Kto i jak rządzi światem, a jeśli już, to gdzie i po co?
----- Reklama -----
Zbyszek Kruczalak

Zbyszek Kruczalak


www.domksiazki.com

Udostępnij swoim znajomym:

Co za głupie pytanie! Oczywiście ci, którzy trzymają albo mają kasę. W jaki sposób rządzą i dla kogo? Kolejna, skrajnie głupio postawiona kwestia! Oczywiście rządzą tak, by zrobić dla siebie jeszcze większą kasę! Jakieś dowody? Jakieś przykłady? Zacznijmy od historii, które miały miejsce dawno, dawno temu, ale niekoniecznie za górami, za lasami. Przyjrzyjmy się niebywale skutecznej w zarządzaniu, najstarszej i tajemniczej korporacji wszech czasów, która nie tylko trzyma władzę i kasę, ale, co najbardziej zadziwiające, dokonuje tego prawie wyłącznie i prawie jedynie dzięki obietnicom, a nie konkretnym wyrobom, produktom, usługom czy czymkolwiek, co jest towarem, który można by ogarnąć wzrokiem, dotykiem, jakoś go zmierzyć czy namierzyć. Nic z tego. Co to za fenomen i jak to się robi, a przede wszystkim, co obiecuje, że tyle na tym zyskuje?

Przenieśmy się w okolice wieku XI. Dlaczego w tak odlegle czasy? No cóż, wtedy jeszcze nie wymyślono patriotyzmu, idealnego, propagandowego wehikułu wzajemnego zabijania się w imię i dla rządzących, ale było już coś takiego w świadomości Europejczyków jak wojna w imię Boga, a do tego w Rzymie zarządzał papież Grzegorz VII, którego zasługi w centralizacji papieskiej władzy i pomnażaniu wpływów i majątku niezależnie od instytucji świeckich, były i są nie do przecenienia;

„Grzegorz VII, sławny ze swojej reformy gregoriańskiej w Kościele oraz sporu o inwestyturę z niemieckim cesarzem Henrykiem IV, głosił rewolucyjną teorię o związkach laikatu z Kościołem, która – jak się okazało – miała bardzo poważne znaczenie dla klasy rycerskiej. Wykorzystując idee Pokoju i Rozejmu Bożego, papież Grzegorz pokierował śmiałą i głęboką interwencją Kościoła w sprawy świeckie. Według Grzegorza interesy Kościoła stały ponad wszystkim innym. Rolą laikatu, szczególnie rycerzy, było służenie tymże interesom, zarówno w świeckiej polityce, jak i w innych sferach. W razie konfliktu lojalność rycerza wobec Kościoła liczyła się bardziej, aniżeli wierność seniorowi i uzasadniała nawet ewentualne wypowiedzenie przysięgi złożonej temu ostatniemu. Umiejętnie posługując się feudalną frazeologią, Grzegorz VII oświadczył, że rycerze są wasalami Świętego Piotra. […]  Grzegorz wymagał posłuszeństwa od świeckich władców zarówno w sprawach światowych, jak i kwestiach religijnych, i aby to wyegzekwować, był gotów uciec się do zastosowania siły. Ludzie świeccy, którzy toczyli boje w imieniu papieża, byli milites Christi – rycerzami Chrystusa. Od stuleci Kościół niezmiennie głosił przesłanie pokoju, zgodnie z zaleceniem Świętego Marcina z Tours; /Jam jest żołnierzem Chrystusowym, mnie walczyć nie wolno/. Grzegorz VII odrzucił tę pacyfistyczną ideologię na rzecz teorii dwóch mieczów; papież jako następca Świętego Piotra dzierżył dwie bronie – oręż duchowy, którym władał sam, i inny, świecki, którym władali na jego rozkaz szlachcice i rycerze”.

Co za skuteczność, umiejętność zarządzania, a przede wszystkim zdolność analizowania sytuacji w taki sposób, by przyniosła ona maksymalne korzyści, czyli sprawność i sprawczość w generowaniu zysku. Co w zamian dla rycerzy Chrystusa?

„Grzegorz uciekał się w swojej perswazji nie tylko do argumentacji teologicznej. Dorzucił do tego wielce kuszącą zachętę: służba w roli żołnierza Chrystusa zostanie odpłacona całkowitym odpuszczeniem grzechów. Rzekł, że rycerz nie powinien uznawać świeckich władców za ważniejszych od papieża, /jako, że owi przyznają to, co marne i tymczasowe/, to jest ziemię i łupy, podczas gdy papież obiecał /wieczne błogosławieństwo, rozgrzeszenie całkowite/rycerzy. Ci którzy walczyli po stronie Grzegorza VII z Henrykiem IV, mieli uzyskać /błogosławieństwo [Świętego Piotra] w tym życiu, ja i po nim”. (za: Życie Średniowiecznego rycerza, Francis Gies, wyd. Znak, 2021, s.416)

Nie dosyć, że gigantyczne zyski i wpływy za nic (no nie do końca jednak za nic, w końcu obietnice odpuszczenia wszystkich grzechów i życia wiecznego to jest jednak coś, ale skoro coś, to co?), to jeszcze perwersyjne manipulowanie istotą, dosyć jednoznacznego w swej wymowie, przykazania /nie zabijaj/ - ale czego się nie robi dla kasy i władzy!

No właśnie – dla władzy – której żądza, jak żądza pieniądza, ma też fascynujący wymiar językowy, a jak wiadomo (albo nie) jest tylko to, co nazwane, tego co nienazwane nie ma. Niezwykle ciekawe przenikanie, czy raczej manipulowanie, językowym zasobem pojęć, określających i stanowiących repertuar słownikowy, specyficzny dla kategorii państwa i państwowości - konsytuacja, prawa człowieka, równość, prawo, wolność - zaczynał już wtedy wędrować w kierunkach korporacyjnego świata zysku za wszelką cenę, co przełożyło się na dzisiejsze techniki manipulacji w mechanizmach generowanych przez speców od inżynierii społecznej.

/Państwo niczym sklep z aplikacjami. Mogłoby się wydawać, że porównywanie korporacji cyfrowych do organizmów państwowych jest domeną publicystek. Tymczasem biznesmeni z Doliny Krzemowej sami sięgają po język polityki, niejednokrotnie zmieniając pola znaczeniowe słów definiujących życie społeczne. Mówią o wolności (danych), rewolucjach (technologicznych), radykalizmie (rozwiązań biznesowych), partycypacji (w wytwarzaniu treści), o wyrównywaniu szans (gdy tak naprawdę nie chodzi o dobroczynność, ale o poszukiwanie nowych „źródeł biznesu”). W efekcie wraz z granicami języka niepostrzeżenie zmieniają się granice naszej wyobraźni.

Działanie tego procesu od kuchni opisywał przed laty Evgeny Morozov w artykule dla magazynu „The Baffler”, analizując działalność Tima O’Reilly’ego – wspomnianego już wydawcy książek technologicznych, PR-owca i niestrudzonego organizatora licznych konferencji branżowych, który wypromował takie pojęcia jak web 2.0, open source czy „architektura partycypacji”. „Nasz język, podobnie jak wszystko w dzisiejszych czasach, został zhakowany” – ostrzegał pochodzący z Białorusi Morozov, czołowy (choć niezbyt lubiany w Dolinie Krzemowej) krytyk technologii. Po czym dodawał: „Wieloznaczne, kontrowersyjne i złożone idee zostały pozbawione subwersywnych konotacji i zastąpione prostszymi, bardziej błyszczącymi i pustymi zamiennikami; długotrwałe debaty na temat polityki, praw i wolności zostały przeformułowane w pozornie naturalnym języku ekonomii, innowacji i wydajności”. (za: Efekt domina, Piotr Fortuna, w: Pismo Magazyn Opinii, czerwiec 2021, s.74.)

No i co z tego? Komuś to przeszkadza? I tak i nie. Większość kupujących produkty korporacji, co przekłada się oczywiście wprost na niewyobrażalne zyski tych organizacji, jest kompletnie odizolowana od myślenia, nie mówiąc już o krytycznym myśleniu koncepcyjnym. Niewielka jednakowoż grupa konsumentów jest często dosyć drastycznie zdenerwowana traktowaniem owych legalnie funkcjonujących struktur businessowych jak osób (prawnych), szczególnie w momentach, gdy owe osoby nie płacą podatków, albo drastycznie zaniżają swoje zobowiązania podatkowe. Generalnie jednakowoż kochamy korporacje, bo przecież manipulują nami w taki sposób, byśmy je kochali, co wymyślił dawno, dawno temu i skutecznie wprowadził w obieg na wieki wieków papież Grzegorz VII. Nie obiecują nam one nam już wprawdzie odpuszczenia grzechów, ale nadzieja na życie wieczne nieustannie pozostaje kwestią otwartą!

Zbyszek Kruczalak

Wszystkie cytaty za:
Życie Średniowiecznego rycerza, Francis Gies, wyd. Znak, 2021, s.416.
Efekt domina, Piotr Fortuna, w: Pismo Magazyn Opinii, czerwiec 2021, s.74.