Czy rzeczywiście żyjemy w najlepszym z możliwych światów?
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Łatwo jest twierdzenie Leibniza zbyć ironicznym uśmiechem i oddać się jego krytyce, bo cóż to za najlepszość, gdy płoną lasy tropikalne, wysychają rzeki, w powietrzu jest dalekie od czystości, dziura ozonowa coraz większa, śmieci, szczególnie te plastikowe, są wszędzie i ani się spostrzeżemy, jak nas zaleją - a my, bez cienia refleksji, dalej chcemy więcej i taniej, napędzając kasę najbogatszym, a biednych wpędzając w jeszcze większą biedę. Ale profesor Leszek Kołakowski napisał przecież swego czasu w Kluczu niebieskim, albo opowieściach biblijnych zebranych ku pouczeniu i przestrodze":

"A jednak - powtarzam - [świat] jest naprawdę wielkim, imponującym dziełem. Dowodów na to jest dużo i jestem gotów przedstawić je w stosownej chwili. Faktem jest w każdym razie - co jest sprawą główną przy ocenie - że świat nadaje się do pewnej naprawy i że przy olbrzymich wysiłkach olbrzymiej masy ludzi można na nim dokonać malutkich zmian na lepsze; historia, wbrew wszystkiemu, daje pewne świadectwa przemawiające za takim poglądem".

Czy rzeczywiście i czy profesor nie daje świadectwa swoistej ułudzie, czy raczej utopii, która pozwala nam wierzyć w pewną logikę czy sensowność ludzkich działań? Ukazało się ostatnio mnóstwo publikacji na ten temat. Szczególnym przyczynkiem do Rozmów o przyszłości i zastanawiania się, w którą stronę zmierza świat, jest doświadczenie powszechnej pandemii, przed którą nie ma gdzie uciec. Nawet jeśli jesteśmy wyznawcami spiskowych teorii dziejów i zakładamy, że cała ta pandemiczna afera to blamaż, to przecież fakty są oczywiście oczywiste: poważne naruszenie relacji gospodarczych w wymianie handlowej, większe bezrobocie, znaczący wzrost cen, nowe sposoby komunikowania się, zdalne nauczanie, konieczność noszenia masek ochronnych, nowe regulacje dotyczące odległości między ludźmi i mnóstwo innych wymogów, którym musi ulec, jeśli dalej chcemy być częścią większej społeczności i t to praktycznie wszędzie, bez względu na kraj. Nieważne, czy to „Fałszywa pandemia – krytyka naukowców i lekarzy” czy prawdziwa, ważne są konsekwencje – a one są jak najbardziej rzeczywiste i namacalnie oczywiste.

Ludzie zawsze zmieniali świat, ale drastyczne przyspieszenie towarzyszy im od niedawna. Obie rewolucje przemysłowe dały początek niewyobrażalnym wcześniej zmianom w układzie społecznym, metodach pracy i wytwarzaniu dóbr. Trudno pozbyć się wrażenia, że w jakiś przedziwny sposób wracamy do szaleńczej w swej dynamice epoki pary i elektryczności, tyle, że w wersji elektronicznej czy raczej cyfrowej i niewiarygodnie zglobalizowanej. Pandemia z jednej strony spowolniła ów pęd ku nowemu (cięcia w projektach, zwolnienia grupowe), z drugiej zdynamizowała (niebywałe zyski firm tworzących oprogramowanie komputerowe, a także kompanii przewozowych).

Na czym jednakowoż polega owa zastanawiająca zbieżność między epokami przyśpieszenia gospodarczego i społecznych relacji? Jedna rzecz jest im wspólna i to bez względu na to, czy mówimy o wieku XVIII i XIX w Anglii, czy XX i XXI na całym świecie – jest to oczywiście rozwarstwienie społeczne. Każda z tych rewolucji, parowa, elektryczna czy cyfrowa powiększyły znacząco różnice między bogatymi i biednymi, ale to, co stało się obecnie, jest zupełnie niewyobrażalne. I mowa tu nie tylko o przepaści między krajami, ale przede wszystkim między mieszkańcami owych krajów.

