----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

03 lutego 2026

Udostępnij znajomym:

„Spotkałem kiedyś młodego człowieka (23 lata), który nie przeczytał nigdy żadnej książki. A nagle zapragnął. Spytał, co mogę mu polecić na pierwszy raz, żeby nie zraził się do czytania. Bez zastanowienia odparłem: Śmierć pięknych saren. To książka, którą od lat kupuję w ilościach hurtowych i rozdaję znajomym. Bo to najbardziej antydepresyjna książka świata”. (Mariusz Szczygieł)

To samo można by powiedzieć o książkach Zdenka Svěráka i wielu innych czeskich tytułach, bo proza czeska to proza genialna. Coś, co wykracza poza normę i oczekiwania, coś co zawsze zachwyca, śmieszy i wzrusza. Literatura czeska wielka jest! Dlaczego? Bo Czesi mają to coś, czego nie mają inni. Co to jest? Dystans do siebie, do swego kraju, do innych. Mają oni to nadzwyczaj rzadkie poczucie i umiejętność ironicznego postrzegania rzeczywistości.

Czesi to potęga w świecie literatury: Hrabal, Škvorecký, Kundera, Čapek, Hašek czy Ladislav Fuks, albo wspomniany już Ota Pavel, żeby wymienić tylko tych największych z największych. Każdy z nich jest unikalny i niezwykły, jakkolwiek każdego z nich łączy ta wyjątkowa „czeskość”, przejawiająca się w magicznej, niczym w literaturze iberoamerykańskiej, a jednocześnie surrealistycznej, codzienności pełnej swoistego humoru, ironii i dystansu do tego, co dzieje się wokół – aczkolwiek bez latających aniołów, lewitujących postaci i długowiecznych proroków, za to z wyraźną tęsknotą za niemożliwym.

To niemożliwe, to pragnienie świata dobrego, czułego, w którym można odszukać elementarny sens bycia. To poszukiwanie sensu w absurdzie politycznych czy historycznych wydarzeń i zawirowań dzieje się na przekór wszystkim i wszystkiemu. Idzie pod prąd, wbrew logice i może właśnie dlatego owa „czeskość” nacechowana jest tymi, pozornie pozbawionymi logiki, zdarzeniami, kreowanymi przez postaci z różnych „bajek”.

Wystarczy przejrzeć pierwsze z ośmiu opowiadań ze zbioru „Opowiadania i wiersz”, żeby zanurzyć się w urokliwy, ciepły, uroczy, a nawet ckliwy świat Okienka, bo takie właśnie nazwisko nosi główny bohater tego tekstu. Ów Okienko zakochuje się przypadkowo w przypadkowo napotkanej korektorce i równie przypadkowo się w niej odkochuje. Komedia? Raczej pomyłek, i to taka, która nie wywołuje śmiechu przez łzy i z pewnością nie epatuje czarnym humorem.

Oto niewielki fragment tego opowiadania:

„Mam trzydzieści pięć lat, dwa metry i dwa centymetry wzrostu, ważę sto kilo bez pięciu, wcześniej uprawiałem dżudo, startowałem nawet w okręgowych mistrzostwach w tej dyscyplinie, a nazywam się Okienko. Miroslav Okienko. Chyba nie mogło mi się trafić gorsze nazwisko. Wyobrażacie sobie, jak reagowali na nie koledzy ze szkoły? Zawsze znalazło się paru głupków, którzy pytali, czy nie jestem czasem lufcikiem albo czy mogą mnie zamknąć. Ojciec pocieszał mnie: „Mirku, mamy szczęście, że urodziliśmy się w Czechach. Na Morawach mogliśmy nazywać się Okieneczko”.

