Czy potrafię czytać, a jeśli tak, to na ile?
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

„Stateczny, pulchny Buck Mulligan wynurzył się z wylotu schodów, niosąc mydlaną pianę w miseczce, na której leżały skrzyżowane lusterko i brzytwa”.

Jedno zdanie, a tyle możliwości rozumienia. Jeśli do tego jest ono pierwsze w szeregu, ilość odczytań rośnie, między innymi dlatego, że zaraz po nim jest kolejne, a potem jeszcze następne. Mamy sytuację zdania po zdaniu i w każdym jest jakiś sens i każde niesie znacznie. Niesamowite – zupełnie tak samo jak świadomość, nie nowa zresztą, że mówimy prozą. Ale żarty na bok, bo sprawa jest poważna.

Facet się, wynurza i niesie to, co leży. Skąd się wynurza, co niesie i gdzie oraz jak to leży? Mnóstwo pytań, które otwierają nas ku następnemu zdaniu w poszukiwaniu sensu, albo też jego przeciwności. Ale zanim do tego przejdziemy, jest tu jeden niepokojący imiesłów: skrzyżowane. Dlaczego lusterko i brzytwa są skrzyżowane, a jeśli już są, to po co? Wydawać by się mogło, że po nic, ale wystarczy spojrzeć w różne omówienia tekstu Ulissesa, żeby zwariować z wielopoziomowości i skomplikowania w nałożeniu wielu znaczeń zawartych w pozornie neutralnym i nieomalże banalnym wypowiedzeniu. No cóż, prawdopodobnie dlatego, a nawet na pewno dlatego, Ulisses Jamesa Joyce’a to arcydzieło, które zna każdy, mimo że ciągle są to tylko jednostki. A zetem alleluja i do przodu! Alleluja jest tu jak najbardziej na miejscu, bo już niebawem okaże się, że mamy tu swoiste, poranne misterium religijne, które funduje nam Mulligan:

„Żółty, nie przewiązany szlafrok powiewał za nim lekko w łagodnym, porannym powietrzu. Uniósł wysoko miseczkę i zaintonował:

– Introibo ad altare Dei.

Przystanąwszy zajrzał w głąb ciemnych, kręconych schodów i zawołał ochryple:

– Wejdź na górę, Kinch. Wejdź na górę, ty strachliwy jezuito”.

Nie trzeba gigantycznej mocy wyobraźni, żeby dostrzec, że bohater wciąga nas w grę, naznaczoną między innymi parodią, paradoksem i ironią, a wszystko to w kontekście porannych ablucji. Śpiewne zawołanie „idę do ołtarza pana” - w żółtym szaliku imitującym stułę, z miseczką w ręce uniesioną jak kielich mszalny - skierowane jest ku Kinchowi, czyli Stefanowi Dedalusowi. A stąd już prosta, albo jeszcze bardziej wyboista, droga ku odnalezieniu przyczyn skrzyżowania lustra z brzytwą i nazywania Stefana Kinch’em i jezuitą.

Po co o tym mówić? Z wielu przyczyn, między innymi takiej, że jeśli coś się nam wydaje jakieś, to wcale takie nie musi być. Idealnym tego przykładem jest tych pierwszych parę zdań z Ulissesa, które wprowadzają nas w świat wielopiętrowej interpretacji, do której potrzebujemy wykształcenia przynajmniej na poziomie, jaki James Joyce i jego literackie alter ego, Stephen Dedalus odebrali w jezuickiej szkole, bo też w jakiej innej mogli kształcić się w Irlandii owego czasu? Tak czy owak, żeby znaleźć zadawalającą odpowiedź na wieczne pytanie zadawane przez nauczyciele z bardzo niejezuickich szkół: - co autor chciał przez to powiedzieć? - musimy udać się do tekstów św. Tomasza, Platona, Arystotelesa, Homera, Owidiusza, Szekspira, Oscara Wilde’a, biblii, żeby wymienić tylko parę najważniejszych, oraz znać łacinę i grekę przynajmniej w elementarnym wymiarze.

Jeśli to wszystko jest nam obce, albo znane tylko z odległego słyszenia, to ciągle będziemy wiedzieli, że mówimy prozą, ale na tym nasza wiedza w zasadzie się skończy. A gdzie radość z czytania? W oczytaniu, w wykształceniu, w umiejętności konstruowania znaczeń i interpretacji, w przyjemności z pławienia się w wątkach, tropach, symbolach, nawiązaniach, metaforach, cytatach, przytoczeniach i tym wszystkim, czego nie można mieć bez tegoż nauczenia się. Nauka górą, pisarze do pióra, a my do książek!

Żeby nam było łatwiej i by nas uchronić od tego, co jezuicka szkoła fundowała swoim uczniom poza programem szkolnym, możemy udać się w podróż filozoficzno-literacką z najnowszą książką profesora Tadeusza Gadacza, która pozwoli nam rozejrzeć się wśród tych, których teksty mają znaczenie. Wiele z nich może zaprowadzić nas na skraj ciemnego lasu i zostawić nas tam w stanie przerażenia w poznawczym stuporze, ale nie ma złego, co by na gorsze nie wyszło, zatem:

„W życia wędrówce, na połowie czasu,
Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi,
W głębi ciemnego znalazłem się lasu”

w którym jednakowoż można odnaleźć drogę ku niebu, spełnieniu i szczęściu, oczywiście po uprzednim przejściu piekła i czyśćca. Dante podróżuje po zaświatach nie sam, ma przewodników: Wergiliusza, Beatrycze i świętego Bernarda z Clairvaux. My mamy profesora i jego wybór tekstów uporządkowanych tematycznie w opracowaniu zatytułowanym „Uniwersalne prawdy i prawa życia dla mądrych ludzi na trudne czasy”.

/Celem tej książki jest wydobycie celnych, ważnych, pouczających myśli, zarówno myślicieli minionych wieków, jak i współczesnych, na temat ważnych spraw i problemów, m.in. takich jak: ambicja, człowiek, kłamstwo, prawda, polityka, sława, sprawiedliwość, władza, zawiść. Są one zapiskami z moich własnych lektur, zapiskami, jak w takim przypadku, subiektywnymi. Można by oczywiście znaleźć też inne myśli i innych myślicieli. Można by ich wskazać więcej. To, co je łączy poprzez wieki, to uderzająca zbieżność. Dowodzi ona, że pod wieloma względami natura ludzka jest niezmienna. Dlatego na nasze wciąż aktualne pytania możemy szukać odpowiedzi u myślicieli przeszłości. Stwierdził kiedyś Luc de Clapiers, Marquis de Vauvenargues: „nową i oryginalną byłaby książka, która uczyłaby kochać stare prawdy/. (fragment wstępu) 

Zbyszek Kruczalak

Udostępnij swoim znajomym: