Po co nam literatura? A jeśli już po coś, to czy musi nas straszyć?
----- Reklama -----
Zbyszek Kruczalak

Zbyszek Kruczalak


www.domksiazki.com

Udostępnij swoim znajomym:

„Największym dobrodziejstwem na tym świecie jest fakt, że umysł ludzki nie jest w stanie skorelować całej swej istoty. Żyjemy na spokojnej wyspie ignorancji pośród czarnych mórz nieskończoności i wcale nie jest powiedziane, że w swej podróży zawędrujemy daleko” (H.P. Lovecraft)

Wygląda na to, że kwestia postawiona w tytule należy do całej serii absurdalnych pytań, które stoją w jaskrawej sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem i jest zadawane jedynie przez myślących inaczej. Ale co to w istocie znaczy, że coś jest absurdalne i sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem z punktu widzenia bezmyślnych? Czy rzeczywiście tak postawione pytanie przeczy powszechnemu przekonaniu o koniecznej, bezdyskusyjnej i bezwarunkowej potrzebie jej istnienia? Czy może jest po prostu pozbawione sensu?

No cóż, jak to w świecie literatury bywa, może być tak, albo tak. Dwa razy to samo „tak” w kompletnie odmiennym, zaprzeczającym sobie znaczeniu. Żyć przecież bez literatury nie możemy, ale zupełnie dobrze radzimy sobie także bez niej.

Opowiadamy sobie nawzajem historie od zawsze i to owe historie składają się na sens naszego istnienia. Przez nie rozpoznajemy siebie i nasze losy, nawet w tak przedziwnych w sytuacjach, gdy nie znany tekstu właściwego opowieści, ale przyjmujemy za swoją samą ideę owej opowiedzianej historii, czego idealnym przykładem jest ikoniczna, homerowska podróż Odyseusza do Itaki. Kto czytał Odyseję? Ktoś pewnie tak. Ktoś o niej nie słyszał? Ktoś pewnie nie. Czy Odyseusz podróżuje w naszych wyobrażeniach bez względu na to? Oczywiście, że tak. Czy znamy szczegóły tej podróży? Pewnie nie wszystkie, o ile w ogóle. Czy to nam przeszkadza mieć Odyseję w naszym wyobrażeniowym krwioobiegu? W żaden sposób nie przeszkadza!

Pozostaje postawić pytanie w odwróceniu? Czy możemy żyć bez Odysei? Absolutnie i definitywnie tak! Wielu ludzi nie ma o niej przecież najmniejszego pojęcia. Czy to im w czymś przeszkadza? Z całą pewnością nie. Czy ich życie i ich podróżowanie w poszukiwaniu sensu jest z tego powodu naznaczone jakimś brakiem? Jakąś niedoskonałością. Jakimś niedopełnieniem? Być może, ale nie dla nich!

Skoro zatem literatura jest dla jednych z nas absolutnie niezbędna do życia, a dla innych niekonieczna w życiowej podróży w nieznane, to zastawny tych ostatnich samych sobie i oddajmy się perwersyjnej przyjemności czerpania z poszukiwań odpowiedzi na pytanie postawione w tytule pytanie - po co nam literatura? – ale tylko w kręgu tych z nas, dla których to pytanie jest zasadne.

Jeśli uznamy, że literatura jest potrzebna, by służyć nam głównie jako lustro świadomości, to musi się w niej odbijać to, co się tam kłębi, a co to jest i co to znaczy? Wszystko! Opowieści, które czytamy, są przecież nam bliskie o tyle, o ile pozwalają nam się z nimi utożsamiać, odnaleźć w nich nas i nasze, odmienne stany świadomości. Często tak odmienne, że przerażające, aczkolwiek niekoniecznie tylko takie. Ale jest coś dziwnego i niepokojącego w naszym upodobaniu do czytania o tym, co mroczne i przestraszające, bardziej niż do tego, co jasne i uspakajające. Bo, trawestując cytowanego już uprzednio H.P. Lovecraft’a, czyż „życie nie jest doprawdy ohydne, na domiar złego zaś uchyla niekiedy zasłonę pozorów i odsłania przed nami przebłyski diabolicznej prawdy czyniącej je tysiąckroć ohydniejszym”?

Te mroczności w opowiadanych historiach mają różne oblicza, zależne od autora i miejsca, w którym to wszystko się dzieje.

Czy zatem literatura jest głównie po to, żeby nas przestraszać? Może nie głównie, ale w dużej mierze. Oczywiście sposób przestraszania i tegoż metody mogą mieć skrajnie różne, literackie realizacje. Inaczej straszy nas Stephen King w swym kultowym Lśnieniu, który w „pewnej chwili zdał sobie sprawę, że pisze o sobie. To może wydawać się dziwne, lecz król grozy, podobnie jak większość artystów, uzależniony był od wszelakich używek przy pisaniu. Powiedział, że pewnego dnia wrócił z pracy do domu, a na podłodze siedział jego syn Owen. Przed nim zaś znajdowała się sterta papierów, które wówczas były projektem nowej książki. Dziecko niechcący wylało puszkę piwa na nie, przez co nie nadawały się już do niczego. Wtedy wściekły ojciec, pod wpływem chwili, głośno nakrzyczał na syna i w tym samym momencie wpadł mu do głowy pomysł o ojcu alkoholiku znęcającym się nad swoją rodziną. W taki właśnie sposób powstało Lśnienie” (za:writerat.pl).

Inaczej robi Simon Beckett w Chemii śmierci, gdzie „psychopatyczny seryjny morderca ucieka z więzienia i zamierza dopaść tych, którzy dawniej uczestniczyli w śledztwie przeciw niemu i doprowadzili go przed oblicze sprawiedliwości. Doktor Hunter – pogrążony w osobistej tragedii – znów znajduje się w epicentrum wydarzeń. Zdaje sobie sprawę, że prawda o głośnej sprawie sprzed lat jest zupełnie inna, niż się wydaje” (za: nota wydawnicza).

Jeszcze inaczej przestrasza nas i niepokoi manipulowanie świadomością głównego bohatera, jakie dzieje się w niesamowitej Zbrodni i karze, Dostojewskiego. Tu dopiero mamy literacką jazdę po odmiennych stanach świadomości głównych postaci!

„Raskolnikow jest człowiekiem zupełnie innego pokroju, choć i on, jak większość bohaterów powieści rosyjskiego pisarza, ma swoją ‘ideę’. Jego zdaniem historia ludzkości dowodzi, że ludzie wielcy mają prawo popełniać czyny zbrodnicze - w zgodzie z własnym sumieniem. W istocie - według Raskolnikowa - ludzie dzielą się na dwie kategorie - sługi i panów, którym wszystko wolno. Panowie mają wręcz obowiązek forsować swoją wolę, tego bowiem wymaga od nich postęp ludzkości. O tym, czy jest się panem czy sługą, decyduje zdolność do czynu. Religia, która służy tylko utrwalaniu zastanego porządku, jest czymś wbrew naturze.

Tę myśl, której nie powstydziłby się Fryderyk Nietzsche (pilny czytelnik Dostojewskiego), Raskolnikow formułuje w artykule, wysłanym do jednego z petersburskich pism” (za: A. Kaczorowski, w: "Zbrodnia i kara" Fiodora Dostojewskiego - najbardziej współczesna z wielkich XIX-wiecznych powieści. A przy okazji pasjonujący kryminał).

Zupełnie inaczej przestrasza nas Ango Sakaguchi w niebywale pięknych i ociekających perwersyjnym wyuzdaniem opowiadaniach W lesie pod wiśniami w pełnym rozkwicie (cóż za tytuł!) i drugim zatytułowanym Wielkouchy i księżniczka długiej nocy. W noweli W lesie pod wiśniami… dzieją się rzeczy niewyobrażalne.

„Jej bohaterem jest rozbójnik mieszkający w górach i trudniący się okradaniem zamożnych podróżnych. Niczego się nie boi. Prawie, bo strach, który ociera się o niepojęte szaleństwo, ogarnia go, gdy znajdzie się w tytułowym lesie pod wiśniami w pełnym rozkwicie. Któregoś roku w tym czasie zabija bogatego wędrowca i uprowadza jego małżonkę, która okazuje się najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu widział. Choć rozbójnik miał już osiem żon, dla nowej wybranki zabija je bez mrugnięcia oka, ścinając im głowy mieczem. Potem zaślepiony miłością zetnie jeszcze setki głów, by zaspokoić kaprysy ukochanej. (za: Maria Fredro-Smoleńska, w: Vogue.pl)

Drugie opowiadanie jest nie mniej porażające. Młody rzeźbiarz staje do dworskiego konkursu. „Na widok jego olbrzymich uszu i twarzy przypominającej koński pysk księżniczka wybuchła pełnym szyderstwa śmiechem. Zrazu chciano go wypędzić, przekupić sakwą złota. Ale on został i zahipnotyzowany urodą córki naczelnika postanowił w zemście wyrzeźbić figurę demona”. (tamże)

Skąd ta mnogość i wieloznaczność „przestraszeń”? Z bajek?

Zbyszek Kruczalak