----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----
Anna Czerwińska

Anna Czerwińska


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij znajomym:

Minął rok, czy dobry rok? Chyba lepszy. Ciekawszy. Odblokowany (przynajmniej częściowo) z pandemii i dzięki temu bogatszy w wydarzenia teatralne. Jednak do spektakularnych nie należał, mimo zabiegów różnych. Sytuacja wymusiła konieczność serwowania kultury w inny niż znany i praktykowany dotychczas sposób. Większość wydarzeń przeniosła się do internetu. Ten zabieg ma z pewnością swoje korzyści. Szczególnie dla tych, którzy ze względów fizycznych czy ekonomicznych pozbawieni byli aktywności kulturalnej. Jednak większość z nas odczuwa już niechęć do hasła „w formie on-line”. Należę do tej grupy. Internet ułatwia mi życie, ale nie może go zastąpić, mówiąc w ogromnym skrócie. I po raz kolejny przekonałam się o tym porównując przedstawienie „Bal w operze” na scenie i na ekranie, gdzie ciekawa inscenizacja zamieniła się w mało interesujący film. Trafiłam też na prezentację on-line po próbie generalnej „Balu w operze”, zapraszającą do teatru. Mówiąc kolokwialnie „nie kupiłam tego”. Gdybym obejrzała taką „wstawkę” przed przedstawieniem, wyłączyłabym komputer, a przecież bardzo lubię – prywatnie, scenicznie również - wszystkich z teatru. Nie wnikam, czyj to był pomysł – do udanych nie należy i najgorsze jest to, iż nie jestem osamotniona w swojej opinii. Ciągle mam w pamięci marcowe przedstawienie „Balu w operze” i przy nim pozostanę, choć zdaję sobie sprawę, iż teatr nie jest powtarzaniem, a stawaniem się od nowa, wydarzeniem. Ale kolejne „stawania się” powinny być coraz ciekawszymi wydarzeniami. „Kwartet dla czterech aktorów” według Schaeffera, grany wielokrotnie, nie zawsze był wydarzeniem na miarę pierwszych prezentacji, zaskakujących i bardzo ciekawych. Kulminacją był sceniczny bałagan z dziesięcioma aktorami, wystawiony w teatrze, bez próby, „w trakcie tworzenia”. Miało być zabawnie, cało zespołowo i inaczej. Było, ale się nie obroniło, niestety.

100Teatr to nieuchwytna magia, to zależność między aktorem i widzem. Jedno nie istnieje bez drugiego. Teatr to poszukiwanie najróżniejszych form wyrazu, tworzenie obrazów, trawestacja słowa, pamiętając, że ono już jest wypełnione znaczeniem. Teatr to jest też jakość!

Mam wielki szacunek dla wszystkich zespołów walczących z wielkimi przeciwnościami. Mam też wielki szacunek dla potrzeb innych ludzi, a zwłaszcza dla potrzeby rozrywki, bo rozrywka jest rzeczą wspaniałą. Ale zadaję teraz pytanie: jak sądzisz, czy nasze teatry – w samym Chicago mamy obecnie pięć teatrów polonijnych dla dorosłych – dostarczają Tobie tego, czego naprawdę oczekujesz i pragniesz?

Dobór sztuki jest ważny, ale bardziej istotna jest przekonująca inscenizacja. Jeśli brud, wulgarność, obscena są ubrane w piękne słowa i to sprawia radość aktorom i widowni, spektakl jest wyzwoleniem od społecznych rygorów, rozrywką, hałasem, aplauzem. Dla wybranych w tym niewielkim środowisku.

Chicagowskie teatry to grupa zapaleńców, pasjonatów, cudownych ludzi, kochających wspomnianą magię teatru i usiłujących coś nam przekazać i pokazać, do czegoś nas przybliżyć, czegoś nauczyć. I trzeba zdać sobie sprawę, że nawet stały zespół skazany jest na martwotę czy bezstylowość, jeśli przez dłuższy czas będzie działał bez wyraźnego celu, czyli bez metody, bez szkoły. Brak na to czasu, warunków, niekiedy ochoty i pieniędzy, co nie jest bez znaczenia. W efekcie powstają przedstawienia, gdzie forma przerasta treść, a taką była „Najdroższa” z poezją już klasyczną Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Poetycki spektakl jest trudny, zarówno dla aktora, jak i dla widza. Nie wystarczy powiedzieć wiersz. Trzeba go zrozumieć, by umieścić w nim właściwe emocje. Scenografia ciekawa, acz nie przemyślana – może o to chodziło, by nie słyszeć, a widzieć, choć czasem się nie widziało i nie słyszało. Końcowa scena ślubu Baczyńskiego, wyrwana z kontekstu i pewnej chronologii zdarzeń, była zaskakująca, jakby z „ostatniej chwili”. Grochówkowa końcówka – smaczna, ale też niedopracowana, podobnie jak teatr cieni (uwielbiam tę formę), który stawił się cieniem na całości. Najlepsza pod każdym względem, choć smutna, to scena w kanałach. I tam były emocje!