Wakacji zwykle nie spędzam ani nad morzem, ani w domku letniskowym w górach, tylko na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Karlowych Warach. Ale nie oglądam filmów. Pracuję jako kierowca. Tę rewelacyjną fuchę załatwił mi kumpel Karel, który zarządza festiwalową flotą aut. Kocham nowe samochody. Nigdy nie było mnie stać na taki, którego byłbym pierwszym właścicielem, zawsze kupowałem używane. A w czasie festiwalu zwykle któryś ze światowych producentów aut użycza swoich najnowszych modeli do wożenia aktorek i aktorów z kina do Grandhotelu Pupp, z hotelu Thermal na raut do ogrodowej restauracji Stará Pošta albo na praskie lotnisko. W ten sposób mam okazję rozkoszować się zapachem imitacji skóry w różnych mercach, audikach czy beemkach i poznaję modne gadżety na ich deskach rozdzielczych. Uwielbiam silniki, które pod maską pracują cicho jak zegarki, a przy tym mają nieprawdopodobną moc.

To, że wozimy gwiazdy filmowe i przeróżnych ważnych ministrów, w zasadzie mnie nie kręci. W sumie nawet ich nie znam. Jeśli już miałbym kogoś wyróżnić, to Amerykanina Alana Aldę, który grał wojskowego chirurga w serialu _M*A*S*H_. Był bardzo sympatyczny. Facet ma już swoje lata, a mimo to wszystkie młode dziewczyny marzyły, żeby zrobić sobie z nim selfie, i jak najarane przytulały się do niego każdą częścią ciała, piszcząc ze szczęścia. Podpisał mi swoje zdjęcie. Raz przewoziłem też prezydenta Klausa. Spytałem go, jak mu się podoba w Karlowych Warach. Odpowiedział: „Tak”.
Ale może przejdę już do historii, którą chcę opowiedzieć”.

Podobnie ironiczny w nastroju jest kolejny literacki zapis wizyty generała w szkole. To spotkanie młodych ludzi z kombatantem wojennym odsłania przepaść, jaka ich dzieli. Tekst buduje niezwykłą atmosferę smutku i rozczarowania, ale jednocześnie niesamowity, nieomalże komediowy nastrój, który można by określić jednym terminem: qui pro quo.

Zupełnie inne w przesłaniu jest kolejne opowiadanie, „Tramwajarczyk” – w którym mamy niespełnioną miłość, wątek historyczny, polityczny i ideologiczny, a wszystko to w pozornie banalnej historii młodego człowieka, który zostaje tramwajarzem. Jakie sensy można wydobyć z czegoś tak oczywistego, jak prowadzenie tramwaju? Okazuje się, że cały świat, bo literatura czeska w istocie swojej buduje nie tylko cały świat, ale cały wszechświat skupiający się na banalności, czy nawet trywialności zdarzeń, które same w sobie są neutralne znaczeniowo, ale wsadzone w kontekst ironii i absurdu czasu i przestrzeni czeskiego świata, urastają do jedynej w swoim rodzaju, uniwersalnej metafory.

Czesi potrafią się śmiać nawet z tego, czego nie ma, czego idealnym przykładem jest kreacja postaci Jára Cimrmana, który istnieje w nieistnieniu, ale jak może go nie być, skoro ma swój teatr, swoje popiersie, swoje spektakle i publikacje? Otóż to, jest i jednocześnie go nie ma. Cimrmana stworzył Zdeněk Svěrák od a do z, jako koncept ukazujący kogoś, kogo określa się wielkim mitem satyrycznym i rzeczywiście w tym określeniu jest wszytko, co stanowi o tym czeskim fenomenie: żart, absurd, pseudo nauka, ironia, dystans, kompleksy, ideologia, frustracja. To swoiste apogeum absolutnie absurdalnego NIE absurdu, bo Jára Cimrmana – geniusza, zazdrości Czechom cały świat, w tym szczególnie Polacy. Wynalazca, poeta, filozof, dramaturg, pisarz, kompozytor, podróżnik, dentysta, przyjaciel i nauczyciel Alberta Einsteina – człowiek renesansu, na którego wystawy, przedstawienia i prezentacje po prostu nie sposób się dostać i którego popularność rośnie nieustannie (poza Polską) – jest w Czechach obiektem absolutnego uwielbienia. Jakim cudem, skoro nie istnieje? Cudem Nie absurdu?

Opowiadania i wiersz, Zdeněk Svěrák, przekład: D. Dobrew i J. Węglowski, wyd. Afera, Wrocław, 2023, s. 158

Zbyszek Kruczalak
www.domksiazki.com

----- Reklama -----

TAXLAND 300 X 600

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor