Historia opluwania. Czy można kogoś opluć, a jeśli tak, to jak?
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Plucie nie wydaje się jeszcze czynnością opracowaną i zbadaną na tyle dokładnie, żeby wydać o nim książkę. Ukazały się już publikacje poświęcone smrodowi, śmiechowi, brudowi – o pluciu głucha cisza, a przecież wszyscy jesteśmy z nim za pan brat. Napluć, opluć , zapluć, wypluć, plwociny, charki, flegma – co za bogactwo określeń! Ale do czego zmierzam? Otóż plucie ma istotne znaczenie w historii Polski współczesnej i wydaje się, że w historii Polski w ogóle. Pokazuje nasz wyjątkowy, wzajemny stosunek sobie. Jako naród wyjątkowy, kulturalny, a do tego przepełniony chrześcijańskim, ultra katolickim uczuciem miłości do bliźniego, plujemy na siebie z nieskrywanym poczuciem misji. I nic w tym przecież dziwnego, bo jesteśmy narodem mesjańskim.

Wyjątkowo intensywnie, nieomalże namacalnie, przekonuje o tym Gombrowicz w nigdy do końca nieoswojonej pod polskimi strzechami Ferdydurke:

„W słynnym pojedynku na miny […] ważną funkcję pełni pewien zapomniany dziś przedmiot: Syfon (...) wybuchnął płaczem gorącym, żarliwym i szlochał, osiągając w ten sposób szczyt pokajania, objawienia i wzruszenia. Miętus też zaszlochał i szlochał tak długo i obficie, póki z nosa nie pojawiła mu się kapka - wówczas strząsnął ją do spluwaczki, osiągając w ten sposób szczyt obrzydliwości.

Jak wiadomo, ten gest Miętusa wyprowadził z równowagi Syfona, który próbował ratować sytuację, wystawiając do góry palec wskazujący. I choć cios wydawał się nieodparty, przeciwnik miał w zanadrzu coś jeszcze: Miętus natychmiast wystawił ten sam palec i napluł na niego, podłubał nim w nosie, drapał się nim, spotwarzał, jak mógł, jak umiał, bronił się, atakując, atakował, broniąc się, ale palec Syfona ciągle, niezwyciężony, trwał na wysokościach.” (za: S. Duda, Historia przedmiotu. Sztuka spluwania w: Wyborcza.pl)

Jesteśmy w pluciu super dobrzy. Mamy tony śliny w zanadrzu i nie skąpimy jej bo jesteśmy ludźmi z gestem i mistrzami w pluciu na różne odległości i różną mocą. Plujemy nie tylko literacko i gombrowiczowsko, ale też by ulżyć bliźniemu i zwilżyć mu twarz. Plujemy na polskich noblistów, polityków i prezydentów. Charczymy gęstą flegmą z wdziękiem i często zupełnie bezinteresownie. Po prostu to kochamy, bo jesteśmy kochanym narodem, aczkolwiek z dosyć skomplikowaną historią.

Wersja polska rozwoju dziejów każe nam raczej wierzyć, że absurd i brak jakiejkolwiek logiki czy elementarnego sensu jest zasadniczym wyznacznikiem w rozwoju dziejów, a osoby czy postaci biorące w tym procesie udział, kształtują go w taki sposób, by tę paranoję historii jedynie pogłębić. To poczucie w oczywisty sposób rodzi frustrację, często skutkującą koniecznością wyrzucenia z siebie śliny. Zawsze byliśmy przecież nie tylko pawiem, ale i awangardą narodów w działaniach, które miały co najmniej parę, jeśli nie kilkanaście różnych wersji interpretacyjnych, w których nic do końca nie było i nie jest jasne i oczywiste, w których przegrana jest wygraną i odwrotnie, a bohater może być jednocześnie antybohaterem – jakby tego było mało, nie przeszkadza to wierzyć Polakom, że są ze wszech miar wyjątkowi i naturalnie predystynowani do bycia heglowskim zwieńczeniem wszystkiego w dialektycznym rozwoju dziejów.

Okres od września 1939 roku do końca roku1945 jest czymś absolutnie niesamowitym w kontekście wydarzeń, postaci i sytuacji skupiających jak w soczewce „wyjątkowość” polskiej historii. Wprawdzie Alfred Jarry twierdzi w kultowym „Królu Ubu”, że „w Polsce, to znaczy nigdzie”, ale można śmiało sparafrazować to stwierdzenie, mówiąc że w „Polsce to znaczy wszędzie”, bo przecież odyseja wojenna i tuż powojenna Polaków zaczyna się od Rumunii i toczy przez prawie wszystkie kraje europejskie, żeby tylko wymienić: Francję, Hiszpanię, Portugalię, Anglię, Włochy – a także kraje Związku Radzieckiego, Persję, Palestynę, Stany Zjednoczone i wiele innych. A tam gdzie są Polacy jest i Polska z całym dobrodziejstwem tego wszystkiego, co na to pojęcie się składa, zatem plucie włączyć w ten fenomen musimy bez dwu zdań. Żeby nie być gołosłownym, wystarczy przytoczyć cudowne wydarzenie z nieodległej historii naszej, która, czy tego chcemy, czy nie, potwierdza i utwierdza nas w przekonaniu, że plucie na siebie to nasz narodowy sport.

W wojennym Londynie na przykład „podstawowe znaczenie miała opinia nowych gospodarzy i polscy politycy zawczasu starali się o poparcie Anglików. Na tym tle dochodziło do gorszących wydarzeń, takich jak konflikt profesora Kota z wiceministrem Zygmuntem Gralińskim. Panowie prowadzili wojnę podjazdową, aż wreszcie spotkali się twarzą w twarz na londyńskiej ulicy:

‘[…] zauważyłem idącego naprzeciw mnie pana Stanisława Kota - relacjonował Graliński. – Nie mając zamiaru osobistego zetknięcia się z panem Kotem, zdecydowałem się przejść na drugą stronę jezdni, pan Stanisław Kot przystanął i zwracając się w moją stronę, splunął kilkakrotnie w moim kierunku i głośno krzyknął pod moim adresem >>Wstrętny tchórzu, świnia jedna, łajdaku>>. – Nie chcąc wywoływać zajścia […] powstrzymałem się niebywałym wysiłkiem od bezpośredniego zareagowania na doznaną obrazę’” [Sławomir Koper, Polskie piekiełko, s.179/180]

Jeśli weźmiemy pod uwagę wojenny kontekst owego obezwładniającego zdarzenia (tragedię rodaków pod okupacją, łapanki, rozstrzeliwania, zesłania do obozów koncentracyjnych, łagrów, śmierć głodowa w stepach Kazachstanu i na Syberii, kaźnie Pawiaka i Montelupich), to trudno pozbyć się wrażenia, że mamy szczęście do sensownych i umiejących wykorzystać moc swych ślinianek polityków, społeczników, naukowców oraz wszelakiego typu działaczy i aktywistów. Co zadziwiające nie przepadamy za tym, by inni nas opluwali i aby tego uniknąć wzywamy często na pomoc samego Pana Boga! A przynajmniej czyni tak Maria Konopnicka:

„Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz
Ni dzieci nam germanił,
Orężny wstanie hufiec nasz,
Duch będzie nam hetmanił.
Pójdziem, gdy zabrzmi złoty róg.

Tak nam dopomóż Bóg!
Tak nam dopomóż Bóg!

No cóż?

Zbyszek Kruczalak

Udostępnij swoim znajomym: