„...panowała dziwna atmosfera przejściowości, wszyscy zatrudniali się tu jakby tymczasowo, tylko do chwili, aż znowu zacznie im iść jako tako życiowa karta. Ten dzień w oczywisty sposób nigdy nie nadchodził, a suma osobistych i systemowych marazmów ciągle rosła. Ale nam to nie przeszkadzało”. (s. 21)
Groteskowa i absurdalna miniatura Doroty Masłowskiej, zamieszczona jako druga w zestawie dziesięciu opowiadań w tomie Magiczna rana, wciąga w świat wykraczający poza normę. Wszystko w nim jest nie tyle na wspak, co na opak, ale zdecydowanie nie do góry nogami.
Metoda opisu rzeczywistości świata przedstawionego na opak, czyli w swoistej odwrotności, jest poprowadzona w tym tekście niezwykle precyzyjnie i bardzo konsekwentnie.
Hotel, który służy za dom schadzek, jest wysadzony w powietrze. Kawiarenka internetowa jest meliną dla bezdomnych. Impreza promująca centrum handlowe jest kompletnym niewypałem. Główna bohaterka opowiada historię swojej wielkiej, erotycznej namiętności, która prowadzi donikąd. Budowa wspomnianego centrum handlowego to przykład małomiasteczkowej korupcji.
Wszystko to zanurzone jest w atmosferze rozkładu, marazmu, obrzydliwości i obezwładniającej niemożności. Świat bohaterki, który poznajemy z jej punktu widzenia, ma wszelkie oznaki funkcjonowania pozbawionego sensu, ale świat ten jednakowoż jakimś cudem istnieje. Cudem wrodzonej ślepoty? Zgody na pospolitość, która skrzeczy? Z przyzwyczajenia?
Wszystko w tej miniaturze jest nie tyle absurdalne, choć absurd jest kategorią narracyjnie bardzo wyrazistą, ile groteskowe. Bezdomny facet, być może już martwy, którego spotykamy w kafejce internetowej, która nie działa, jest portierem z hotelu, który został wysadzony w powietrze, i jakby tego było mało, jest też ojcem koleżanki głównej bohaterki, który nie sprostał wyzwaniom transformacji ustrojowej, zafundowanej krajowi przez Balcerowicza.
Czy może być coś bardziej na opak? To zgęszczenie rzeczywistości oglądanej przez szkło drastycznie ją zniekształcające, ma jednakowoż wszelkie cechy realności: brud hotelu w skali hiperbolicznej, seks doprowadzony do granic namiętności, rozwalona budowa centrum handlowo rozrywkowego na dawnych terenach obozu koncentracyjnego, gdzie wśród śmieci walają się ludzkie szczątki, koncert celebrytów, który przeradza się w głupawą imprezę i jest totalną porażką.
Rękopis znaleziony w butelce po fancie to tytuł z dobrze osadzonym w literaturze motywem, aczkolwiek zdecydowanie nieodsyłającym czytelnika do kultowej Saragossy, bo żadnej szkatułkowości w opowiadanej historii nie ma. Co jest, to raczej motyw wiadomości zakorkowanej w butelce, która być może zostanie, ale raczej nie, kiedyś, przez kogoś, odnaleziona. Nie ma to zresztą dla nikogo żadnego znaczenia – postaci żyją poza czasem i śmiertelnością. Są, ale ich istnienie nie zakłada żadnego trwania, wręcz przeciwnie – są skazani na rozkład i w tymże się taplają.