Ktoś powie licentia poetica, w teatrze wszystko może się zdarzyć. To prawda, dlatego przyklaskuję, lecz coraz słabiej. Daję im szansę, bo działają w fazie początkowej. Jest potencjał, ogrom pracy, mnóstwo prób i… taka sobie końcówka, choć tekst często broni się fantastycznie. Nie najlepiej wypada też trzeci głos suflera na scenie, co w zasadzie jest niedopuszczalne, szczególnie wśród zawodowców. Ze zdziwieniem słucham na koncercie galowym wykonawcy piosenki aktorskiej, który nie potrafi nawet przeczytać tekstu, a co dopiero zaśpiewać. Niepokoi mnie też niedopracowanie „stolikowego” czytania czy zbyt wczesnego wyjścia na scenę z przedstawieniem „Dziewczyny po przejściach”. Generalnie - mogło być cudnie, było jakoś.

Aktywność polonijna w ostatnim roku cieszy, ale i zaskakuje. Liczne imprezy teatralne, poetyckie, literackie, w których udział biorą często te same osoby, zaczynają powoli tracić na jakości. Zbyt mało czasu na przygotowanie się do następnej prezentacji, tylko pod innym szyldem, powoduje brak prób, czytanie tekstów – co stało się regułą – bez przygotowania. Proponowałabym ilość zamienić w jakość, z korzyścią dla nas wszystkich. Sama doświadczam dylematów wyboru imprez kosztem zajęć domowych i pracy, że o koszcie „przyjemności” nie wspomnę. Podobno Kongres Teatru Polskiego w Chicago miał zająć się koordynacją teatralnych poczynań…

I tu mam kolejny dylemat/pytanie, na które nie potrafię sobie odpowiedzieć. Jaki jest powód powstania Kongresu Teatru Polskiego w Chicago i jakie są jego zadania. Nie wszystkie powstałe teatry utożsamiają się z Kongresem, nie chcą też brać udziału w kongresowych prezentacjach teatralnych. W ubiegłym roku gościem specjalnym Kongresu był polski aktor Marek Probosz, mieszkający w Los Angeles. Miła wizyta, choć kosztowna. Warsztaty teatralne, które prowadził, też drenowały kieszenie, stąd nikłe zainteresowanie. „Monolog Kordiana na szczycie Mont Blanc” Juliusza Słowackiego, mówiony do niemal pustej sali słuchało się sympatycznie, acz bez zachwytu, podobnie jak odczyt na temat twórczości Cypriana Norwida, przygotowany przez kogoś innego. Słabo to wypadło od strony widza, choć organizatorzy byli zachwyceni. I dobrze, ale w przyszłości przy takich sobie aktorach proponuję wstęp wolny.  

Jest w Chicago kilku zawodowych aktorów, dla których technika i reguły teatru są doskonale znane. Jest też grupa hobbystów teatralnych, bardzo zainteresowana sceną, odgrywaniem ról, staniem się aktorem/aktorką. Potrzebują nauczycieli na miarę swoich możliwości, potrzebują praktyki, wskazówek, jak pracować z tekstem, itd… itp… Nie mówię o stworzeniu szkoły, bo nie ma takich możliwości organizacyjnych ani finansowych. Ale mówię o odpłatnych (ceny winny być zadowalające obie strony) warsztatach teatralnych, prowadzonych przez tychże zawodowych aktorów dla uczestników nowo powstałych teatrów, by nie tracić czasu na próbach, tylko przygotowywać się do zawodu wcześniej, co znacznie usprawni pracę reżyserom. Może warto spróbować…

Wchodzimy w Nowy Rok. Jaki będzie, nie wiem. Wierzę, że lepszy, ciekawszy. Bardziej szczery, empatyczny. Oby…

Anna Czerwińska