----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----
Idalia Błaszczyk

Idalia Błaszczyk


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Syreny wyją, zbliża się tornado, albo kolejna nawałnica, burza, pioruny, więc - schodzimy do piwnicy. Jest też sąsiadka, bo akurat wpadła pożyczyć kapkę soli i wystraszyła się tych syren, to została z nami. Wiatr wyje, pioruny biją, ale jakoś tak nie za blisko nas. Wyglądamy przez piwniczne okienko.

- O, widzisz go? Tego z prawej, nawet grilla nie wygasił, taki odważny!

- Może głodny, czeka aż się mięsko usmaży?

- A ubrany dziś, czy świeci golizną? Bo wiesz, on lubi siadać tyłem do widowni, przodem do telewizora, który ma za firanką, w mieszkaniu, sam tu na patio grilla pilnuje i wypina się na nas.

- Jak to?

- No tęgi jest, jak się schyli, to mu dupencja ze spodenek wyłazi i przedziałkiem świeci!

- I on o tym nie wie?

- A co mu zależy... Żona razem z nim na tym patio urzęduje, to chyba przecież widzi.

- Polacy?

- Eee, nie chyba jacyś Rumuni, może Litwini.

- A wiesz, jeszcze nim wy się tu wprowadziliście, tam, obok, mieszkała taka jedna - a propos - Rumunka czy Mołdawianka. Ona miała taki zwyczaj, że odsuwała lekko okno balkonowe, wystawiała głowę i rękę z telefonem i tak rozmawiała! Ale nie tylko rozmawiała: ona tak wrzeszczała, że aż echo niosło. Ludzie z domów wypadali, nikt nie rozumiał, co ona tak wywrzaskuje, przerażające to było, bo jej wrzask tak brzmiał, jakby za chwilę miała odjechać, albo umrzeć nawet. Ktoś się zatrzymał pod jej domem, ktoś próbował do niej zagadać, ale nie reagowała. Z czasem zorientowaliśmy się, że ona tak ma, bo robiła to co parę dni. Tu u nas, nawet telewizora się nie słyszało, tylko te jej wrzaski!

- I co? Przestała?

- Wyprowadzila się.

- Halasy sąsiedzkie to jest zmora. Obojętne: dom czy mieszkanie. Tu jest taka jedna, ty jej nie widzisz od siebie, nasza, Polka. Jak siedzi na patio i rozmawia przez telefon, to dzieci trzeba do domu wołać. Takie wyrazy! Kiedyś zaczęłam słuchać, co ona tak klnie? I okazało się, że ona z własną matką rozmawiała! Przecież wie, że tu Polacy są, ale widocznie się nie wstydzi. A na początku, lata temu, wynajmowaliśmy apartament u takiej jednej Chinki. I przyszedł taki rok, ani się obejrzeliśmy, w naszej klatce pojawili się Meksycy. Ja wiem, poprawnie jest Meksykanie, ale myśmy wtedy chyba nie wiedzieli.

- I co? I co?

- Niby nic. Młode to było, dzieci mieli śliczne. Jedna, jak ją mąż chyba chciał bić, to do mnie zachodziła. Ona nie mówiła po angielsku, ani po polsku, oczywiście, ja nie znam hiszpańskiego, ale widziałam, że wystraszona, korzystała z mojego telefonu. Aż ktoś przychodził i ją zabierał. A ten jej mąż miał taki cudny zwyczaj, że głośniki wystawiał w otwarte okno balkonowe i grał, ile fabryka dała. W każdą niedzielę, od rana, mieliśmy koncert ich muzyki. Do dziś nie lubię, ale ciągle mam wrażenie, że podobna do naszej muzyki ludowej.

- No co ty?

- Wiesz, jest w tym coś takiego. Ale powiem ci o jeszcze jednych - to byli moi sąsiedzi z tego samego piętra. Też mieli jakiegoś kota na punkcie głośnej muzyki. Aż ściany - dosłownie - u nas drżały, a rozdzielała nas przecież klatka schodowa. Więc kiedyś pukam do nich. Muzyka ryczy, schody drżą. Nie otwierają. Chwyciłam za klamkę, drzwi puściły! Zaglądam. On siedzi z loptopem, coś czyta. Ona siedzi na dywanie z małym, chyba półtorarocznym dzieckiem, bawią się. Ryk niesamowity. A oni? Oaza spokoju. Nawet mnie nie zauważyli, nie zorientowali się, że ktoś do nich zagląda! Widocznie taki ryk szkodzi też na wzrok!

- I to byli też Meksycy?

- W każdym razie Latynosi.

- A myśmy mieli takich młodych sąsiadów, jankesów. Nie wiem, czy małżeństwo, ale młodzi byli, on jeździł taksówką, ona nie wiem co robiła i mieli ślicznego psa. Taki biało-czarny, z niebieskimi oczami. Taka rasa. Więc oni tego pasa wystawiali za balkon, na krótkiej smyczy i tam siedział i płakał. A jak się wyprowadzili, czy też zostali wyrzuceni, to okazało się, że dywan w sypialni był cały, no wiesz, zas...ny, ten pies widocznie nie był wyprowadzany!

- Ech, sąsiedzi, można w nieskończoność. Ale bez sąsiadów - kiepsko. My tu sobie przecież pomagamy. O, ci z lewej, pocztę nam odbierają, na lotnisko mnie kiedyś zawieźli.

- Moja sąsiadka cały sezon nam coś z ogródka znosi. Wczoraj dostałam wiaderko pomidorów. Swoje też mam, ale przecież nie odmowię.

-  A wolisz sąsiadów Polaków, czy nie?

-  Po tylu latach, to już chyba bez znaczenia, chociaż u mojej kuzynki, oni tam żyją jak rodzina, sami Polacy, to im trochę zazdroszczę. Mieli taką jedną, co jak tylko zaczęli odrobinę coś naprawiać, wiesz - stukać, pukać, bo to są townhousy, to zaraz na policję dzwoniła. To tak jej dokuczali, aż się wyprowadziła!

Alarm odwołany, tornado nie przyszło, można wracać do swoich zajęć. Sąsiadka poszła, o soli zapomniała, za chwilę pewnie wpadnie znowu. Muszę jej jeszcze opowiedzieć o naszych sąsiadach, tych z drugiej strony. On mi zawsze odśnieża, bo ma dobrą maszynkę, a dzieciaki jak były małe, to ja ze szkoły odbierałam, bo wtedy nie pracowałam. To prawda - jak rodzina!

Idalia Błaszczyk
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.