, albo polska wersja Ojca chrzestnego, a nie historyczna saga rodzinna.
Budowaniu atmosfery makabry służą, bardzo ważne w konstrukcji świata przedstawionego, wątki związane z postacią Pężyrki; magia, czary i wróżby, które, jak wiadomo, mogą zdziałać cuda i takie rzeczywiście w powieści się dzieją: oślepieni odzyskują wzrok (częściowo), gdy na ich oczy kładzie się diabelskie ziele (pokrzyk), oczywiście z Diabelskiej łąki (która, jak wiele wydarzeń i miejsc budujących opowieść Siembiedy ma swe odzwierciedlenie w rzeczywistości) i która to łąka jest miejscem istotnego zwrotu akcji w relacjach dwu rodów.
„Wiedźmy gromadziły się na szczycie góry bez drzew, odprawiały gusła, tańczyły z diabłami i warzyły magiczne mikstury.
Choć same wyły wniebogłosy i wypełniały noce przeraźliwym chichotem, nie znosiły dźwięków. Zwłaszcza piania koguta, które zwiastowało świt – koniec sabatu. A potem kościelnych dzwonów, gdy na Łysej Górze pobudowano klasztor. Tego było im za wiele. Rozpierzchły się, przybierając postaci wiejskich szeptuch.
Pężyrka bez wątpienia była jedną z nich. […] Nikt, nawet Kończaki, nie miał odwagi spojrzeć Pężyrce prosto w oczy. Jeśli była prawdziwą czarownicą, która mogła nasmarować się magiczną maścią, by latać na miotle, miała w tęczówkach odbicie głowy kozła. Szatana”. (s. 20)
W paru momentach Gołoborza aż trudno pozbyć się uczucia rozczarowania, szczególnie w wątku zamykającym romansowo-tragiczny splot wydarzeń związanych z „niemożliwą i tragiczną miłością”, gdy Stefan Cebrzyna uczestniczy w ekshumacji zwłok ukochanej Jadźki Kończakówny i po otwarciu trumny nie rozchodzi się zapach róż, a ciało nie jest naruszone rozkładem. Okazuje się też, że nowe pokolenie znachorek (Zuzanna Wątroba) nie ma już niezwykłej mocy przywracania zdrowia i nie podołała walce z rakiem Zygmunta.
Jak mówi Maciej Siembieda w jednym z wywiadów:
„Nie zamierzałem pisać sagi w klasycznym sensie, tylko książkę, w której przeszłość nigdy się kończy, w którym dziedziczona jest klanowa tożsamość, wzory losu, ale i nakazy zemsty. Tak, wierzę, że w tym sensie przeszłość nigdy się nie kończy. To, co wydarzyło się w XIX wieku czy w latach wojny, wciąż żyje w naszych decyzjach, w rodzinnych tajemnicach, w tym, jak patrzymy na świat. Gołoborze to nie był pomysł na wielką epikę, tylko na powieściową rozprawę z pamięcią - pamięć, która się nie mieści w jednym pokoleniu”. (za: P. Goźliński, w: Gołoborza pamięci. Maciej Siembieda o tym, jak rodzi się zło w zwyczajnym świecie)
Gołoborze, Maciej Siembieda, Znak, 2025, s. 523.
Zbyszek Kruczalak
www.domksiazki.com