Niedźwiedzi bóg
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Jak to jest być niedźwiedziem przed i po? To rzecz jasna sparafrazowane pytanie, które swego czasu zadał Thomas Nagel, pytając i nietoperza, aczkolwiek postawił ten problem pytając tylko o bycie owego stworzenia, my rozszerzamy tę kwestię o element czasowości: przed i po. O co tu chodzi? Jeśli nie wiemy, to musimy zajrzeć do niebywale pięknie wydanej, dwujęzycznej publikacji Hiromi Kawakami zatytułowanej „Niedźwiedzi bóg”.

Znamy już wcześniejsze dwie jej książki wydane po polsku. Pierwsza to „Sensei i miłość” i druga, bardzo magiczna i symboliczna „Nadepnęłam na węża”.

Wracając do pytania Thomasa Nagela, które zabiera nas w drogę rzadziej wędrowaną, gdzie rzeczywistość niekoniecznie jawi się nam tak, jak by chciały tego reguły, definicje i doświadczenia badaczy, ekstrapolujemy to przeświadczenie o nieskończonej możliwości odkrywania sensów na koncept "Niedźwiedziego boga". Jakich sensów? Zobaczmy.

Narratorka idzie z niedźwiedziem na spacer/wycieczkę nad rzekę. Tam niedźwiedź łowi rybę, którą potem ofiarowuje jej w prezencie. Mieszkają w tym samym budynku apartamentowym. Niedźwiedź bardzo chce objąć/przytulić się do niej.

Spacer z dużym niedźwiedziem nie wzbudza większych sensacji na ulicy. Jedynie nad rzeką niektórzy się dziwią jego tam obecności i jemu samemu. Ale nie jest to w żaden sposób drastyczne. Nikt nie chce go odstrzelić. Być może dlatego, że rzecz nie dzieje się w Polsce. Niedźwiedź płynnie mówi po japońsku i jest skoligacony z narratorką w dosyć luźny sposób. Nie tylko łowi dla niej rybę, ale ją oporządza, soli i podsusza na słońcu. Chce też zaśpiewać swojej przyjaciółce kołysankę, gdy odpoczywają nad rzeką. Do tego wszystkiego jest wspaniałomyślny i ma gest. Daruje swoim sąsiadom pocztówki i makaron gryczany. Kobieta i niedźwiedź spędzają ze sobą cudowny dzień.

Niedźwiedź który mówi? Który mieszka na tym samym piętrze i do tego jest uroczym i czułym towarzyszem? Czy my o tym naprawdę czytamy, czy tylko ulegamy halucynacji w złudnym poczuciu, że dotykamy czegoś rzeczywistego?

Hiromi Kawakami opowiada tę samą historię dwukrotnie. Przed i po – w prawie idealnej symetrii. Dlaczego nie w idealnej? Z tej prostej przyczyny, że dzięki temu uzyskuje niesamowity, podwojony efekt synergii. Ten sam świat, a przecież zupełnie inny. Opowiadanie, a raczej dwa opowiadania, są super krótkie, mają po parę stron. Czy się różnią i na czym polega ich synergiczny efekt?

Japonia miała parę wydarzeń w swej niebywale skomplikowanej i wyrafinowanej historii, które drastycznie zmieniły wszystko w życiu kraju. Szczególnie XX wiek głęboko ją doświadczył. Przegrała haniebnie wojnę, a co najgorsze cesarz ogłosił, że nie jest bogiem. Konsekwencje tych wydarzeń były niebywałe. Japończycy musieli przedefiniować istotę swojej tożsamości. Podobnie traumatycznym wydarzeniem było dla Japonii potrójna katastrofa trzęsienia ziemi, tsunami i kryzysu nuklearnego 11 marca 2011 roku. Ta data to cezura na to, co przed i na to, co po tym dla obu tekstów Hiromi Kawakami. W pierwszym opowiadaniu niedźwiedź przy końcu wspólnie spędzonego dnia pragnie objąć i przytulić swą przyjaciółkę:

„- To był przyjemny spacer - mówi niedźwiedź, zatrzymując się przed mieszkaniem 305 i wyjmując klucz z torby. – Mam nadzieję, że to jeszcze powtórzymy” (s.31).

W drugim opowiadaniu jest nieznaczna modyfikacja tej uroczej sytuacji:

„- To był przyjemny spacer – mówi niedźwiedź, zatrzymując się przed mieszkaniem 305 i wyjmując z torby licznik Geigera. Najpierw mierzy moje napromieniowanie, potem swoje. Słychać znajome trzaski. – Mam nadzieję, że to jeszcze powtórzymy" (s.47).

Dwa przedmioty: klucz i licznik Geigera i dwa zupełnie inne światy, a wszystko przez momentalne, zupełnie nieoczekiwane wydarzenia jednego dnia. Co wtedy się stało i dlaczego była to tak głęboka trauma dla całej Japonii? Pisze o tym Katarzyna Boni w książce „Gambare! Warsztaty umierania”:

„Ganbare!” to opowieść o kraju, gdzie zagrożenie katastrofą stało się normą, a normalne życie jest podszyte widmem śmierci. I o ludziach, którzy pięć lat po trzęsieniu ziemi, tsunami i wybuchu w elektrowni jądrowej próbują poradzić sobie w nowej rzeczywistości. Niektórzy z nich nauczyli się nurkować i wciąż szukają szczątków bliskich na dnie morza. Inni, ignorując zagrożenie, usiłują żyć w napromieniowanym świecie, jakby nic się nie stało. Jeszcze inni rozmawiają z duchami. Albo zapisują się na warsztaty umierania. (recenzja wydawnictwa)

Natomiast Justyna Sobolewska napisała w Polityce:

„Już sam tytuł brzmi paradoksalnie: Ganbare! – to okrzyk oznaczający „daj z siebie wszystko, walcz!”, powtarzany w północno-zachodnim regionie Japonii dotkniętym w 2011 r. przez tsunami. I ten okrzyk zderzony jest z „warsztatami umierania”, które w Japonii są popularne, chodzi o to, by przygotować się na śmierć i dobrze wykorzystać pozostałe życie. Ten paradoks dobrze ujmuje niezwykłość książki Katarzyny Boni, która jest połączeniem reportażu o życiu Japonii po trzykrotnej katastrofie: tsunami, trzęsieniu ziemi i wybuchu elektrowni atomowej, i próbą opisu kultury związanej ze śmiercią. Dobrze to widać w kinie japońskim, nawet tym najbardziej współczesnym – znajdziemy w nim obrzędy pogrzebowe, obrazy żałoby, duchy, bo „w Japonii obok żywych żyją zmarli”. W książce co chwila pojawiają się wyliczenia: listy przedmiotów, które wyrzuca morze lub które wyławiają nurkowie, ale i listy z zaleceniami, jak radzić sobie po katastrofie, listy pierwiastków promieniotwórczych, listy produktów przesyłanych do badania poziomu skażenia. Wyliczenie jest figurą melancholii i żałoby, i taką funkcję pełni ono w książce Boni. Zwłaszcza że wszystkie zalecenia brzmią niewystarczająco wobec tak wielkiego zagrożenia: uciekaj wyżej, schowaj się pod stół, regały przytwierdź do ściany, a książki owiń łańcuchem. Z drugiej strony, znajdziemy tu opisy obfitości potraw i bogactwa przyrody terenów skażonych. Boni opisuje życie w cieniu katastrofy, nie tylko tej z 2011 r., ale i w cieniu nieuchronnej śmierci. I uświadamia, że warsztaty umierania przydałyby się każdemu z nas”.

Ale wróćmy do wycieczki niedźwiedzia i jego sąsiadki nad rzekę. Skąd wziął się w tej historii niedźwiedź, dlaczego idą nad wodę i po co suszą tam złowioną rybę, a co najważniejsze, dlaczego niedźwiedź tak bardzo chce się przytulić?

Kontynuacja za tydzień.

Zbyszek Kruczalak