Jak pisze Zygmunt Bauman: „w płynnej fazie nowoczesności władzę sprawują najbardziej nieuchwytni — ci, którzy potrafią przemieszczać się niezauważalnie”. Jak to robią, skąd się wzięli i dlaczego są przeźroczyści? Zajrzyjmy do artykułu Przemysława Wielgosza zamieszczonego w sierpniowym Piśmie:

„To nie ludzkość jest problemem, ale pewien historycznie ukształtowany system ekonomiczny. Żyjemy w erze kapitału i coraz ciężej chorujemy na kapitalizm. Najpoważniejszymi symptomami tej choroby nie są plastikowe słomki do drinków […] i odkręcona woda podczas mycia zębów, ale fakt, że wzrost globalnego PKB unosi łodzie zaledwie jednego procenta ziemskiej populacji, a rzekome wymogi ekonomicznej nowoczesności domagają się od nas rezygnacji z kolejnych dóbr wspólnych, zdobyczy politycznych i osiągnięć cywilizacyjnych”.

Pozostajemy w dyspozycji super bogaczy, którzy rządzą światem, czyli decydują o nas, a cały ten konstrukt późnego liberalnego kapitalizmu jest dziwnie podobny w rozwarstwieniu społecznym do tego, co było cechą charakterystyczną średniowiecza; niesamowicie bogaty zamek i potwornie biedne podzamcze. Pisze o tym w swej potężnej objętościowo pracy Kapitał i ideologia Thomas Piketty:

/Problem podziału dóbr jest ważny nie tylko ze względów historycznych. Od lat 70-tych XX wieku nierówności szybko i drastycznie wzrosły w bogatych krajach, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie koncentracja dochodów w latach 2000 – 2010 osiągnęła, albo nawet lekko przekroczyła, rekordowy poziom z lat 1910 – 1920. Kwestią podstawową jest zatem zrozumienie, dlaczego tak się dzieje i jak nierówności mogły poprzednio ulec zmniejszeniu. Oczywiście bardzo silny wzrost w krajach biednych i wschodzących, zwłaszcza w Chinach, stanowi potencjalnie potężną siłę redukującą nierówności na poziomie światowym, podobnie jak wzrost w krajach bogatych w czasie „wspaniałego trzydziestolecia. […] Czy świat roku 2050 lub 2100 znajdzie się w rękach maklerów, kadr zarządzających i posiadaczy dużych majątków, czy krajów naftowych, czy też może Bank of China albo rajów podatkowych, gdzie w ten lub inny sposób wylądują wszyscy ci gracze? Byłoby rzeczą absurdalną nie stawiać sobie tych pytań i zakładać, że wzrost będzie w naturalny sposób „zrównoważony” na dłuższą metę/.

Trochę inaczej na problemy naszego tu i teraz spogląda w swych książkach Yuval Harari, dając nam jednak pewne nadzieje i nie odzierając kompletnie ze złudzenia, że świat jednak, jak pisał profesor Kołakowski: nadaje się do pewnej naprawy i że przy olbrzymich wysiłkach olbrzymiej masy ludzi można na nim dokonać malutkich zmian na lepsze; historia, wbrew wszystkiemu, daje pewne świadectwa przemawiające za takim poglądem. Dlaczego? Harari uważa, że:

- głód, epidemie i wojny przestały być powszechne
- jesteśmy na prostej drodze ku osiągnięciu długowieczności, a może nawet nieśmiertelności
- potrafimy już farmakologicznie i za pomocą biotechnologii stymulować siebie i innych w takich doznaniach jak szczęście i satysfakcja.

Ale czy naprawdę?

Kontynuacja za tydzień.

Zbyszek Kruczalak