----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----
Zbyszek Kruczalak

Zbyszek Kruczalak


www.domksiazki.com

Udostępnij znajomym:

Istnieje, tak zwany, wstrząsający typ literatury i to w dosłownym tego określenia znaczeniu. To wstrząśnienie nie wynika tylko z tego, co jest przedmiotem opisu, ale przede wszystkim jest ono efektem techniki narracyjnej, użytej do tegoż opisu. Zwykle tyczy to języka filmu i budowania napięcia w kinie akcji. Często musimy przerwać oglądanie i udać się na krótką przechadzkę po domu, by ostudzić emocje, gdyż morderca się zbliża, a ofiara nie widzi tego, czego my, jako widzowie, jesteśmy już świadomi. Do tego wszystkiego lata treningu w obcowaniu z filmem nauczyły nas, że okrzyki ostrzeżenia rzucane w stronę ekranu, nie pomogą w niczym ofierze. Nie dotyczy to zresztą jedynie takich klasyków jak słynne Ptaki Alfreda Hitchcock’a czy Pancernik Potiomkin Sergieja Eisensteina (z jego fenomenalnym i odkrywczym wtedy [1925] montażem równoległym), ale zupełnie współczesnych, znakomicie skonstruowanych seriali telewizyjnych, tak znanych, jak choćby Zagubieni czy House of Cards.

Jesteśmy przeszywani dreszczem niepokoju czy przerażenia, bo pewne literackie czy filmowe gatunki po prostu są po to stworzone, żeby widza / czytelnika (czyli jednym słowem odbiorcę) owych tekstów wytrącać z równowagi.

Jest jednak w tym wstrząsaniu odbiorcą czasem coś poza gatunkowego i coś znacznie bardziej poruszającego, aniżeli tylko czysta ekscytacja czy napięcie wynikające z poszukiwania odpowiedzi na pytania: kto zabił i dlaczego uciekł, dlaczego był tak okrutny i bestialski, dlaczego to w ogóle zrobił, czy wynikało to z osobistych pobudek, czy też było efektem społecznych uwarunkowań?

Te pytania można stawiać w kontekście niezliczonej ilości wszelkiego rodzaju powieści kryminalnych, thrillerów, horrorów – jednym słowem wobec całej literatury sensacyjnej. Te same pytania jednakowoż pozostają także (o ironio!) ważne wobec zupełnie innego gatunkowo i znaczeniowo rodzaju literackiego, a mowa tu o reportażu. Wstrząśnięcie, wytrącenie z równowagi, szok – mogą być doświadczeniem granicznym przy czytaniu reportażu i nie ma to nic z sensacji, horroru czy thrillera. Ma to raczej wiele wspólnego z rozdzierającym doświadczeniem absurdu i tragedii. Te dwie kategorie wynikają oczywiście z tego, co ogólnie nazywamy historią człowieka, czy historią dziejów, ale w istocie są efektem tego, co określamy historią (biografią) pojedynczego człowieka, historią indywidualną, prywatną, swoją, prywatną.

Ta „prywatność” losów jest niewidoczna w wielkiej historii, bo w niej liczą się tylko procesy, idee, tłumy i duch dziejów (albo jego brak)! W reportażach Swietłany Aleksijewicz mamy do czynienia z tym niebywałym doświadczeniem „bojaźni i drżenia” wynikającym z obcowania z konkretnymi ludźmi, których znamy z imienia i z nazwiska, wiemy co robią, co lubią i skąd pochodzą.

To literackie, ale też zupełnie realne, „wstrząśnienie” i to w takim wymiarze, że często trzeba odłożyć czytany tekst i udać się na krótki spacer regeneracyjny, żeby nie zwariować, wynika u tegorocznej laureatki Nagrody Nobla z umiejętności budowani napięcia i emocjonalnego wciągnięcia czytelnika w proces rozpoznawania jednostkowego w zbiorowym. Jest nam zawsze wygodniej w życiu (bo nie musimy ponosić żadnej odpowiedzialności z tego powodu) operować ogólnikami, banałami i stereotypami typu: wielkie zwycięstwo, wygrana wojna, kobiety żołnierze, bohaterstwo i odwaga walczących, genialni stratedzy, wielkie i śmiałe decyzje wodzów, nieśmiertelni bohaterowie, wieczna pamięć o zwycięzcach – ale gdy Swietłana Aleksijewicz pisze swoje reportaże, nagle to wszytko wielkie, wspaniałe, i nieśmiertelne nabiera zupełnie innego waloru. Jej historie to losy bardzo konkretnych osób wymienionych z imienia i nazwiska, opowiadających o bardzo konkretnych sprawach i wydarzenia, których byli bezpośrednimi uczestnikami. Nic nie jest opowieścią zasłyszaną z drugiej ręki, wszystko jest „naoczne” i „nauszne”. Ta jej technika opisu, niesamowita reporterska metoda budowania jednej opowieści z ogromnej ilości indywidualnych historyjek, które zlewają się w jedną wielką opowieść jest niebywała i zaiste wstrząsająca.

