----- Reklama -----

Luxahaus Beyond

(773) 205-0303

Zaloguj się
Subskrybuj

21 kwietnia 2022

Udostępnij znajomym:

Dwa tytuły połączone w jedno, dosyć celnie trafiają w sedno problemu, którym jest oczywiście instytucja szkoły, twór ze wszech miar kulturowy, który niesie ze sobą bojaźń i drżenie, nie pozwalając widzieć jasno w zachwyceniu. Dlaczego?

Tekst Freuda „Kultura jako źródło cierpień” i książka Mikołaja Marcela „Selekcje – jak szkoła niszczy ludzi, społeczeństwa i świat” - pozwalają nam przepracować, a w zasadzie przeinterpretować, często traumatyczne dla wielu, doświadczenie obcowania ze szkołą. Doświadczenie o tyle istotne, że obowiązkowe. Każdy musi znaleźć się jakoś w szkole, choćby dlatego, że wymaga tego obowiązek szkolny. Uchylanie się od tegoż, pociąga za sobą różnorakie kary, łącznie z pozbawieniem praw rodzicielskich. Do szkoły więc chodzić musimy, czy to się nam podoba, czy też nie.

Freud pisze: „Z zaskoczeniem i troską zauważamy, że większość ludzi daje posłuch odpowiednim zakazom kultury, jedynie pod presją przymusu zewnętrznego, zatem jedynie wtedy, gdy może on być skuteczny, jeśli trzeba się go obawiać. Dotyczy to również tak zwanych moralnych wymagań kultury, jednakowych dla wszystkich. W związku z tym możemy wytłumaczyć większą część tego, czego doświadczamy jako niemożność polegania na człowieku w aspekcie moralnym. Nieskończenie wielu cywilizowanych ludzi, którzy wzbranialiby się przed zabójstwem czy kazirodztwem, nie odmawia sobie zaspokojenia żądzy posiadania, agresji i żądzy seksualnej, nie wzdraga się szkodzić innym kłamstwem, oszustwem, zniesławieniem, o ile może to ujść bezkarnie, i stan ten utrzymuje się zaiste od wielu wieków istnienia kultury”.

Szkoła zatem wydaje się być doskonałym remedium na tę powszechną, ludzką przypadłość rozdarcia czy raczej niemożności pogodzenia ludzkich popędów z ich kulturowymi regulacjami. Agresja i jej wszelkie pochodne głęboko usadowione w naszym, odwiecznie dziedziczonym, DNA, uładzona przez normy kulturowe, po pierwsze zawsze może gdzieś tam z nas, niespodziewanie wychynąć, po drugie niezwykle nas boli, gdy nie możemy dać jej upustu, bo nie wypada, bo możemy zostać ukarani, bo tak nie można, bo nie tak nas wychowali rodzice. Ten właśnie ból rozdzierający nas na dwoje, to źródło niekończącego się cierpienia między JA wewnętrznym i JA kulturowym.

Szkoła tylko pozornie jest idealnym lekiem na całe zło, bo jako twór stricte kulturowy, z natury swojej ten ból pogłębia, zamiast go niwelować, nakłada bowiem szereg kagańców na młodego człowieka, przymuszonego obowiązkiem szkolnym do bycia usadzonym w ławie szkolnej i skazanego na bezwzględne posłuszeństwo wobec nauczyciela i innych przełożonych. Kagańce te: nie przeszkadzaj, nie ruszaj się, nie zadawaj głupich pytań, nie spóźniaj się, nie rozmawiaj na lekcji, nie odpisuj i ostatecznie nie oddychaj – powalają instytucjonalnie zredukować wewnętrzne, autentyczne JA dziecka siedmioletniego, do JA człowieka przyduszonego.

Jak wiadomo niedostatek tlenu w organizmie człowieka powoduje często nieodwracalne zmiany, a niedotlenienie mózgu może mieć katastrofalne skutki. Co zatem robić, by pozwolić swobodnie oddychać skazanym na szkolną poniewierkę? Mikołaj Marcela nie pozostawia nam żadnych złudzeń, co do skuteczności ewentualnych reform systemu szkolnego - one nigdy nie działają – szkołę trzeba po prostu odszkolnić! Jak?

„Alternatywą dla obecnej szkoły fundującej de facto gospodarkę zdominowaną przez usługodawców jest schol– edukacja rozumiana jako prawdziwie wolny czas. To proces uczenia się, którym nie rządzą ukryte cele i który opiera się na udzielaniu różnego rodzaju przepustek: dyplomów, licencji czy rekomendacji. Który nie jest pracą, lecz odpoczynkiem, zarówno dla nauczyciela, jak i ucznia. To autentyczna relacja mistrz – uczeń, w której liczy się proces uczenia, a nie jego treść. Szkoła w tym znaczeniu to wynaleziona przez starożytnych Gregów konkretna forma spędzania czasu wolnego (bezproduktywnego, nieokreślonego), do którego nie ma się normalnie dostępu poza szkołą. […] W scholnie ma określonych celów do realizacji oraz punktów, do których każdy uczeń musi dotrzeć – z drugiej strony w procesie uczenia się można dotrzeć wszędzie i wyznaczyć każdy cel”. (s. 23)

Ten koncept scholzostał jednak już w starożytnej Grecji mocno zdeformowany. Jak pisze Ubaldo Nicola w Filozofii: „W epoce hellenistycznej zmniejszenie swobód politycznych spowodowało głęboką zmianę w procesach przekazywania wiedzy. W miejsce sokratejskiej majeutyki i platońskiego dialogu (użytecznych dla idei filozofii jako swobodnych, zespołowych poszukiwań) pojawiło się nauczanie w nowej instytucji – szkole. To szybko doprowadziło do upadku ducha poszukiwań; w krótkim czasie szkoły przekształciły się w zamknięte i elitarne kręgi, w których łonie niewiele dyskutowano i które same nie utrzymywały rozległych związków ze światem zewnętrznym (nie licząc dyskusji z rywalizującymi szkołami). Wszystko razem doprowadziło do usztywnienia poszczególnych pozycji, nadając im formę krepujących tradycji. Ku ewolucji w kierunku dogmatycznym i sekciarskim zwracała się zarówna założona przez Platona Akademia, jak i Liceum Arystotelesa, oraz dwie pozostałe szkoły czynne w Atenach po okresie Aleksandra wielkiego: Stoa (Szkoła stoicka) oraz Ogród Epikura. (s.140)”

Przypomnijmy, że mówimy o IV wieku p.n.e., gdy Aleksander Wielki podbił wszystkie możliwe do zagarnięcia kraje i lądy i zakończył się tak zwany okres klasyczny w dziejach Grecji, naznaczony geniuszem Sokratesa, Platona i Arystotelesa. Już wtedy koncept szkoły i nauczania zaczął zmierzać w kierunku, który zbiegiem czasu i kolejnych epok ewoluował w model szkoły, z którym mamy do czynienia dzisiaj. A jaki to model? Składa się na niego szereg, historycznie osadzonych, elementów:

  • szkoła jako określone miejsce/budynek zbiorowej edukacji, z podziałem na klasy. Nauczanie poza określonym budynkiem szkolnym ma charakter incydentalny, albo wymuszony
  • sztywne i nieprzekraczalne granice między uczonym i uczącym, określone konkretnymi wyznacznikami: tarcza, uniform, krawat
  • administracyjne dyrektywy, określające zakres tak zwanego obowiązku szkolnego i wiek ucznia
  • realizacja linearnej metody edukowania, która zakłada naukę od A do B, by dotrzeć do C, a potem do D i tak dalej
  • system kar i nagród – dyplomy, świadectwa, oceny – który służy segregacji uczniów, na tych, których system zaakceptował i na tych, których odrzucił
  • podział szkół na typy kształcenia (licea ogólne, szkoły i technika zawodowe, szkoły specjalne), który kreuje ich status i image (elitarne i byle jakie)
  • różne metody finansowania, od tych publicznych, utrzymywanych z pieniędzy podatników, do społecznych, prywatnych czy prowadzonych przez określone organizacje, na przykład zakony.

To tylko niektóre z wyznaczników współczesnej szkoły, które wcale nie brzmią współcześnie, biorąc pod uwagę strukturę rzeczywistości XXI wieku. Dlaczego? Z wielu powodów, aczkolwiek głównie dlatego, iż szkoła jest instytucją nadzwyczaj konserwatywną, która nie tylko z trudem się modernizuje, ale która jest głęboko osadzona w realiach XIX wieku, gdy zaczął rozwijać się przemysł i powstawały nowoczesne państwa. Ten proces wymusił konieczność wyprodukowania rzeszy robotników i urzędników, którzy byliby w stanie posłusznie wypełniać obowiązki nałożone na nich przez sprawujących władzę.

Jak pisze Mikołaj Marcela: „… szkoła, jako jedna z biurokratycznych instytucji opiekuńczych państwa, rości sobie prawo do zawodowego, politycznego i finansowego monopolu na wyobraźnię społeczną, decydując, co jest wartościowe i osiągalne dla jej użytkowników. Po drugie szkoła działa jak agencja reklamowa, której zadaniem jest przekonanie nas, że potrzebujemy takiego społeczeństwa jak obecne. Szkoła więc w dużym stopniu uczy nas utożsamiać produkcję dóbr i usług z popytem na nie”. (s.16)

Wszystkie cytaty, jeśli nie zaznaczono inaczej, za:

Selekcje. Jak szkoła niszczy ludzi, społeczeństwa i świat, Mikołaj Marcela, Znak, Kraków, 2022, s.309.

Zbyszek Kruczalak
www.domksiazki.com

----- Reklama -----

MCGrath Evanston Subaru

----- Reklama -----

Dentysta

----- Reklama -----