„Ale nam to nie przeszkadzało. Dla nas zaniedbane miejsce tworzyło martwy punkt, abstrakcyjną nieckę, w której rzeczywistość nie mogła nas dopaść, bo jej tu po prostu nie było. Tu nikt nie próbował nas szukać i oceniać, dogadywać, jak to mają w zwyczaju postronni […]. W hotelu Encore znikaliśmy z radarów rzeczywistości…” (s, 21)
Zupełnie inaczej budują się znaczenia wokół tytułu całego zbioru, który zresztą pojawia się w tymże opowiadaniu i skupia w sobie skrajności. Owe skrajności to rzeczywista rana recepcjonistki z hotelu, która wbrew wszelkim znakom nie umarła i zawiaduje kawiarenką internetową, w obu miejscach epatując nacięciami na skórze, z których sączy się krew. Ale samookaleczenia to tylko jedna strona rany, druga to jej magiczny charakter:
„Ponieważ jednak od dłuższego czasu byłam pewna, że nie żyje, zdawało mi się, że peroruje do mnie trup. Jej przedramiona wyglądały jakby ktoś próbował zrobić z nich żywy tatar i nie było łatwo, ale się prawie udało. [...] To? - dodała z uśmiechem, wskazując na rozległy palimpsest głębokich, chaotycznych cięć – proszę się nie brzydzić, to magiczna rana. Nigdy się nie zrasta, ani nie goi. Zaklęte w niej cierpienie ciągle się odnawia, pobudzając i przynosząc nieskończone korzyści. Może pani poprosić o co bądź, a to się spełni. Paru osobom już się spełniło, a jeden tu pan wygrał nawet parę dni temu w Eurojackpota! Lekko bekając, wskazała w kierunku ściany, gdzie wśród śmieci i starych wypatroszonych na części IBM-ów zauważyłam dwóch zalegających pogrążonych we śnie, czy też może nawet nieżywych mężczyzn.” (s.29/ 30)
Śmierć, rozkład, poniewierające się wszędzie ludzkie kości, seks uprawiany w obrzydliwym, brudnym pokoju na pościeli ze śladami krwi i spermy, kaleka ze sztuczną, dziecięcą ręką, wyraźnie oderwaną z wystawowego manekina, wyleniałe, stare uniformy i łachmany, a do tego drogie, designerskie adidasy bezdomnego, czy złote buty celebrytów instagramowych tworzą atmosferę zupełnej paranoi w stylistyce literatury czarnego humoru z wyrazistą nutą cmentarną:
„W licznych uszkodzeniach sprzętów i zabrudzeniach ścian, zaniechaniu jakichkolwiek napraw przejawiał się zaraźliwy popęd śmierci, wyczuwalny zresztą wyraźnie w całej okolicy”. (s. 17)
w opowiadaniu Rękopis znaleziony w butelce pojawią się motywy (sztuczna ręka, adidasy, wycieczka na wyspy, portier), które odnajdujemy w innych tekstach zbioru Magiczna rama, a których kulminację spotykamy w ostatniej miniaturze. Ta kompozycyjna zabawa w wątki przechodnie, buduje nie tyle atmosferę spójności wszystkich opowiadań zbioru, ile narzuca idę całości, bez względu na to, gdzie poszczególna nowela się dzieje, czy to w hotelu, piekarni, na siłowni, w warszawskim mieszkaniu czy w Szwajcarii.
Jak pisze Kinga Dunin w recenzji książki:
/Za nic ma się tu tradycję i historię. Na pozostałościach obozu koncentracyjnego powstanie multicośtam. A influencerka, która wygrzebała w hałdzie piasku śmieszną macewę, pyta fanów o pomysły na DIY – co też z niej można zrobić? To świat brzydki, pokraczny i tandetny, a jeśli luksusowy, to też żałosny, bo to luksus na pokaz. […]
No to rzeczywiście, chyba nie pozostaje nic innego niż się pochlastać. Ale nie, skądże! Przecież u Masłowskiej to wszystko jest bardzo śmieszne, zaprawione sarkastycznym humorem i zabawną szyderą. I nie da się ukryć – fajnie napisane, z językowym słuchem. Groteska tragikomiczna. I naprawdę nie warto doszukiwać się w niej „wnikliwych diagnoz współczesności”. Nie boli, choć może powinna, bo nie jest obciążona żadną realną powagą. Obiecuje miło spędzony wieczór, może dwa. Guilty pleasure?/
Magiczna rana, Dorota Masłowska, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2024, s. 160
Zbyszek Kruczalak
www.domksiazki.com