Papierowa lawina
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----
Idalia Błaszczyk

Idalia Błaszczyk


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Chyba otworzę sklepik! Czym będę handlować? Oferta jest całkiem-całkiem.

A więc: łapacze snów, kartki świąteczne, urodzinowe i z wyrazami współczucia /ładne i w dodatku z kopertami/, papierowe ozdoby na choinkę, długopisy, notesiki, torby na zakupy, magnesy na lodówkę, mapy świata i kalendarze na przyszły rok, aniołki na łańcuszku i bez, monety prawdziwe albo nie - takie medaliony wydane z okazji, no i wielka kolekcja naklejek adresowych, ale tego chyba nikt nie kupi. Za to dzieci lubią się bawić innymi naklejkami, na przykład świątecznymi i tego też trochę mam. Dostawy tego 'towaru' mam codziennie, obojętnie czy i co zamawiam, czy nie, zawsze przyjdzie.

Skąd się to bierze? Z dobrego serca. Nie tylko w sezonie jesienno-zimowym jesteśmy zasypywani prośbami o pomoc. Różne organizacje dobroczynne, niedochodowe, oferujące wszelką pomoc różnym grupom potrzebujących zasypują nas dramatycznymi listami. Dołączone są zdjęcia ofiar różnych nieszczęść, dane statystyczne na temat głodu, chorób, niesprawiedliwości. I właśnie te rozliczne "prezenty". Wielu z nas ulegnie i odwrotną pocztą wyśle datek. Ulegamy rocznie na kwotę mniej więcej 430 miliardów dolarów! Datki w USA dostaje od nas około półtora miliona organizacji podpadających pod status dobroczynnych, zwolnionych od podatku. Trudno mi powiedzieć, czy do tych statystyk włączone są tez organizacje zbierające pieniądze międzynarodowo, pod szyldami UNICEF, czy ONZ na całym świecie.

Ulegamy wiec i odsyłamy czek. I co się wtedy dzieje? Nasza skrzynka pocztowa zaczyna puchnąć! Ofert przychodzi jeszcze więcej. Wyślesz czek szpitalowi, który ratuje dzieci za darmo? Natychmiast przyjdą oferty od innych tego rodzaju szpitali. Podarujesz grosz jednym, natychmiast zgłoszą się następni.

Jak to się dzieje? Oni handlują naszymi adresami! Sprzedają listy adresowe, albo się nimi wymieniają z innymi. Do kupienia są adresy pocztowe, mailowe, numery telefonów. I to jest legalne. Udział w tym procederze bierze też amerykańska poczta, która przecież te przesyłki dostarcza. Są specjalne firmy, które się tworzeniem i sprzedawaniem takich list adresowych zajmują. Bywa że uaktualniają je co miesiąc!

Oczywiście my klienci mamy możliwość domagania się, by naszego adresu nie podawano dalej, by wykreślono nasze dane z ich listy.... Ale jakoś nie dołącza się do oferty wsparcia informacji: pamiętaj, wyślesz nam czek, my sprzedamy twój adres pewnej liczbie podobnych nam organizacji.

Organizacje charytatywne, dobroczynne działają więc - w kwestii marketingu - tak samo jak różne inne, dochodowe biznesy. Zwłaszcza o tej porze roku staje się to nieznośne. Tradycyjnie Dzień Dziękczynienia, Boże Narodzenie, koniec roku to czas pomagania, wspierania, przygotowywania odpisów podatkowych. Więc jesteśmy nagabywani, żeby właśnie tym, a nie innym swoje dobre serce okazać. To jednak nie wszystko - mamy bowiem okres zapisowy, czyli czas kupowania ubezpieczeń medycznych na przyszły rok. Poczta dźwiga więc jeszcze tony ofert, chcesz czy nie chcesz, będziesz zapraszany na bezpłatne seminaria, lunche, wykłady... chyba że w tym roku zaproszeń będzie mniej, bo wiadomo - zaraza. Ale pandemia nie zniechęci firm ubezpieczeniowych do wysyłania nam informacji o ich ofertach, oczywiście najlepszych, najtańszych itd.

Zastanawiam się, jak ten system nękania ludzi przy pomocy poczty działa, czy też jak bardzo jest niedoskonały, skoro: każdy z nas tygodniami i miesiącami dostaje oferty od tych samych nadawców, choć nie reagujemy. Jak im się to opłaca? Liczą na to, że w końcu ulegniemy? Być może, a może nikt nie sprawdza skuteczności ich akcji wysyłkowych. Z pewnym zaciekawieniem przyglądam się działaniom poważnej firmy ubezpieczeniowej. Wysyłają mi oferty chyba od dwóch lat. Ciągle. Dostaję grube koperty wypełnione ich starannie przygotowanymi drukami. Pełno tam rubryk z moim nazwiskiem i adresem, czyli kłopotliwe to i denerwujące. Nie reaguję, oni ślą nadal. Podobną ciekawostką są oferty domu pogrzebowego... po hiszpańsku. Gdzieś wpadłam na jakąś listę i przepadło! Będą mnie ścigać aż do śmierci!

Uporczywe nagabywanie klientów nie jest więc wynalazkiem Internetu. W sieci po wielu tygodniach można jeszcze dostawać ogłoszenia np. firm obuwniczych, jeśli wykazaliśmy zainteresowanie. Nawet nie trzeba kupować, wystarczy popatrzeć na jakieś strony i przepadło. Będą nas nękać tak długo, aż zainteresujemy się czymś innym. I nie zmienią swej taktyki tylko dlatego, że my już te buty kupiliśmy! I to jest wiadomość pocieszająca - te wszystkie paradygmaty pocztowe czy internetowe nie są doskonale! Gnębią nas, jesteśmy zmuszani ciągle biegać do śmietnika z torbą makulatury, ale nie wszystko o nas wiedzą!

Ciekawym byłoby jednak sprawdzenie, ile te zmasowane ataki marketingowe przynoszą dobroczynnym szkody. Czyli - ilu potencjalnych darczyńców rezygnuje z datku, by nie stać się "adresem" na ich listach.

Idalia Błaszczyk
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.