----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----
Zbyszek Kruczalak

Zbyszek Kruczalak


www.domksiazki.com

Udostępnij znajomym:

Zdanie pozornie banalne i oczywiste, wypowiadamy je setki razy w różnych sytuacjach. Jego istotą jest oczywiście warunkowość generowana partykułą –by. Owa warunkowość skupia się w swoistej niepewności, która zakłada przypuszczenie, a to z kolei pociąga za sobą jakieś niezdecydowanie, a nawet wątpliwości w wypowiedzi mówiącego. Przykłady typu: napisałbym ten list, ale nie wiem czy potrafię, albo: mógłbym to zrobić, ale po co – idealnie pokazują ten przedziwny stan przypuszczenia, sytuacji zakładającej coś, co być może się wydarzy, ale niekoniecznie.

Co zatem jest takiego nadzwyczajnego w tytułowym zdaniu: wolałbym nie? Otóż wszystko! Ale jeśli wszystko, to co konkretnie?

Z całą pewnością wydarzenie, które stanowi oś noweli Hermana Malville’a zatytułowanej Kopista Bartleby, czyli opowieść o Wall Street, wydanej w dwu odcinkach w Putmam’s Monthly Magazine w listopadzie i grudniu 1853 roku. Skupia się ono w relacji pracownik –pracodawca. Młody człowiek, kopista zostaje przyjęty do kancelarii adwokackiej, która zajmuje się przygotowaniem dokumentów procesowych. Biura prawnicze niewiele się zmieniły od tego czasu, może poza koniecznością ręcznego kopiowania stosów papierów, bo przecież ich działanie zawsze podlegało presji czasu, relacji z sędziami i koniecznej dokładności oraz punktualności. Atmosfera w tego typu kancelariach zawsze jest napięta, podminowana wewnętrznymi rozgrywkami personalnymi. Ważne jest tempo pracy, skuteczność i relacje z innymi prawnikami

To wszystko sprawy oczywiste jak słońce, cóż zatem jest takiego niezwykłego z nowo przyjętym kopistą o imieniu Bartleby, że możemy podejrzewać, iż zawiedzie on nas ku sytuacjom odmieniającym tę oczywistą oczywistość kancelarii adwokackiej działającej na Wall Street?

Otóż Bartleby jeśli w ogóle coś mówi, to głównie jedno zdanie: wolałbym nie. Czy możemy sobie wyobrazić, czy w ogóle jest to wyobrażalne, że na polecenie szefa wykonania jakiejś czynności, zatrudniony w niej pracownik odpowiada: wolałbym nie? Okazuje się, że są na świecie rzeczy, które nawet filozofom się nie śniły i takie zdarzenie nie tylko może mieć miejsce, ale może być nawet wielokrotnie powtarzane i prowadzić do sytuacji wzajemnego uzależnienia.

Na czym owo uzależnienie polega? Wydaje się, że na fascynacji niebywałym. Bo taka relacja pracodawca-pracownik jest kompletnie nie z bajki lokującej swą opowieść na Wall Street i nie ma znaczenia, że wszystko to dzieje się pod koniec XIX wieku.

Bartleby nie zostaje wyrzucony z pracy ani natychmiast, ani po pewnym czasie, ani w ogóle. On nawet mieszka w pomieszczeniach biurowych w sposób niezauważalny i nieuzgodniony z nikim. Co najbardziej fascynujące w tej niebywałej historii, to fakt, iż nie zostaje wyrzucony na zbitą twarz nawet wtedy, gdy decyduje jednoznacznie, iż nie będzie w ogóle wypełniać żadnych poleceń szefa, a przede wszystkim nie będzie kopiował – ale będzie tam istniał – po prostu będzie.

Czy to nie zakrawa na absurd i do tego taki specyficznie kafkowski? Dwie osoby wiązane relacjami wzajemności absurdalnej? Ale czy pozbawionej sensu, niezrozumiałej i nieprawdopodobnej? Wydaje się, że tak i nie – co dosyć jednoznacznie lokuje całe opowiadanie Hermana Melville’a po niejasnej stronie niewiadomego i nieoczywistego. Bo po cóż adwokat trzyma bezużytecznego pracownika, pozwala mu na nicnierobienie i do tego jeszcze go opłaca? Czy dlatego, że jest taki dobry i szlachetny, prawdziwy chrześcijanin? Na czy polega i gdzie ukryta jest tajemnica tegoż wzajemnego uzależnienia, dlaczego Bartleby nie odejdzie, dlaczego adwokat go nie zwolni, dlaczego ten absurd trwa i ma wiele przedziwnych odsłon, aż dochodzi to decyzji zupełnie paradoksalnej: właściciel kancelarii, aby się wyzwolić od uciążliwego pracownika/lokatora, przenosi biuro w inne miejsce. Bartleby zostaje w starym miejscu, ku utrapieniu innych, w tym właściciela budynku. Jest nieusuwalny. Po prostu tam jest. Dlaczego? Nie potrafi być gdzie indziej? Ale dlaczego? Przecież adwokat załatwia i proponuje mu inne zajęcia, inne prace, a w końcu oferuje nawet zamieszkanie u niego w domu. Zawsze spotyka się z cichym i delikatnym, aczkolwiek zdecydowanym: wolałbym nie!

Niesamowita historia zamieszczona jako pierwsza w nowo wydanym zbiorze Nowel i opowiadań Hermana Melville’a. Wyprowadza nas ona z równowagi, a nade wszystko w z zastygłego obrazu autora skupionego nad Moby Dickiem – powieścią powszechnie uznaną za genialną i wielowymiarową, metaforyczną i oczywiście pomnikową.

W noweli Kopista Bartleby, czyli opowieść o Wall Street, ta niesamowita umiejętność Melville’a w budowaniu postaci skomplikowanych, opętanych wizją i tajemnicą, niezwykłych jest wypreparowana do poziomu literackiej perfekcji i to stężeniu, jakie daje mała forma, taka jak opowiadanie czy nowela. To tutaj zostajemy w stuporze obezwładnienia wydarzeniami, które niby są, ale trudno nam uwierzyć w ich realność. Dzieją się, ale w kompletnie nieprzewidywalny sposób. Zdanie: wolałbym nie – urasta to metafizycznego stwierdzenia, definiującego niepewność, zagubienie, a nade wszytko kompletnie niepojętą determinację i tajemnicę. Do tego wszystkiego, to, co się wydarza, poznajemy z opowieści adwokata, sam skryba (kopista) nie mówi prawie w ogóle. Zdecydowanie ta wzajemność przechyla więc swą aktywność i wiarygodność, albo raczej niewiarygodność, w stronę właściciela kancelarii. Postać Bartleby’ego jest nam dana z drugiej ręki – w zasadzie nic o nim nie wiemy. Nie znamy jego rodziny, wykształcenia, upodobań czy zainteresowań. Nie wiemy, dlaczego jest tak skrajnie biedny i dlaczego tak uporczywie trzyma się zachowania definiowanego zdaniem: wolałbym nie. Nic nie wiemy, poza małym, jednym wyjątkiem, też znanym nam jedynie z drugiej, a nawet trzeciej ręki: prawdopodobnie pracował swego czasu w Biurze Martwych Listów w Waszyngtonie. Cóż za koncept, cóż za pomysł! Być częścią czegoś już nieaktualnego, czegoś, co jedynie nadaje się do wyrzucenia. Ale został stamtąd właśnie wyrzucony. A potem przyjęty do wspomnianej kancelarii adwokackiej przy Wall Street.

Jego pracodawca w swej szlachetności jest przy nim do końca. Ale czy jest to opowiadanie o tytułowym kopiście Bartleby’m, czy też o jego mocodawcy? Czy postać kopisty to tylko pretekst, by w absurdalnym układzie wzajemności zdestruowanej odszukać to, co definiuje zdanie: wolałbym nie, ale w odwróceniu: wolałbym tak?

Herman Melville, Nowele i opowiadania, PIW 2020, s.653.

Zbyszek Kruczalak