Miłość w wielkim mieście
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

„Nic innego nie zbliża nas do wielkości tak, jak te śmierci – te drobne, te fałszywe i te prawdziwe – na które godzimy się w imię miłości. (s.214)

Doznałem chwilowego olśnienia, całkowicie, jak się wkrótce okazało, błędnego i prowadzącego na interpretacyjne manowce. Cóż za rozczarowanie! Niedźwiedź z opowiadania „Każdy park na tej wyspie” zawartym w zbiorze „Ministerstwo moralnej paniki” Amandy Lee Koe, nie ma jednak nic wspólnego z niedźwiedziem z kultowego dwu-tekstu Hiromi Kawakami „Niedźwiedzi bóg”. A już się wydawało, że uda się znaleźć pewne wspólności między tekstem japońskim i singapurskim.

O czym jest zatem „Ministerstwo moralnej paniki”, skoro definitywnie nie jest o granicznych katastrofach, tych politycznych i tych naturalnych, które zmieniają rzeczywistość całych społeczeństw – co tak genialnie udało się w paraboli Hiromi Kawakami, na zaledwie kilkunastu stronach tekstu?

Co, nieomalże zawsze, jest tematem genialnej literatury? Oczywiście miłość! Tym razem w wielkim mieście, w tym konkretnym przypadku, miłość w Singapurze. Amanda Lee Koe obezwładnia nas nastrojem przytaczanych zdarzeń, a jednocześnie pozbawia złudzeń, jakie sobie roimy, gdy mówimy czy myślimy o miłości. Być może dlatego mamy ten swoiście nacechowany tytuł - Ministerstwo moralnej paniki - w którym mieszają się kategorie oficjalne (rządowe), etyczne (filozoficzne) i jednostkowe (traumatyczne). Wszystkie one są w jakiś sposób pochodnymi miłości, która w wielkim mieście ma swą specyfikę i swą dynamikę. Czas płynie tu inaczej, przestrzeń jest również drastycznie inna w swej ograniczoności wyspy i taka też jest miłość. Inna. Jaka? Dynamicznie obezwładniająca samotnością bliskości mieszkańców wielkiego miasta.

Amanda Lee Koe pisze o różnych miłościach, zawsze niemożliwych. Można odnieść wrażenie, że tęsknota różnych postaci jej opowiadań za choćby miłosnym muśnięciem jest czymś skandalicznie zdeformowanym i zdestruowanym. Niby chcemy, a przecież już nie potrafimy, nie umiemy. Wszystko wysuwa nam się z rąk. Zamiast miłosnego uniesienia doznajemy razem z bohaterami Amandy Lee Koe rozczarowania, obrzydzenia, odrzucenia i upokorzenia. Miłość w wielkim mieście jest miłością w odwróceniu. Może zatem trzeba by w opowiadaniach „Ministerstwa moralnej paniki” zwrócić się raczej ku czułości i odwrócić od miłości? Może, ale ta się nie dzieje.

W jednej z najbardziej poruszającej historii w tym wyborze, zatytułowanej „Karuzela i fort”, czytamy: „Kiedy tworzyłem Karuzelę, myślałem tym: o nieuchronnym, cyklicznym fiasku związków. O tym, jakie to krwawe. Jakie męczące. Jak uparci jesteśmy – my, to znaczy my wszyscy. Zwłoki koni kręcą się po podłodze, aż mięso przetrze się do kości. Są w ciągłej pogoni jedne za drugimi, ale zawsze będzie je dzielił ten sam dystans. Koliste rozmazywanie krwi po podłodze, końska padlina jako tępe, szczere narzędzie malarstwa. Malowanie krwią za pomocą ochłapu ciała, krwią, która zasycha warstwa na warstwie. Twa to, dopóki nie wykrwawimy się na dobre. To makabryczna, rozdzielająca celebracja porażki i wytrwałości, skazanej na porażkę wytrwałości albo, jak wolisz, wytrwałej porażki miłości, ukazana w pełni jej flaków i chwały.” 

Inne opowiadanie, Pionek, zaczyna się tak: „Delia należała do tych kobiet, na które wystarczy spojrzeć i od razu wiadomo, że nie dotknął ich nigdy żaden mężczyzna. […] A jednak zastanawiało ją, dlaczego jest sama”.

Tytuł kolejnego to „Miłość to żadna wielka prawda”, a w nim znajdujemy ten fragment: „Nie ma na świecie czegoś takiego jak ‘Nie mogę żyć bez ciebie; ty nie możesz żyć beze mnie’. Ziemia się kręci. Czas płynie. Ryż znika z misek. Co tu jest do udowadniania?” - no właśnie. Może rzeczywiście nie ma o czym mówić, skoro ersatz miłości można kupić za gadżety elektroniczne i drogie ciuchy?

Czy powinniśmy w związku z tym wpadać w bojaźń i drżenie i istotnie ustanowić czy powołać ministerstwo moralnej paniki? W tym samym opowiadaniu czytamy dalej: „Pierwszego poranka, kiedy zbudziłam się na podłodze, w głowie miałam te słowa, jak gdyby ktoś zostawił mi pod drzewami liścik napisany nieznaną ręką: samotność, to wolność”.

Wszystko to dzieje się w kontekście historii o zgwałconej, biednej dziewczynie oddanej, a raczej sprzedanej, do agencji pomocy domowej.

Opowiadania Amandy Lee Koe są na szczęście fascynująco niejednoznaczne. Jeśli już nam się wydaje, że złapaliśmy sensy za rogi, to one nam się zręcznie wymykają i oczywiste znowu staje się niejasne. Już w pierwszym opowiadaniu Flamingo Valley mamy do czynienia z wersją miłości, która nie przeminęła z wiatrem, a wręcz przeciwnie, trwa nawet w stanach demencyjnych bohaterów tej niezwykłe zwykłej historii. Podobnie sprawy się mają w, dosyć banalnej z pozoru, historyjce o uzależnionej od seriali telewizyjnych kelnerce i bardzo znanym aktorze owych popularnych produkcji. Zupełnie przypadkowe spotkanie w pokoju hotelowym przeradza się w historię kryminalną pełną absurdalnych podejrzeń.

„Na swój sposób zawsze był najważniejszym mężczyzną w jej życiu. Po tym, jak ojciec je zostawił, matka nie była z żadnym facetem dłużej niż dwa lata, za to chińskie seriale na Channel Eight leciały zawsze o siódmej i dziewiątej wieczorem”. To zresztą była chyba jedyna pewność w życiu bohaterki tegoż opowiadania zatytułowanego tak jak i serial „Król Caldecott Hill”.

Amanda Lee Koe ma niesamowitą umiejętność w posługiwaniu się metaforycznym, czy raczej parabolicznym skrótem. Jedna czynność, jedno zdarzenie, jedna postać definiuje często cały kosmos, całe ministerstwo, całą moralność i wszechogarniającą panikę. „Pisklę” ściskane w dłoni, aż do jego zmiażdżenia. Doprowadzenie do niemożliwego, doznanie niemożliwego i niemożliwego akceptacja, bez wyrzutów sumienia, ale z nacinaniem swego ciała:

„Ktoś cię kochał i siedział we wnętrzu twojej dłoni, a ty nie potrafiłaś przestać zaciskać palców. Jest tyle sposobów wykorzystania drugiej osoby, znacznie więcej niż sposobów okazywania szczodrości i miłości”.

W opowiadaniach Ministerstwa moralnej paniki w poszukiwanie straconych miłości udają się tylko kobiety.

Zbyszek Kruczalak