----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----
Rafał Jurak

Rafał Jurak


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Dzieci wracają właśnie do szkół, sklepy odzieżowe zaczynają zmieniać asortyment na jesienno-zimowy, wyczerpaliśmy w większości nasze dni urlopowe. Choć to dopiero połowa sierpnia, to zaczynamy myśleć i zachowywać się w kategoriach końca lata i z obawą, strachem wręcz, wypatrywać pierwszych żółtych liści na drzewach. Niedobrze. W końcu przed nami jeszcze wiele ciepłych dni, może nie upalnych, ale bardzo przyjemnych. Nocy też. Weekendy wciąż sprzyjają rodzinnym eskapadom. Poza tym właśnie zdałem sobie sprawę, że nie usłyszałem jeszcze typowych dla lata dźwięków. Prawdę mówiąc, nie słyszę ich od lat.

Kiedyś w ciepłe dni okna we wszystkich domach i pojazdach były zwykle otwarte. To było w Polsce, daaaawno temu, więc oczywistym powodem był brak chłodzenia w budynkach i samochodach. No i powiew wiatru chłodził wtedy jeszcze.

Letnie noce spędzane były przy otwartych oknach, a jeśli nie, to od ich uchylenia zaczynał się poranek. Budził nas śpiew ptaków, odgłosy z mieszkania lub domu sąsiadów, a także zapachy przypalonego mleka, smażonego jajka i kawy zbożowej. Gdzieś zaszczekał pies, zapłakało dziecko, gdzieś nasmrodził przejeżdżający autobus, ktoś krzyknął na pobliskiej budowie, zapiszczały hamulce Trabanta. Trochę zbyt idyllicznie to zabrzmiało, więc wróćmy na ziemię - mnie zwykle budził kontrolowany przekaz o treści: "Wstawaj! Bo spóźnisz się do szkoły!". Dopiero potem docierały kwilenia ptaków, skwierczenie smażonych jajek i piszczącego od gorąca mleka. No i dymu papierosowego, bo palili przecież wszyscy, wszędzie i o każdej porze. Jak się człowiek zastanowi, to w tamtych latach od papierosów nie było ucieczki.

Latem głos niesie się daleko. Czasami docierała do nas jakaś kłótnia i potem zastanawiał się człowiek, czy to ci z psem na trzecim piętrze w bloku naprzeciwko, czy może sąsiad z parteru. Czasami taka ostra wymiana zdań przerywana była głosem z innej strony: Cicho tam! Zwykle z dodatkiem czegoś niecenzuralnego. Zaskoczeni i zawstydzeni faktem, że ktoś słyszał wewnętrzne pranie brudów, ludzie zwykle albo kończyli rozmowę, albo zamykali okno. Dziś zrobiliby awanturę zwracającemu uwagę, może nawet doszłoby do rękoczynów.

Gdy wczesnym popołudniem kończyła się szkoła, a dorośli jeszcze nie wracali z pracy, dzieciaki z całego sąsiedztwa wrzucały do domów tornistry i teczki, po czym atakowały okoliczne trzepaki, trawniki i drzewa owocowe. Na trzepakach można było poszaleć, na trawniku zagrać w piłę lub posiedzieć i powymieniać się komiksami, na drzewie zjeść jabłko, gruszkę lub mirabelkę. Ogryzki i pestki lądowały na dole, często na głowie przechodniów. Dzięki otwartym oknom słychać było ich przekleństwa lub dyplomatyczne próby wychowania młodzieży.

Innym dźwiękiem docierającym do wnętrz domów były rowerowe dzwonki. Zwykle jeździliśmy w grupach i zwykle dużo dalej, niż mieliśmy pozwolenie. Czasem organizowane były wyścigi, wtedy okazywało się, że młodzi ludzie uczą się od dorosłych nie tylko pięknych słów.

Letnie popołudnie to zapachy gotowanych obiadów. Trochę się one pokrywały, bo zagraniczne kuchnie nie były wówczas zbyt popularne i dominowały standardowe dania. Zwykle w powietrzu unosił się zapach smażenia, z tym że nie wiadomo czego, bo dominował zapach gorącego smalcu lub oleju. Mógł to być schabowy lub ryba.

No a kiedy już zakończyło się pichcenie posiłków i cienie zaczynały się niebezpiecznie wydłużać, zewsząd, z każdego niemal otwartego okna, balkonu i werandy rozlegało się głośne: Maaałgooosiaaa! Piootreeeek! Aaadaaaaś! Maaaaadziaaaa! Krzyyysieeeek! OOOOOBIAAAAD!!!!!!

Zmęczeni, brudni, szczęśliwi kilka minut tłumaczyliśmy się ze spóźnienia, co też czasami docierało do niepowołanych uszu.

Na zewnątrz robiło się ciszej nieco. Następnie dawało się usłyszeć dźwięki dobranocek i wiadomości. A nocą otulały nas świerszcze, miauczące koty i wciąż piszczące hamulce Trabanta. Czasami w te wszystkie dogłosy i zapachy wdzierał się dym z ogniska, pieczonej na nim kiełbasy i chleba. Lub gitara z pobliskiego parku i śpiew z sąsiedniego domu…stooooo laaaat….stoooo laaaat…

Choć nie jestem pewny, czy dałbym dziś radę bez chłodzenia w domu i samochodzie, choć czasami nadmiar obcych dźwięków potrafi poważnie uszczuplić zapasy cierpliwości, to jednak w jakiś dziwny sposób tęsknię za tymi dawnymi, wymieszanymi odgłosami i zapachami lata. Dziś siedzimy zamknięci w domach, słyszymy tylko popiskiwanie elektronicznych urządzeń. Każdy zapatrzony we własny ekran nie odzywa się prawie do innych, a zapach obiadu wsysają pochłaniacze dymu. Rozumiem, że każdy wiek ma swoje prawa, co kraj to obyczaj, wszystko się zmienia, etc. Jednak czasami czegoś mi brak.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.