Znakomicie widać to w jednej z jej książek zatytułowanej „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”:

Kobiety żołnierki. W regularnej armii było ich milion. Młodziutkie, ledwie skończyły studia, zaczynały pierwszą pracę. „Poszłam na wojnę taka mała, że przez ten czas trochę urosłam" – mówi jedna z bohaterek tej książki. Rwały się na wojnę, by ratować ojczyznę, albo pomścić kogoś bliskiego. Nie miały o niej pojęcia. Szły na front w lekkich pantoflach i spódnicach. W chustkach na głowie. Bardzo szybko zapominały, czym są obcasy i jak wyglądają sukienki. Bywały wyborowymi strzelcami, walczyły w piechocie. Niektóre pełniły bardziej „kobiece” role, były na przykład sanitariuszkami, musiały zbierać z pola walki rannych żołnierzy, często pod ostrzałem. I dźwigać do okopu, by opatrzyć rany. Albo nosić amputowane kończyny z sali operacyjnej. Tęskniły za matkami, wołały je we śnie. „Wojna...” to książka utkana z dziesiątek relacji kobiet walczących w czasie II wojny światowej. Aleksijewicz przez 20 lat jeździła do żołnierek, by wysłuchać ponad 500 relacji. „To był wielki temat. Istniał tylko męski kanon pisania o wojnie. Ponad pięć tysięcy wojen i praktycznie każda opisana z męskiego punktu widzenia. Weźmy taką scenę. W mińskiej fabryce traktorów szukałam kobiety, która była strzelcem wyborowym. I to znakomitym. Poszłam do działu kadr i usłyszałam od dyrektora: »A mało to jest mężczyzn? Po co słuchać tych babskich historii? Tych fantazji« – mówi w wywiadzie dla „Gazety” zapytana, dlaczego tyle czasu poświęciła jednemu tematowi”. (z: Poraniona pamięć, I. Smolka)

Nagle osobiste, często bardzo intymne, historie kobiet, które walczyły w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej zmieniają jej obraz z propagandowego na niesamowicie prywatny. Daje to tak niesamowity efekt, że nie jesteśmy w stanie, po prostu jest to niemożliwe, akceptować dalej oficjalnej wersji wydarzeń. Jeszcze raz potwierdza się „oczywista oczywistość”, że osobiste relacje z kimś lub czymś uintymniają świat i ogólne sądy w żaden sposób nie nadają się już do użytku. Pisze o tym, cytowana już wcześniej, Iwona Smolka:

/„Nagrywam dusze, wsłuchuję się w ból… Ból jako dowód minionego życia” – notuje autorka, a my, czytelnicy jesteśmy wstrząśnięci tym świadectwem cierpienia i prawdą okaleczonej psychiki.

Swietłana Aleksijewicz – wielka reporterka – w tej książce jest niemal nieobecna .Nie komentuje nawet najbardziej przerażającej opowieści, prawie nie zadaje pytań. Pozwala, by kobiety, których pamięć wciąż broni się przed obrazami wojny, wykrzyczały swój ból.

Nie ma żadnego patosu, żadnego fałszu w tych relacjach. To są komsomołki, kobiety radzieckie, które wierzyły w Stalina, w wielkość swojej ojczyzny, gotowe dla niej zabijać wroga i ginąć. „Bo jednak istniał człowiek radziecki” – pisze autorka we wstępie do tej książki i dodaje: „Takich ludzi, jak sądzę, już więcej nie będzie; oni sami już to rozumieją.”

Wojna widziana przez kobiety ma w sobie zapach krwi. Te, które wynosiły rannych spod ostrzału, te, które prały zakrzepnięte na mrozie waciaki i spodnie, wiedzą, że „nawet krochmal tak nie usztywnia jak krew”. Po wojnie niejedna mówi, że nie mogła znieść czerwonego koloru, ani kwiatów, ani sukienki, ani mięsa.

Relacje kobiet mówią o duszy, ale także o ciele. Fizjologia jest ważna. Boją się nie śmierci, ale tego, że mogą zostać okaleczone. Chronią twarz, ręce, nogi. Boją się, że stchórzą, że nie wytrzymają, nie dadzą rady wynieść na plecach, czołgając się, rannego razem z jego bronią.

Jedna z nich umoczyła we krwi zabitego kolegi swoją legitymację komsomolską, przysięgając, że nigdy nie stchórzy. Potem sama zgłosiła się na ochotnika do plutonu egzekucyjnego, aby rozstrzelać innego towarzysza broni, który uciekł z pola bitwy.

W swoich opowieściach zwracają uwagę na ciało. Pamiętają ślicznych chłopców i piękne dziewczęta, otwarte oczy trupów, chrzęst miażdżonych kości, spalone ciała, prześladuje je, nawet teraz, po latach, smród spalenizny. Sensualizm w tych opisach jest równie ważny jak opis strachu, bólu, nienawiści. Dostrzegają to, czego nie widzą mężczyźni. Ich wrażliwość jest inna, inaczej pracują zmysły.

Mężczyźni, a przecież o wszystkich wojnach opowiadali tylko mężczyźni, relacjonują przebieg bitwy. Kobieta dostrzega coś innego. „Od razu po ataku lepiej nie patrzeć na twarze, to jakieś całkiem inne twarze, nie takie jak zazwyczaj mają ludzie. Oni sami nie mogą na siebie podnieść oczu. (…) Wydaje się, że wszyscy są trochę nienormalni, pojawia się w nich nawet coś bestialskiego. Lepiej tego nie widzieć.”

Zbyszek Kruczalak