Cytryna Motojiro Kajii w Trzy i pół godziny Joanny Bator
----- Reklama -----
Zbyszek Kruczalak

Zbyszek Kruczalak


www.domksiazki.com

Udostępnij swoim znajomym:

Dlaczego razem? Dwoje autorów z kompletnie różnych bajek. Dlatego, że stawiają nas w powiewie złudzenia, ułudy istnienia, rojenia o tym, co powinno być, a czego nie ma?

Motojiro Kajii zabiera nas w pozornie magiczny, a przecież w jakiś nieokreślony sposób, dziwny spacer po Kioto. Ta dziwność skupia się w poszukiwaniu czegoś niejasnego i nieokreślonego.

„Pewnego ranka – a często zmieniałem wtedy lokum, przenosząc się od jednego znajomego do drugiego – gdy mój gospodarz wyszedł na uczelnię, zostałem sam jak palec pośród pustki. Znów musiałem ruszyć w drogę. Coś gnało mnie naprzód. Wałęsałem się bocznymi uliczkami, o których już wspominałem”. (s.46) Ta pełna niepokoju zmiana miejsc, nieustanne niezadowolenie i niezaspokojenie, bycie w transie poszukiwania czegoś niewiadomego jest w oczywisty sposób doświadczeniem dotykającym każdego. Któż bowiem nie doznał tego uczucia, a raczej konieczności, ucieczki w poszukiwanie złudnego uspokojenia, gdy napada nas, niekoniecznie drastyczny, ale głęboko obezwładniający, nastrój przegranej, wywołujący bojaźń i lęk. Rzucamy się wtedy w pozorne działania, by zabić nadchodzący strach. Boimy się, i żeby przestać się bać, wychodzimy gdzieś, robimy coś, mówimy to czy owo, stwarzamy pozory. Łudzimy się, że ta pozorność uchroni nas przed zdemaskowaniem tego, co nas w tę ułudę wpędziło.

Ten, kto opowiada nam o nocnych eskapadach po szemranych dzielnicach i ulicach Kioto w mikro tekście Cytryna, jest niespokojny. Jest czymś głęboko poruszony. Zawieszony między niejasną, pożądaną i odrzucaną, nadzieją na znalezienie nieokreślonego w nieustannym poszukiwaniu tegoż, znajduje to „owo” w zapachu, fakturze i kształcie cytryny. „Gdy głęboko, pełną piersią wdychałem miłą woń – ja, który nigdy tak nie oddychał – czułem, jak krew zaczyna wzbierać i rozchodzić się po całym ciele i twarzy, budząc jakąś wewnętrzna wolność… […]. Lekkie podniecenie i wręcz duma sprawiały, że niemal unosiłem się w powietrzu, jakbym był poetą, który w pięknej szacie przemierza ulice miasta. To kładłem cytrynę na brudnej chustce, to przyciskałem ją do poły płaszcza, to oceniałem blask i intensywność koloru”. (s.48/49)

Absurdalne? Być może, ale nie dla tych, którzy doświadczyli strachu przed zdemaskowaniem, przed konsekwencjami i przed podjęciem decyzji. „Czasami podczas tych wędrówek próbowałem stworzyć sobie iluzję, że wcale nie jestem w Kioto, lecz właśnie przybyłem do oddalonego o setki kilometrów Sendai czy Nagasaki. Marzyłem, by przy pierwszej sposobności uciec do miasta , gdzie nikogo bym nie znał”. (s.44) Iluzoryczność? Oczywiście! W całej pełni w każdym fragmencie owej nocnej wędrówki przez mroczne Kioto w poszukiwaniu niejasnego, niewiadomego, nieokreślonego, a przecież skrywanego jedynie pod prześwitującą zasłoną, pragnienia życia w całej pełni, niczym nieograniczonego.

W Trzy i pól godziny Joanny Bator, to nie wędrówka, to pogoń za złudzeniami:

„Nie jest łatwo znaleźć odpowiednie miejsce do życia, jeśli jest się kobietą tak zajętą jak ja. Na poszukiwania, które prowadzę od dwóch lat, mam tylko środy od dziewiątej do dwunastej trzydzieści. Trzy i pół godziny to mnóstwo czasu, jeśli umie się go właściwie zorganizować, a ja jestem w tym dobra. Od kiedy urodził się mój syn, codziennie wstaję o piątej i nie zdarza mi się zaspać.”

