----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----
Zbyszek Kruczalak

Zbyszek Kruczalak


www.domksiazki.com

Udostępnij znajomym:

"Wiele bliskoznacznych pojęć przyczyniło się do uczynienia z Labiryntu jednego z symboli mitycznych najbardziej płodnych i znaczących: istnienie w środku uświęconego obrębu talizmanu czy jakiegokolwiek przedmiotu zdolnego przywrócić zdrowie czy wolność narodowi; obecność bohatera lub świętego, który po odbyciu pokuty i obrzędach oczyszczenia, jakie prawie zawsze zawierają okres odosobnienia, przenika do labiryntu czy zaczarowanego pałacu; powrót, bądź to by założyć Miasto, bądź to by je ocalić czy zbawić."
[s. 223]

Tekst, napisany w roku 1950, budził ogromne dyskusje przez parę następnych dekad, inspirował artystów i filozofów, dyskutowany na seminariach uniwersyteckich, teraz odsunięty na boczny tor - między innymi z powodów pozaliterackich (polityczne, towarzyskie i osobiste preferencje, sympatie i upodobania), którymi obarcza się autora Labiryntu samotności, Octavio Paza, laureata Nagrody Nobla w roku 1980.

Dlaczego go cytujemy? Przedziwnym zbiegiem czytelniczych zawirowań objawia się on ni stąd, ni zowąd w tekście Kraina bliźniąt, Juana Pablo Menesesa, zamieszczonym w zbiorze Dziobak literatury – reportaże latynoamerykańskie w opracowaniu Beaty Szady. To tam przytacza się słynne „suche drzewo płonie lepiej” – swoisty manifest artystyczny, streszczający nadzwyczajną dbałość Octavio Paza o pozostawienie czytelnikowi inspirujących obszarów nie do określenia – „słowo ma ogromne znaczenie, nie warto go więc nadużywać”.

Labirynt samotności (El laberinto de la soledad) wciąga nas w zatrważający dyskurs sprzed lat, a jakby napisany wczoraj. Dlaczego zatrważający? Bo budzący bojaźń i drżenie? Być może, ale przede wszystkim otwiera nas ten tekst na nowe/stare postrzeganie tego, kim w istocie jesteśmy, a co zupełnie niezwykłe i szalone, nie nakłada się Labirynt samotności jedynie na Meksyk i Meksykanów, ale zadziwiająco, równie dobrze dopasowuje się do innych, w tym także do nas Polacos. Jakim cudem? Otóż cudem zatrwożenia powszechnością historii okrucieństw, w tym nade wszystko absurdem bezsensownych wojen i powstań, którymi ładuje się patriotyczne łgarstwa. Wspólną trwogą napełnia nas też fatalne podobieństwo lokujące się w nadzwyczaj mocnej pobożności katolickiej, która jest potrzebna, ale rozumu raczej nie zastąpi, jak zwykł mawiać Józef Tischner. Tych, mniej lub bardziej niepokojących, a przecież zbieżnych, analogii jest sporo. Dotyczą one nie tylko sfery społecznej, historycznej czy religijnej, ale też politycznej, co daje niesamowity efekt w zestawieniu doświadczeń istnienia zideologizowanego dla Mexicanos i Polacos:

„Rządy totalitarne tylko rozwinęły i upowszechniły tę sytuację za pomocą siły czy propagandy. Doświadczają jej wszyscy ludzie poddani ich władzy. W pewnym sensie jest to przeniesienie systemów ekonomicznych kapitalizmu na dziedzinę społeczną i polityczną. Masową produkcję uzyskuje się dzięki wyrabianiu oddzielnych części, które następnie łączy się w specjalnych warsztatach. Propaganda i totalitarne działanie polityczne - tak samo jak terror i represja - podporządkowane są temu samemu systemowi. Propaganda rozpowszechnia prawdy niepełne, seryjne i w częściach. Później te części organizuje się i przekształca w teorie polityczne, w prawdy absolutne dla mas. Terror podlega tej samej zasadzie. Prześladowanie stosuje więc wpierw przeciwko odosobnionym grupom - rasom, klasom, dysydentom, podejrzanym - aż wreszcie stopniowo obejmuje ono wszystkich. Na początku część narodu patrzy z obojętnością na zagładę innych grup społecznych lub przyczynia się do ich prześladowania, gdyż zdołano rozjątrzyć wewnętrzne nienawiści. Wszyscy stają się współwinowajcami i poczucie winy rozszerza się na całe społeczeństwo. Terror staje się powszechny: istnieją już tylko prześladowcy i prześladowani. Prześladowca, poza tym, bardzo łatwo przemienia się w prześladowanego. Wystarczy jeden obrót politycznej machiny. I nikt nie może wymknąć się tej okrutnej dialektyce, nawet przywódcy.

Świat terroru, tak jak i świat seryjnej produkcji, jest światem rzeczy, narzędzi. (Stąd bezowocność sporu na temat historycznej ważności nowoczesnego terroru)”.

Jeszcze bardziej tę meksykańsko–polską wspólność, jakby powiedział Gombrowicz „matczyznę”, widać w doświadczeniu bycia emigrantem, kimś innym gdzieś indziej. Można być rzecz jasna emigrantem poza granicami, ale równie dobrze można być wyobcowanym w granicach określonej przestrzeni, która zbiegiem różnych okoliczności, niekoniecznie militarnie zorientowanych, skazuje kogoś na samotność bycia innym. To oczywiście temat fundamentalny i tytułowy całego zbioru Octavia Paza, ale wróćmy do fatalnego zauroczenia autora dotknięciem syndromem emigranta, który nie był autorowi obcy. Wyobraźmy sobie pewną symultaniczność i oddajmy się skandalicznej symulacji w wersji meksykańsko-polskiej, łudząc się, że autor nie będzie miał nam tego za złe:

„Kiedy zaczynałem moje życie w Stanach Zjednoczonych, mieszkałem przez pewien czas w Los Angeles, mieście, w którym mieszka ponad milion osób pochodzenia meksykańskiego

[mieszkałem przez pewien czas w Chicago, mieście, w którym mieszka ponad milion osób pochodzenia polskiego].

Już od pierwszego spojrzenia zaskakuje podróżnego – oprócz czystości nieba i brzydoty rozrzuconych i wystawnych budowli – dziwna meksykańska atmosfera miasta, trudna do uchwycenia w słowach i do zdefiniowania

[zaskakuje podróżnego – oprócz czystości nieba i brzydoty rozrzuconych i wystawnych budowli – dziwna polska atmosfera miasta]

Ta meksykańskość – upodobanie do ozdobności, bałagan i wystawność, niedbalstwo, pasja i skrytość – unosi się niemal w powietrzu.

[polskość – upodobanie do ozdobności, bałagan i wystawność, niedbalstwo, pasja i skrytość – unosi się niemal w powietrzu]

Mówię, że się unosi, gdyż nie miesza się ona ani nie stapia z innym światem, ze światem północnoamerykańskim, powstałym z precyzji i skuteczności. Unosi się, lecz nie przeciwstawia; kołysze się poruszana wiatrem, czasem rozdzierana jak chmura, czasem dźwiga się jak wzlatująca rakieta. Czołga się, zagęszcza, kurczy, śni lub śpi, piękność w łachmanach. Unosi się; nie istnieje w pełni i w pełni nie znika. (s.11) […]

Coś podobnego dzieje się z Meksykanami, których spotyka się na ulicy.

[Coś podobnego dzieje się z Polakami, których spotyka się na ulicy]

Od reszty ludności odróżnia ich kłusowniczy i niespokojny wygląd istot, które się maskują, istot lękających się obcego spojrzenia, mogącego ich obnażyć i zostawić nagimi. Kiedy się z nimi rozmawia, dostrzega się, że ich wrażliwość podobna jest do wahadła, do bezsensownego wahadła, które kołysze się gwałtownie i bez rytmu. Ten stan ducha – czy też braku ducha – zrodził to, co zwykło się określać mianem pachuco. Pachuco nie chce wrócić do swego meksykańskiego pochodzenia; nie chce również – przynajmniej na pozór – wtopić się w życie północnoamerykańskie. […] Wszystko w nim jest impulsem, który przeczy sam sobie, splotem sprzeczności, zagadką. (s.12)

[Polaco/Pachuco nie chce wrócić do swego polskiego pochodzenia; nie chce również – przynajmniej na pozór – wtopić się w życie północnoamerykańskie. […] Wszystko w nim jest impulsem, który przeczy sam sobie, splotem sprzeczności, zagadką]

Trudno pozbyć się wrażenia, bawiąc się w te literackie symulacje, że obserwacja emigranckości u Paza niewiele odbiega o tej, którą rzucił w nas Gombrowicz w Trans-Atlantyku:

„Przeszłość zbankrutowana. Teraźniejszość jak noc. Przyszłość nie dająca się odgadnąć. W niczym oparcia. Załamuje się i pęka Forma pod ciosami powszechnego Stawania się... Co dawne, jest już tylko impotencją, co nowe i nadchodzące, jest gwałtem. Ja, na tych bezdrożach anarchii, pośród strąconych bogów, zdany jedynie na siebie.”

To stawanie się w kotle niedorzecznej historii, która skazuje nas na poszukiwania sensu w labiryncie absurdalnej samotności, drastycznie opisuje taż ikona meksykańskiej literatury Elena Poniatowska w powieści/reportażu I do sępów pójdę. Można mówić o Meksyku wszystko, ale nie to, iż jest to kraj spokojnej równowagi i powszechnego dobrobytu. Czym zatem jest Meksyk? Niebywałą kombinacją sprzeczności i braku balansu, nieustannym ścieraniem się kultur, języków i wszelakich wpływów obcych i swoich. Meksyk żyje, ale Meksyk równocześnie umiera!

U Poniatowskiej, której „Do sępów pójdę” (tytuł oryginału: Hasta no verte Jesus mio) opublikowano po raz pierwszy w roku 1969 mamy: magię i banał codzienności, nadnaturalność i totalną realność, miłość i kompletne jej zaprzeczenie w postaci nie tylko nienawiści, ale głównie strachu przed wymogiem kochania, mamy mit i mamy twardą rzeczywistość historyczną, mamy bajkowość i mamy wojnę, a do tego mamy kobietę/żołnierkę na wojnie (czy raczej nieskończonej ilości wojen, bitew i powstań) w otoczeniu okrucieństwa i powszechnej śmierci, mamy bogactwo i niewyobrażalną biedę, mamy radość i rozpacz. Udokumentowana historia Meksyku splata się z historią duchów i mesmeryzmu, dramat społeczny i polityczny Meksyku początków XX wieku z bajkową wersją dziejów tego niezwykłego kraju.

A co splata się w Labiryncie samotności Octavio Paza?

Wszystkie cytaty, jeśli nie zaznaczono inaczej, za:
Labirynt samotności, Octavio Paz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1991, s.227.

Zbyszek Kruczalak