Płakały po nim mazowieckie drzewa...
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Grupa Poetycka ARKA prezentuje, nr 394

Zbigniew Chałko

79Kiedy w Nowym Jorku zmarł Dylan Thomas, polski pisarz emigracyjny Wacław Iwaniuk napisał, że płakały po nim wszystkie walijskie drzewa. Kiedy umierał w Chicago warszawski liryk, były powstaniec, emigrant polityczny Zbigniew Tadeusz Chałko, chciałoby się powiedzieć, że nad tym zgonem użaliły się stare, kalekie wierzby, wysmukłe topole i klony rosnące na piaskach Mazowsza, że wołały za nim płaczliwie świerszcze, w trawach tej ziemi żyjące. A piewca Mazowsza i Warszawy umierał w mieście betonu i stali, w mieście, w którym pamięć o ludzkich zgonach zaciera ciągły pośpiech i gorączka codzienności. Odejście emigracyjnego twórcy przejść może bez większego echa, tym bardziej, że pogrążeni jesteśmy w oceanie innej mowy, obcej dźwięcznym słowom jego strof. A on sam, żegnając innego polskiego poetę, który zakończył swoje tułactwo tragicznym skokiem z okien nowojorskiego hotelu, Jana Lechonia, pisał: „... i dopadł go ten smutek gorzki i szary, smutek niespełnionych tęsknot, wygnania i tułactwa. Stał za nim, gdy w zamyśleniu dusza utęskniona wybiegała daleko – na wschód i podpowiedziała tragiczną metaforą, że oto wystarczy wszystkie bóle i troski, gorycze i ciężary zawierzyć kolumnie rozedrganego powietrza za oknem, aby się uskrzydlić i ptakiem do gniazda powrócić. By wrócić...”

Powracają do mnie dzisiaj, kiedy wspominam Zbigniewa Chałkę, owe słowa, które napisał o Lechoniu. Jakże podobna jest twórczość tych poetów, ich przeżycia i doznania, jakże inny jednak stosunek do losu, inne podejścia w walce z przeciwnościami. Lechoń, stojąc przed zdawałoby się problemami nie do pokonania, wybrał luksus śmierci. Chałko, zmagając się z ciężką dolą uchodźcy, walczący o utrzymanie rodziny, a później złożony ciężką chorobą, targany tą samą tęsknotą za krajem, podobnie jak Lechoń zapatrzony w odległą, daleką ziemię, której od chwili wyjścia z płonącej Warszawy nie oglądał, mężnie borykał się z przeciwnościami i zawsze zachowywał pełną godności postawę politycznego emigranta, formując jakże często oświadczenia i serwując opinie dowodzące ogromnej odwagi i niezależności intelektualnej.

Z artykułów i wierszy Chałki przebijają te same poglądy i wiara, jakie nosili w sercu powstańcy 1830 i 1863 roku, młodzi, którzy poszli w bój za Warszawę w 1944 roku i ci, którzy pokotem kładli się pod Monte Cassino. Nie ma co tutaj rozróżniać Polaków na pokolenia, szermować datami czy faktami historycznymi, cytować programy ideowe. Dzieje ukształtowały pewien specyficzny model Polaka patrioty. Czy to będzie Rejtan, Bem, Wybicki, Emilia Plater czy Traugutt – wszyscy należą do jednego grona szermierzy wolności. Do ich grona doszlusowali ci z ulic Warszawy 1944 roku, wśród nich – Zbigniew Chałko... Czy ignorowali przeszłość, czy nie liczyli się z rzeczywistością, czy istotnie porywali się z motyką na Słońce?

Łatwo dzisiaj wyrokować o tym, że jakiś wolnościowy zryw był błędem; trudniej natomiast było podjąć ryzykowne decyzje w momentach dziejowych zagrożeń. A Zbigniew Chałko taką decyzję podjął. Wraz ze swoim rodzeństwem, siostrą i bratem, pobłogosławiony przez matkę – brał udział w walkach na ulicach Warszawy. Wyszedł stamtąd w kolumnie jenieckiej i do kraju, zniewolonego przez komunistów, nigdy już nie wrócił. Dzisiaj podobna decyzja o dobrowolnym wychodźstwie politycznym zakrawa może na śmieszność. Zmienił się poważnie sposób myślenia Polaków, dawne kryteria patriotyzmu uległy poważnym zachwianiom czy wreszcie są przez nowe pokolenie ignorowane lub wręcz wyszydzane. Zbigniew Chałko patrzył ze swojego odosobnienia na karlenie emigracji, na upadek dawnych ideałów, nie rozumiał sposobu rozumowania nowych fal emigracyjnych. Sukcesu im nie zazdrościł – wstrzymywał się jednak z udzielaniem poparcia dla nowych programów, które zbyt często pozostawały w głębokiej sprzeczności z uznanym przez niego modelem polskiego patriotyzmu.

Czy był samotny? Chyba nie, bo to samo rozdarcie przeżywała większość jego przyjaciół, ludzie dzielący podobny los i uważający się za emigrantów politycznych. W tym małym, z upływem lat kurczącym się świecie Chałko znajdował nie tylko zrozumienie, ale i uznanie za swoją postawę niepodległościową. Był twórcą, którego nie można było kupić za medal reżimowy, za bezpłatne wakacje w Polsce, nie można było go skusić propozycją opublikowania książki w kraju. Trzymając się kurczowo wyniesionych z rodzinnego domu wartości, Chałko skazał się na banicję nie tylko z kraju, ale i z życia intelektualnego Polski. Do czasu, oczywiście. Poeta wierzył, że jego wiersze wrócą do kraju. I tak się stało. Ale wiara ta kosztowała go wiele lat nieobecności w nurcie naszej literatury nad Wisłą.

A na emigracji nie miał również lekkiego życia. Nie chcę plamić tego wspomnienia przypomnieniem bolesnych faktów i wymienieniem niektórych nazwisk – stwierdzę jedynie, że były chwile w życiu Zbigniewa Chałki, kiedy to środowisko Dziennika Związkowego, pisma Związku Narodowego Polskiego, któremu wiernie służył, boleśnie go skrzywdziło. Z tą krzywdą żył, stojąc w obliczu ciężkiej, śmiertelnej choroby.

                                                                   Edward Dusza