Historia słomą pisana
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Archetypicznym naznaczeniem naszej świadomości, w jakiś zadziwiający sposób, wolimy to, co regularne od tego, co takie nie jest. Przedkładamy harmonijne nad nieuporządkowane, a uporządkowane nad chaotyczne. Mamy głębokie, wielopokoleniowo dziedziczone przekonanie, że harmonia jest lepsza od dysharmonii i że świat w swej istocie, mimo pozornych zaprzeczeń, jest strukturalnie piękny, dobry i ma sens. Wiara w harmonijny układ rzeczywistości pozwala nam wierzyć, czyli łudzić się, że rzeczywistość, którą przeżywamy jest piękna i sensowna, że wszystko w niej ma jakiś cel, jakieś spełnienie. Czemuś służy poprzez bycie częścią czegoś większego. Jednym słowem poddajemy się iluzji wiecznej harmonii. Budujemy matematyczne modele kosmosu, które w cudowny sposób przewidują to, czego jeszcze nie możemy zobaczyć, ale co już możemy założyć. Nie ma jednakowoż wystarczających dowodów, że kosmos rozbrzmiewa muzyką nieskończoności i ma matematyczną strukturę, w której wszystko ma logiczne uzasadnienie. W zasadzie nie mamy żadnych niezbitych dowodów na cokolwiek, bo jak powszechnie wiadomo, każdy dowód można sfalsyfikować.

To archetypiczne przekonanie o logice kosmosu, tak dynamiczne dla kultury Zachodu, nakłada się w konsekwencji na wszystko inne, co stanowi wymiar naszego postrzegania rzeczywistości. W szczególności widać to w powszechnym założeniu, że historia ma swego ducha, który nadaje jej kształt, który my z kolei jesteśmy w stanie zracjonalizować. Dzieje zatem dzieją się z jakiejś przyczyny, mają swój konieczny przebieg i jakieś określone skutki. To dzianie się jednakowoż ma różne i niekoniecznie harmonijne wizualizacje. Można sobie je wyobrazić jako okrąg wiecznej powtarzalności i nieustannego powrotu, po którym się przewijają, albo jako spiralę, która wznosi je na wyższy poziom, ale też, co nie jest wcale tak trudne, można założyć, że wydarzenie historyczne stanowią zbiór kompletnie przypadkowy, w żaden sposób niedeterminowany przez kategorie przyczyny i skutku, po prostu chaotyczny.

Historia Polski wyraźnie narusza tę pierwotną mantrę, w której Europa zakochała się od swych greckich początków, a która nieustannie powtarza, że to, co harmonijne jest piękne. To, co rozumne daje nam poczucie sensu. Ale dlaczego tak się dzieje i co znaczy Harmonia mundi?

Jak pisze Bohdam Pociej w eseju „Harmonia mundi”:

/Dla dzisiejszego historyka-paleografa-archiwisty, poruszającego się jedynie w zakresie swojej dziedziny, pojęcie Harmonia mundi pozostanie zapewne tylko przedmiotem pojęciowych klasyfikacji i ewentualnie obiektem badań historycznych. Niczym więcej. Nie będzie jednak nigdy takim dla ludzi, którym historia naszej śródziemnomorskiej kultury - od czasów starogreckich - otwiera liczne i coraz silniej bijące źródła duchowego życia, intelektualnej energii, artystycznej siły. Dla mnie hasło "Harmonia mundi" dźwięczy żywo, brzmi aktualnie, ożywia wyobraźnię, działa na intelekt, pobudza myśl […]. Lecz jak w końcu owa "harmonia" ma się do "świata" w dzisiejszym (filozoficznym?) tego świata pojęciu? Najpierw jednak przypomnijmy, co znaczy w ogóle pojęcie harmonii.

