Herman Melville, a kwestia szklanki
----- Reklama -----
Zbyszek Kruczalak

Zbyszek Kruczalak


www.domksiazki.com

Udostępnij swoim znajomym:

„Ze wszystkich niedorzecznych opinii, jakie jedna część ludzkości posiada na temat drugiej, nic nie pobije krytycyzmów kierowanych pod adresem biednych przez tych, co dobrze jedzą, dobrze mieszkają i mają dobrze napalone w piecach.” (s.206)

Mamy, mniej lub bardziej intensywnie, zakodowane gdzieś głęboko w naszych głowach, iż szklankę postrzegać raczej powinniśmy w połowie pełną, aniżeli w połowie pustą. Taki sposób nastawienia do świata pozwala podobno dostrzegać rzeczywistość w pozytywnym kontekście i tym samym chronić nas od negatywności. Tak przynajmniej obiecują autorzy nieskończonej ilości poradników promujących, czy raczej uczących, umiejętności pozytywnego myślenia, które nie tylko powala nam otwierać się na to co lepsze i szczęśliwsze, ale także żyć zdrowiej i dłużej, a do tego zapobiegać popadaniu w różne dolegliwości i schorzenia, które mogą nami zawładnąć, jeśli przechylimy się w stronę negatywnych emocji, które tylko czyhają, żeby nas dopaść. Mistrzami tego typu konceptów jest nieśmiertelna Luise Hay i wiecznie żywy Joseph Murphy. Ich książki, Możesz uzdrowić swoje życie i Potęga podświadomości to bestsellery wszech czasów, nigdy nie znikające z półek księgarskich i zawsze popularne.

Ale jak się to ma do Melville’a, a jeśli już jakoś, to jak? Otóż jest jedno opowiadanie Hermana Melville’a, w nowo wydanym przez wydawnictwo PIW tomie Nowele i opowiadania, które pozwala nam założyć, iż autor miał specyficzny i niezwykle wyczulony sens tego, co określamy mianem bezkrytycznego narzucania na otaczającą rzeczywistość tak zwanej siatki zdarzeń, czy znaczeń pozytywnych, bez względu na kontekst i możliwości. Jeśli przyjrzymy się noweli Legumina biedaka i okruchy ze stołu bogacza (w nowym przekładzie Marcina Rychtera i Mikołaja Wiśniewskiego) i do tego weźmiemy w nawias czas powstania tekstu, czyli okres między końcem roku 1853 i początkiem roku 1856, to cała opowiedziana historia jawi się nam jako swoista krytyka, bezkrytycznego podejścia do tego, co nazywamy pozytywnym nastawieniem do życia. Dlaczego swoista, a nie po prostu krytyka? U Melville’a bowiem nic nie jest oczywiste i jednoznaczne. Wiele sensów skrywa się za pozornie nic nie znaczącymi wydarzeniami czy dialogami. Jego niebywałe oczytanie i zaangażowanie intelektualne w nowe nurty i kierunki w rozumieniu człowieka i społeczeństwa pozwala domniemywać, że również to opowiadanie skrywa w sobie więcej, aniżeli na pierwszy rzut oka dostrzegamy.

„Wydaje się (…) że Melville ma zwyczaj ukrywania w tekście kluczy otwierających drogę ku innym odczytaniom niż to, do którego explicite zachęca narrator. Gdzie ich szukać? W przelotnych odwołaniach czy to do historii, czy literatury, które na pierwszy rzut oka nie wnoszą nic istotnego do opowieści, w porównaniach i metaforach sprawiających wrażenie wydumanych, mętnych, bądź nietrafnych. Jest więcej niż prawdopodobne, że klucze te znajdują się gdzieś w rozbudowanych wstępach, które drobiazgowo opisują miejsce akcji, zupełnie jakby Melville chciał zniecierpliwić żądnego anegdoty czytelnika i skłonić go do pominięcia akapitu lub dwóch. Ze szczególną nieufnością powinniśmy podchodzić do puent, w których narrator podsuwa nam jakąś konkluzję lub przesłanie. Im bardziej natarczywie to robi, im bardziej jest patetyczny, tym większe prawdopodobieństwo, że mamy do czynienia z zasłoną dymną, a właściwe zakończenie nastąpiło już wcześniej”. Autor posłowia zwraca też uwagę, że w narracji opowiadań Melville’a „musimy zauważyć te momenty, które pozwalają się domyślić, że nie mówi on całej prawdy, nie dostrzega czegoś, co my mamy szansę dostrzec; te dziwne, dwuznaczne sformułowania lub niejasne sugestie; stwierdzenia pozostające w sprzeczności z tym, czego dowiadujemy się w dalszym ciągu opowieści; pozornie trywialne nieścisłości lub różnego rodzaju błędy, które popełnia narrator; niespodziewane zmiany rejestru językowego. Krótko mówiąc, Melville stosuje cały wachlarz strategii kojarzonych (raczej przez czytelników „Harper’s” i „Putnam’s”) z niewiarygodną narracją”. (za: Krzysztof Lubczyński, Labirynty, kamuflaże i klucze Hermana Melville, w: Trybuna.info)

Ale wróćmy do samego tekstu. Opowiadanie jest ascetyczne i klarowne. Nie ma w nim morza przymiotników. Oscyluje wokół dwu wydarzeń: wizyty w chacie biednego wyrobnika i uczty dla londyńskiej biedoty zorganizowanej z resztek po uczcie królów. W chacie narrator je tytułową leguminę biedaka, coś co powinno być pyszne, a jest skrajnie obrzydliwe w smaku i pochodzeniu.

„Porcja leguminy rozlała się po moim podniebieniu; była słona i czuć było w niej pleśń. Ryż, jak dobrze wiedziałem, był najgorszego sortu, który sprzedawali za półdarmo. Sól wzięto z beczki, gdzie trzymali peklowaną wieprzowinę. […] Gorzka i pełna pleśni jest „legumina biedaka”, pomyślałem zgnębiony, dławiąc się niemal tą jedną łyżką, której nie mogłem przełknąć.” (s.204/205)

W Londynie zaś bierze udział w dobroczynnym wydarzeniu, które jest kwintesencją hipokryzji bogatych wobec biednych. Tłuszcza chora z głodu i chorób rzuca się w traumatycznym szale na resztki ze stołu pańskiego.

Gdzie tu aluzje to pozytywnego sposobu myślenia czy modelu życia opartego na afirmacji albo samokreacji, tak charakterystycznych dla tego nurtu? O dziwo, są wszędzie i zawsze są traktowane przez narratora z nieskrywanym dystansem. Już Obrazek pierwszy zatytułowany Legumina biedaka zaraz na początku wprowadza nas w hipokrytyczny model postrzegania rzeczywistości w odwróceniu, to znaczy takiego, który nie dostrzega tego, co prawdziwe, a jedynie to, co chce lub pragnie się zobaczyć.

„Albowiem śnieg, który tu widzisz i który, wydawałoby się, nie powinien padać o tej porze roku, jest właśnie tym, czego potrzebuje biedny gospodarz. Nie bez powodu, taki miękki marcowy śnieg, co pada nim zakiełkuje zboże, nazywają „nawozem biedaka. […] Ale to nie wszystko – rzekł ochoczo Nudziarski. – Nie słyszałeś nigdy o „kroplach dla oczu biedaka”? – Nigdy. – Weź ten marcowy śnieg, roztop go i wlej do butelki, a nigdy nie stęchnie, zupełnie jak alkohol. Na choroby oczu nie znajdziesz nic lepszego pod słońcem” (s.195/196)

Intencje stojące za takim sposobem oglądu świata są zawsze takie same, bez względu na epokę, dlatego warto wziąć w nawias czas powstania opowiadania i czytać go bez odniesień do konkretów historycznych. Jakie to intencje? Chęć zafałszowanie rzeczywistości, budowanie pozorów równości, hipokryzja bogaczy wobec biednych, utrwalanie fałszywych relacji społecznych, aprobowanie drastycznych nierówności pod płaszczem akcji charytatywnych - Melville nie pozostawia nam złudzeń wpuszczając swego bohatera w dwa światy – chaty biedaka i uczty dla londyńskich nędzarzy.

***

Herman Melville – „Nowele i opowiadania”, przekład zbiorowy, posłowie i przypisy Adam Lipszyc i Mikołaj Wiśniewski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, str.654.

Zbyszek Kruczalak