----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

17 listopada 2025

Udostępnij znajomym:

Wzajemne relacje pomiędzy USA i Wenezuelą – od dawna złe – w ostatnim czasie w istotny sposób pogorszyły się, i to do tego stopnia, że tematem dyskusji medialnych stała się amerykańska interwencja zbrojna w tym kraju. Chociaż bezpośrednich przyczyn obecnego kryzysu szukać należy w teraźniejszości i bardzo konkretnych sprawach, dobrze ilustruje on trudne relacje między Stanami Zjednoczonymi a Ameryką Łacińską.

Oczywiście, nie można przy tej okazji nie wspomnieć o samej Wenezueli, która od dłuższego czasu jest jednym z głównych wrogów USA w Ameryce Łacińskiej. Państwo to od początku XXI w. idzie własną drogą polityczną, która wiąże się bezpośrednio z postacią Hugo Cháveza, prezydenta państwa od 1999 r. do śmierci w 2013 r. Ten zawodowy wojskowy przez całe życie związany był z ruchem socjalistycznym i rewolucyjnym, krytycznym wobec wenezuelskiego systemu polityczno-społecznego. W 1992 r. próbował – jak wielu przed nim na kontynencie – przejąć władzę na drodze wojskowego zamachu stanu, co mu się jednak nie udało. Nie zakończyło to jednak jego kariery, skomplikowanie wenezuelskiej polityki i liczne w niej napięcia doprowadziły bowiem pod koniec XX w. do jego wyboru na prezydenta. Politykę Cháveza wyznaczały rewolucyjne trendy, którym był wierny przez większość życia. Przede wszystkim postawił na interwencjonizm gospodarczy i rozwój programów społecznych, które miały wyciągnąć z biedy szerokie masy ludności. Służyć temu miała redystrybucja, ale także wykorzystanie wenezuelskiego bogactwa w postaci ogromnych złóż ropy naftowej. Na arenie międzynarodowej prezydent Wenezueli podkreślał suwerenność swojego państwa i stawiał na ideowo-polityczną współpracę w regionie w kontrze do USA. Chávez był nowoczesnym populistą, który cieszył się sporym poparciem społecznym, jednocześnie zaś jego rządy oceniano jako autorytarne.

Po śmierci przywódcy jego miejsce zajął Nicolás Maduro, działacz związkowy i wiceprezydent, który kontynuował linię polityczno-gospodarczą Cháveza. Jak się wydaje ma on mniej charyzmy od rzutkiego podpułkownika, nadrabiając jednak braki silną ręką. W ostatnich latach główną przyczyną napięć była sprawa wyborów prezydenckich, które oficjalnie wygrywał Maduro, opozycja oraz inne państwa (na czele z USA) kwestionowały zaś ten wynik. Konflikt, dotykający zarówno sfery politycznej, jak i gospodarczej, nakładający się na obecnie prowadzoną przez amerykańską administrację nową odsłonę „wojny z narkotykami”, zaostrza się do tego stopnia, że tematem medialnym jest potencjalna interwencja wojskowa USA w Wenezueli, której przebieg, wynik i skutki byłyby prawdopodobnie sporą niewiadomą.

Sprawa ta dobrze obrazuje problem szerszy, jakim jest trwające gdzieś od XIX w. napięcie w relacjach Stanów Zjednoczonych i państw południowoamerykańskich. Pozycja wyjściowa była pozytywna, zarówno na północy, jak i południu „Nowego Świata” doszło bowiem do zrzucenia jarzma kolonialnego (odpowiednio brytyjskiego i hiszpańskiego), a wzorzec rewolucji amerykańskiej był dla Ameryki Łacińskiej, zwłaszcza zaś przywódcy walki z Hiszpanią Simona Bolívara (zresztą idola Cháveza), bardzo ważny. W kolejnych dekadach problem jednak narastał, zgodnie bowiem z tzw. doktryną Monroe (prezydenta USA z lat 1817-1825), zachodnia półkula, a zwłaszcza kontynenty amerykańskie, były wyłączną strefa interesów USA, co do której nie powinni mieszać się Europejczycy. Stąd m.in. bliska współpraca z państwami południowoamerykańskimi, zwłaszcza zaś z ich elitami, oraz rozwijanie interesów gospodarczych. W pewnym momencie, zwłaszcza już w XX w., zderzyło się to z narastającymi w Ameryce Łacińskiej nastrojami rewolucyjnymi, wyrastającym z napięć społecznych, nierówności czy podległości wobec wielkiego kapitału. Stany Zjednoczone były w tej sytuacji gwarantem starego porządku, co ustawiało je w opozycji wobec południowoamerykańskich nastrojów.

Problem uwidocznił się, gdy w latach pięćdziesiątych na Kubie doszło do rewolucji, która w początkach 1959 r. wyniosła do władzy Fidela Castro. Obalony dyktator, Fulgencio Batista, był amerykańskim sojusznikiem i patronem licznych interesów, prowadzonych przez businessmanów z drugiej strony morza. Paradoksalnie, Castro i jego koledzy rewolucjoniści nie byli pierwotnie zapalczywymi komunistami, a raczej radykalnymi demokratami, którzy chcieli naprawić swoje państwo. To dopiero zdecydowana reakcja Waszyngtonu, który stanął w obronie amerykańskich interesów w Hawanie i przestraszył się potencjalnego wejścia ZSRR na Karaiby, wpędziła Kubańczyków w objęcia Chruszczowa. Efekt, w postaci kryzysu rakietowego, przekształceń gospodarczych na wyspie, terroru i wielkiej izolacji widzimy do dzisiaj.

Stereotyp USA jako policjanta stojącego za prawicowymi dyktaturami i zamachami wojskowymi, popierającego skorumpowane lokalne elity sprzyjające wyzyskowi swojego kraju przez wielkie korporacje, powtarzał się przez całą zimną wojnę i wciąż funkcjonuje w świadomości mieszkańców regionu. W 1973 r. w Chile, w strachu przed powtórzeniem się „scenariusza kubańskiego”, doszło do obalenia miejscowego przywódcy socjalistów, prezydenta Salvadora Allende. Dążenie do reform społecznych i poprawy losu szerokich mas ludności było wielokrotnie blokowane przez siły wspierane przez Amerykanów. Kończy się to sytuacją taką, jak ta w Wenezueli: z jednej strony mało sympatyczny dyktator-populista, z drugiej nielubiane supermocarstwa, którego wtrącania się w miejscowe sprawy mało kto chce.

Tomasz Leszkowicz

----- Reklama -----

KD MARKET 2026

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor