----- Reklama -----

Luxahaus Konfigurator Drzwi Zewnetrznych

(773) 205-0303

Zaloguj się
Subskrybuj

24 grudnia 2021

Udostępnij znajomym:

Każdego roku w okresie przedświątecznym pojawia się w mediach lista niebezpiecznych zabawek. To oczywiście wina mediów, że drukując ją nadają rozgłosu organizacji tworzącej zestawienie, w związku z czym kolejne święta bez takiej publikacji nie mogą być obchodzone. Zaklęte koło.

Spośród wymienianych na liście każdego roku kilkudziesięciu zabawek, producent wycofuje z rynku zaledwie jedną. Może dwie. Bo faktycznie coś w ich konstrukcji szwankowało i nie do końca była ona przemyślana. Wszystkie pozostałe sprzedawały się dobrze i nie były powodem okaleczenia, wybitego oka, czy połamanych kończyn u kilkuletnich dzieci.

Musimy zdawać sobie sprawę, że poczyniliśmy wielkie postępy w temacie zabawek i dziś naprawdę trudno jest znaleźć podobną do tej z początku lat 50. Poszukiwany przez rodziców przed świętami zestaw nosił nazwę "Laboratorium Energii Atomowej Gilbert U-238" i zawierał „ponad 150 ekscytujących eksperymentów” z licznikiem Geigera, komorą mgłową, spintaryskopem… i próbkami prawdziwej rudy uranu. Można śmiało założyć, że ten zestaw nie trafiłby dziś na półki sklepów z zabawkami i że na pewno nie był bezpieczny dla każdego, i nie tylko w określonych warunkach.

Dziś grupa ekspertów prowadzi teoretyczne rozważania dotyczące potencjalnych zagrożeń różnych przedmiotów. Ten klocek może nabić guza jak spadnie na głowę - czytamy w raporcie. No pewnie, że może. Jak się coć podrzuci, to spada. Jak spadnie na głowę, to boli. Jak zaboli, to drugi raz - niezależnie od wieku - głowy pod spadający przedmiot nie podłożymy. Według mnie lepiej, by pierwszą zabawką mogącą nabić guza był klocek, a nie kula do gry w kręgle.

W końcu jeśli malec ma sobie zrobić krzywdę, to nawet na prostej drodze może potknąć się o poduszkę rozłożoną na podłodze dla jego bezpieczeństwa. Wyrzucić z domu wszystkie poduszki!

Organizacja ta przypomina mi nieco osiedlowe rady mieszkańców. Gdy przed laty mieszkałem na takim osiedlu, podszedł do mnie szef rady i zasugerował, bym nie parkował motocykla na parkingu przed budynkiem.

Czemu?

Bo bawiące się w pobliżu dzieci mogą się na niego wspiąć i spaść na twardy beton albo, nie daj Boże(!), motocykl może się na nie przewrócić.

Grzecznie wysłuchałem tej sugestii i zapytałem o alternatywne miejsce do parkowania. Nie było takiego, więc pojawił się pomysł, bym dla dobra dzieci pozbył się motocykla.

Wtedy nie wytrzymałem i zakomunikowałem w miły, acz stanowczy sposób, że jak zobaczę jakieś dzieci bawiące się na motocyklu to sam im krzywdę zrobię. Temat został wyczerpany, nigdy nie powrócił.

Wracając do zabawek, to organizacja oceniajaca ich bezpieczeństwo bardzo mi tę osiedlową radę przypomina. Siedzą i myślą, bo innych zajęć nie mają, w jaki to sposób można sobie zrobić krzywdę w czasie zabawy.

Prawdę mówiąc, krzywdę można sobie zrobić wykorzystując do tego najbardziej niewinne przedmioty. Nawet piórkiem można się zakrztusić. Takim małym, które wydostało się z poduszki. Poduszka do śmieci!!! Oj! To już było…

Każdy w miarę rozgarnięty rodzic wie, że zabawy i zabawki należy dopasować do wieku dziecka. Wie również, by w młodych latach wszystko nadzorować, czuwać, pilnować. Nikt dwulatkowi nie da do ręki siekiery, noża, ani piły spalinowej. Raczej klocki, którymi przy odrobinie pecha można sobie nabić siniaka lub guza, albo ku rozpaczy dorosłych rzucić w nowy telewizor lub szklane akwarium.

Na zakazanej liście każdego roku pojawia się wszystko przypominające białą broń. To nic, że z bajki i ma zaokrąglone krawędzie, jest z miękkiej gumy lub pianki. Przy odrobinie wysiłku, kombinują eksperci, można sobie lub komuś krzywdę zrobić.

Mój syn dostał kiedyś taką rakietkę napędzaną czymś przypominającym nożną pompkę. Połączone są one ze sobą gumowym wężykiem. Następnie z całej siły depcze się pompkę, a sprężone powietrze wypycha rakietkę na wysokość kilkudziesięciu stóp. Re-we-la-cja!! Zabawa była przednia, wszystkim się podobało.

Oczywiście, zabawka ta znalazła się na liście zakazanych i niebezpiecznych.

Bo przecież w czasie, gdy jedno dziecko naciska pompkę, drugie może się nad rakietką pochylić. Nieszczęście gotowe, oka brak!

Mój komentarz do ich spostrzeżeń? Niech się, do cholery, nad rakietką w tym czasie nie pochylają! Lotką do badmintona też można w oko dostać.

Ale co będę snuł rozważania teoretyczne. Spiąłem rurki, pompki i rakietki, pochyliłem się nad całością i ile pary w nodze nacisnąłem. Walnęło mocno, fakt. Jednak do uszkodzenia ciała było daleko.

Nawet dla niedorozwiniętych rodziców, a takich nie brakuje, na każdej zabawce wielkimi literami i wyraźnie określony jest dopuszczalny wiek dziecka i mnóstwo ostrzeżeń. Tego nie wolno, tego robić nie należy.

Nawet jeśli, załóżmy, jakieś dziecko w nieodpowiedni sposób wykorzysta młot Thora i zdzieli kolegę, to za chwilę sam dostanie w podobny sposób. Lekcja pobrana, w przyszłości będzie uważał. Tak wychowały się kolejne pokolenia i jest to jedyny sposób poznania świata oraz konsekwencji nieprzemyślanych interakcji z rówieśnikami.

Oczywiście, że do wypadków dochodzi i często z udziałem niewinnych przedmiotów i zabawek. Musimy czuwać i odrzucać naprawdę groźne - choćby Laboratorium Energii Atomowej i jemu podobne. Ale w imię własnych obaw nie zabraniajmy bawić się innym.

Miłego weekendu

----- Reklama -----

MCGrath Evanston Subaru

----- Reklama -----

Obamacare po polsku 300 x 600

----- Reklama -----