To opowieść nie tylko o iluzji istnienia, to też historia bycia w ułudzie oglądania się w lustrze oczekiwań innych ludzi. Niesamowita historia, znacznie obszerniejsza, aniżeli Cytryna Motojiro Kajii, ciągle jednakowoż tekst niewielki – kilkustronicowe opowiadanie. Kobieta, główna postać tej historii przemieszcza się nieustannie po mieście w wielkim pośpiechu, w poszukiwaniu niewiadomego. Żyje w powiewie grania roli, która nie jest jej, ale tak mocno uwierzyła w złudną atrakcyjność owej roli, że przyjęła ją za swoją. Postać pełna niepokoju, w ciągłym ruchu, który prowadzi donikąd, i który jest kompletnie i zupełnie pozorny. Główna postać w opowiadaniu Kajii, znajduje w swych wędrówkach cytrynę, na której skupia swą uwagę i przekracza dzięki temu strach przed niewiadomym. Dotykanie, wąchanie, oglądanie zwykłej cytryny staje się zabiegiem magicznym – czary! Magia, która wyprowadza ową postać z mroku na „ulicę Kyogoku, gdzie plakaty kinowe nasycały świat niepokojącym blaskiem.” (s.51)

Kobieta z opowiadania Joanny Bator w swych poszukiwaniach siebie odnajduje jedynie rozczarowania. Być może dlatego, że nie potrafi, albo nie chce znaleźć niczego, poza złudną akceptacją innych, poza pragnieniem sprostania oczekiwaniom otoczenia. Pozór istnienia? Udawanie? Z całą pewnością! I do tego jeszcze drastycznie okrutne rozczarowanie. Tyle wysiłków i wszystko to na nic! Świat głównej bohaterki posypał się w kawałki w konfrontacji z innymi:

„Co za niespodzianka! Nie poznałam go w pierwszej chwili, choć pamiętałam ten cienki głos. Należał do agenta, który jesienią pokazywał mi dom w Podkowie Leśnej. Kogo my tu mamy! Zza jego pleców wyłoniła się zasmarkana agentka od penthause’u na osiedlu Sakura. – Nasza najlepsza klientka – ten głos należał do drugiej kobiety, małej i podobnej do matrioszki, którą też już gdzieś widziałam. Z pół roku temu pokazywała mi trzy różne apartamenty na Kabatach. Beznadziejne. – Taka pani wybredna – wycedziła. – A mąż muzyk jeszcze bardziej. – Przecież pisarz – sprostowała ta od Sakury ze złośliwą intonacją. – Ależ skąd! Lekarz. Teraz jest lekarzem i nasza droga klientka potrzebuje willi dla całej doktorskiej rodziny. – Szturchali się ramionami jak zdurniałe dzieciaki. To oczywiste, że mnie z kimś pomylili. Muszę im to wytłumaczyć, ale nie dopuszczali mnie do głosu, nakręcając się coraz bardziej. – Ta willa chyba paniusi nie popasi, prychnęła matrioszka. Za mała! Za mało luksusowa! Jacuzzi jakieś odrapane. Nie ma odpowiedniego pokoju dla synka. I mąż muzyk nie będzie miał gdzie rzępolić. Pisarz! Pisarz tu nie popisze! To może chociaż pan doktor będzie zadowolony? – zasmarkana siąpnęła nosem szyderczo.

Uciekłam po kamiennej ścieżce, na której wciąż leżały oszronione liście, ale teraz wydawały mi się obmierzłe jak strzępki gnijącego mięsa”. 

Przegrane życie? Raczej drastyczny doświadczenie rozpadu iluzji, czy raczej wiary w możliwość wiecznego łudzenia się bez konsekwencji.

Cytryna w Trzy i pól godziny to rzecz niemożliwa. Dlaczego? Bo nie ma cudów i Tokio z roku 1924 i Warszawa roku 2021 to dwie różne bajki? Naprawdę? Czy postać z opowiadania Joanny Bator nie jest w stanie zachwycić się cytryną i widzieć jasno? Być może jest, ale nigdy nie odwiedziła księgarni, w przeciwieństwie do bohatera Cytryny, który w kultowej Maruzen układa wieżę z książek: „wyciągałem albumy, dokładałem inne, niektóre całkiem odrzuciłem, aż powstał osobliwy , baśniowy zamek, tu czerwony, tam błękitny. Wreszcie skończyłem. Lękliwie, opanowując lekkie drżenie serca, położyłem cytrynę na samym szczycie zamkowych murów. Dzieło było gotowe”. (s.50)

Kobieta w Trzy i pół godziny nie buduje zamku z książek w księgarni. Samotnie idzie przez mroźne, zaśnieżone przedmieścia: „uniosłam twarz. Śnieg wciąż padał […]. Położyłam się i objęłam ramionami, choć trzymałam w nich tylko pustkę […]. Patrzyłam w górę z zachwytem, czując, jak robi mi się jeszcze cieplej, spokojna, że w każdym z mieszkań i domów, jakie oglądałam przez ostatnie lata, wiąż toczy się moje życie”.

No cóż, cuda się jednak zdarzają. Śnieg i cytryna mają taką samą moc iluzji umierania, jaką łudzi nas w niepokojących wędrówkach ku nieokreślonemu.

Wszystkie  cytaty za:
Cytryna, Motojiro Kajii, wyd. Tajfuny, 2020, s.91.
Trzy i pól godziny, Joanna Bator, w: Pismo Magazyn Opinii, czerwiec 2021, s.6-14.

Zbyszek Kruczalak