Proporcjonalność, symetria, zgodność, współgranie, współistnienie, współdziałanie; współrozwój: z całostek - w ramach całości, z elementów - w polu struktury, z komponentów - w zakresie formy; doskonałe dopełnienie w wymiarze czasu i przestrzeni. Harmonia w znaczeniu estetycznym jest tajemniczą energią (siłą formy?), dzięki której elementy, komponenty, składniki, cząstki, całostki wiążą się w całości. Tu zresztą samo pojęcie harmonii jest szerokie i zróżnicowane: istnieje harmonia klasyczna doskonałych proporcji, tożsama (synonimiczna) z greckim pojęciem symetrii; to jest pojęciowe centrum, rdzeń pojęcia harmonii; taka harmonia w sztuce (architektura, muzyka, malarstwo, rzeźba), bliska ideałom antycznym, znamienna jest zwłaszcza dla czasów renesansu/.

Dlaczego zatem polskie współistnienie skrzeczy, parafrazując Wyspiańskiego, w swym chaotycznym, niemożliwym do racjonalnego ujęcia kształcie? Czy polska dysharmonia powinna być raczej wdzięcznym przedmiotem badań dla psychoanalityków i psychiatrów, niż historyków czy historiozofów? Ale niby dlaczego? Z bardzo prostego powodu, który można by określić znowu za Wyspiańskim: niemożnością przerwania chocholego tańca. To poruszanie się w amoku weselnego orszaku donikąd jest czymś nie tylko głęboko frustrującym, ale tak absurdalnym, że aż fascynującym. Polskie dzianie się w czasie wymaga głębokiej analizy psychiatrycznej, inaczej owego szalonego tańca nigdy nie uda się zracjonalizować.

Co w historii Polski jest chochole? Głównie słoma! Historia Polski bowiem słomą stoi. Jak i w jaki sposób? Strukturalny. Zapalamy się do czegoś tak szybko jak słoma, słoma wystaje nam z butów, słomiane są też nasze sojusze i słomiano nam w głowach. Niestety nie wygląda na to, żeby słomy nam szybko zabrakło. I nie byłoby w tym nic złego ani nadzwyczajnego. Można by pewnie znaleźć, ku pokrzepieniu naszych płonących słomianym ogniem serc, wiele innych narodowych historii słomą pisanych, ale co by z tego wynikało? Prawdopodobnie niewiele. Skoncentrujmy się raczej na samych sobie, a raczej na swoiście polskiej asymetrii we współdziałaniu. Przykładów asymetryczności jest morze, przytoczmy tylko dwa:

/[…] zauważyłem idącego naprzeciw mnie pana Stanisława Kota – relacjonował wiceminister w emigracyjnym rządzie Zygmunt Graliński. – Nie mając zamiaru osobistego zetknięcia się z panem Kotem, zdecydowałem się przejść na drugą stronę jezdni, pan Stanisław Kot przystanął i zwracając się w moją stronę, splunął kilkakrotnie w moim kierunku i głośno krzyknął pod moim adresem  >>Wstrętny tchórzu, świnia jedna, łajdaku>>. – Nie chcąc wywoływać zajścia […] powstrzymałem się niebywałym wysiłkiem od bezpośredniego zareagowania na doznaną obrazę/. (S. Koper, Polskie piekiełko, s.179/180)

„ […] generał Sikorski, zamiast słuchać uważnie, przez większość spotkania sam się skarżył, jakie kłody rzucają mu pod nogi przeciwnicy. Oni nie byli wcale tak zainteresowani tym, co się w Polsce działo – oceniała po latach Elżbieta Zawadzka, jedyna kobieta w gronie Cichociemnych.

- Służyli Polsce, ale kraju nie rozumieli. Żyli w Londynie prywatnym życiem, mieli swoje kawki, swoje śniadanka, wszystko, a myśmy w Polsce nie mieli nic – wspominała”. (S. Koper, Bohaterowie i zdrajcy, s.303)

Kontynuacja za tydzień

Zbyszek Kruczalak

Udostępnij swoim znajomym: