Czy to początek końca?
----- Reklama -----
Rafał Jurak

Rafał Jurak


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Cztery osoby nie żyją, Kapitol wygląda jak pobojowisko, wielu współpracowników prezydenta zrezygnowało z zajmowanych stanowisk, dotychczasowi sojusznicy otwarcie zaczęli zastanawiać się nad odebraniem mu władzy jeszcze przed inauguracją Bidena… a czym według pracowników Białego Domu najbardziej przejmował się w czwartek rano Donald Trump?

Brakiem dostępu do Twittera i Facebooka.

Potwierdziło to kilka osób wciąż jeszcze pozostających w jego bezpośrednim kręgu. Był wściekły, że nie może kontaktować się ze swymi adoratorami i uważał, że to zmowa, której celem jest ukrycie największej zbrodni stulecia, czyli przegranych przez niego wyborów. Mówimy o przywódcy wolnego świata, człowieku piastującym najpotężniejsze stanowisko, mającym wielką władzę i… i właściwie nie ma znaczenia, co napiszę dalej. Zdaję sobie bowiem sprawę, że nie potrafimy już cywilizowanie rozmawiać, nie jesteśmy w stanie pochylić się nad argumentami i oddzielić prawdziwe od fałszywych, że - jak powiedział jeden z senatorów, gdy po wieczornych wydarzeniach Kongres wznowił obrady - żadne słowa i argumenty nie zmienią czyjejś opinii na temat tego, co się dzieje, więc pozostaje uparte powtarzanie prawdy. Ale nie będę nawet próbował. Natomiast inna myśl przychodzi do głowy…

Czy tak ma wyglądać początek końca potęgi USA? Wspaniałego kraju, do którego od setek lat przybywają miliony osób w poszukiwaniu lepszego, bardziej dostatniego, bardziej sprawiedliwego, wolnego życia? Sceny, jakie rozegrały się w Waszyngtonie, były żałosne, ale również bardzo pouczające. Oto nasz dom, dotąd wielki i potężny, został obnażony przed całym światem. Wciąż pozostaje silny militarnie, mocny ekonomicznie. Ale chyba to wszystko.

W jednym z podsumowujących wydarzenia ostatnich kilku dni tekstów znalazłem takie zdanie:

"Coraz więcej alternatywnych dla Waszyngtonu centrów władzy na świecie, takich jak Berlin, Bruksela, a nawet Pekin, coraz częściej wydaje się bardziej ustabilizowanych, bezpiecznych, lepiej zarządzanych. Stany Zjednoczone, z 330 milionami mieszkańców, chronią dziś Europę mającą ich ponad 100 milionów więcej, ale głównie dlatego, że są bogatsze oraz chętniej przelewają krew i wydają pieniądze niezbędne do utrzymania statusu imperium. Jednak oglądając zdjęcie mężczyzny w rogowej czapce na głowie, bez koszuli i z pomalowaną twarzą, który wraz z innymi wdarł się do chronionego Kongresu podczas wspólnej sesji parlamentu prowadzonej przez wiceprezydenta najpotężniejszego podobno kraju na świecie, zaczynasz się zastanawiać, jak długo może to jeszcze potrwać?".

Pytanie to utkwiło mi w pamięci i przez długi czas nie chciało ustąpić innym myślom. Rzeczywiście, jak długo Stany Zjednoczone będą pełniły rolę światowego lidera? A co się stanie, gdy z tej roli zrezygnują lub zostaną jej pozbawione? Coraz więcej osób czuje i widzi, że ten moment zbliża się nieubłaganie.

Do tej pory USA kojarzyły się lub były postrzegane przez resztę świata jako coś wyjątkowego, dla wielu niemal mistycznego. W środę w dużym stopniu mit padł. Wyobraźmy sobie, jak wyglądałyby tutejsze komentarze po podobnych wydarzeniach w jakimkolwiek kraju europejskim. Teraz wyobraźmy sobie, że tam amerykańską środę komentuje się tak samo. Wiemy, że w krajach niezbyt przyjaznych USA atak na Kapitol oglądano z uśmiechem i pewnie otwierano szampana.

USA wciąż są potęgą. Jeszcze przez jakiś czas będą w stanie zniszczyć militarnie i ekonomicznie niejeden kraj. Ale inni już widzą, że są potęgą podzieloną, na chwiejnych nogach, a więc o wiele słabszą. Największym orężem tego kraju była ustabilizowana demokracja i istniejące zabezpieczenia systemu władzy. Przetrwały, ale okazały się słabsze, może dlatego, iż nigdy nikt tak naprawdę ich nie przetestował. W krótkim czasie zrobił to jeden człowiek, który nie był w stanie zaakceptować faktu, że większość wyborców nie chce, by swą pracę kontynuował. Nie mógł się pogodzić z faktem, iż jest pierwszym prezydentem od 78 lat, który w ciągu czterech lat utracił Biały Dom, Senat i Izbę Reprezentantów.

Szerząc demokrację w świecie właśnie pokazaliśmy, że sami nie potrafimy docenić tego, co mamy. W krótkim czasie zniszczyliśmy dorobek kilkudziesięciu administracji oraz setek lat doświadczeń i eksperymentów na tym polu. O wiele ważniejsze okazały się podrobione zdjęcia w internecie, kłamstwa i chęć wyrządzenia krzywdy innym. Bo nie ukrywajmy tego, podłożem ostatnich wydarzeń jest nienawiść i potrzeba kontroli.

Oczywiście wydarzenie to można potraktować jako dziki wybryk i precedens, który nigdy się nie powtórzy. Może jednak zapowiadać zmiany, które będą miały dalekosiężne konsekwencje. Bo wygląda na to, że żadna ze stron nie ustąpi. Kiedy słyszę słowa: "Powinniście liczyć się z 75 milionami uzbrojonych ludzi w tym kraju!" to zdaję sobie sprawę, że druga strona nie jest wcale uzbrojona w sikawki i jest równie liczna, jeśli nie bardziej. Myśl, co może się wydarzyć, jest przerażająca. Moim zdaniem - nikt nie musi mieć podobnego, ale proszę, by je uszanować, bo może się okazać, że mam rację - ostatnie 4 lata nie uczyniły Ameryki wspanialszą, ale dużo słabszą i podzieloną.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.