Stolik z drewna jabłoni, czyli autentyczne manifestacje świata duchów
----- Reklama -----
Zbyszek Kruczalak

Zbyszek Kruczalak


www.domksiazki.com

Udostępnij swoim znajomym:

Słowa całkowicie zadają gwałt rozumowi, wszystko mącą i przywodzą ludzi do niezliczonych jałowych kontrowersji i wymysłów” (F. Bacon, aforyzm XLIII)

Jakiś zapomniany mebel, zniesiony ze strychu i odnowiony, postawiono na powrót w mieszkaniu. Niby nic nadzwyczajnego. Zupełnie zwykłe wydarzenie. Zdarzyć się może zawsze i wszędzie i nic z tego nie wynika, poza tym, że mamy dodatkowy przedmiot w domu. Herman Melville pisze o tym opowiadanie. Jedno z najciekawszych i najbardziej nasyconych, mniej lub bardziej, ukrytymi znaczeniami.

Co może się skrywać, albo co po prostu kryje się za tym, zupełnie zwykłym, wydarzeniem, bo że jest to wydarzenie, nie ulega wątpliwości. To wokół owego stolika z drewna jabłoni nie tylko zbudowana jest cała akcja opowiadania, czy raczej noweli, bo tekst ma wszelkie cechy tego gatunku literackiego (jeden wątek, ostry punkt kulminacyjny, akcja skupiona wokół jednego elementu), ale to właśnie ów mebel staje się genialnym pretekstem do dyskusji z odwieczną ludzką predylekcją ku myśleniu magicznemu, czy raczej irracjonalnemu.

Jest czymś istotnie przedziwnym, że coś, czego nie rozumiemy, coś, co wykracza poza nasze myślowe horyzonty, z łatwością przerzucamy w rejony mózgu, gdzie rozum zanika, a rodzi się mitologia. Nie ma już praw logiki, nie ma racjonalnego analizowania sytuacji, nie ma żadnej empirii - po prostu unosimy się we mgle przesądów, domysłów i zasłyszanych konceptów, mających się tak do rzeczywistości, jak tytułowy stolik do świata duchów.

Herman Melville jest tu geniuszem odczarowywania zaczarowanego. W swej literackiej genialności i niebywałym talencie mówienia nie wprost o rzeczach istotnych, autor Moby Dicka wrzuca nas w sam środek dyskusji o sposobie, czy raczej metodzie oglądu rzeczywistości. Prowadzi nas zresztą przez meandry tej dyskusji w sposób niezwykle charakterystyczny dla jego literackiej metody zabawy z czytelnikiem. Przypomnijmy fragment z artykułu Krzysztofa Lubczyńskiego pod tytułem Labirynty, kamuflaże i klucze Hermana Melville’a:

/O „przewrotności, zwodniczości, podstępie, ukrytych kluczach i ścieżkach interpretacyjnych i „narracyjnych kamuflażach” – napisali Adam Lipszyc i Mikołaj Wiśniewski autorzy posłowia do zbioru [Nowele i opowiadania]: „Wydaje się (…) że Melville ma zwyczaj ukrywania w tekście kluczy otwierających drogę ku innym odczytaniom niż to, do którego explicite zachęca narrator. Gdzie ich szukać? W przelotnych odwołaniach czy to do historii, czy literatury, które na pierwszy rzut oka nie wnoszą nic istotnego do opowieści, w porównaniach i metaforach sprawiających wrażenie wydumanych, mętnych, bądź nietrafnych. Jest więcej niż prawdopodobne, że klucze te znajdują się gdzieś w rozbudowanych wstępach, które drobiazgowo opisują miejsce akcji, zupełnie jakby Melville chciał zniecierpliwić żądnego anegdoty czytelnika i skłonić go do pominięcia akapitu lub dwóch. Ze szczególną nieufnością powinniśmy podchodzić do puent, w których narrator podsuwa nam jakąś konkluzję lub przesłanie. Im bardziej natarczywie to robi, im bardziej jest patetyczny, tym większe prawdopodobieństwo, że mamy do czynienia z zasłoną dymną, a właściwe zakończenie nastąpiło już wcześniej”. Autor posłowia zwraca też uwagę, że w narracji opowiadań Melville’a „musimy zauważyć te momenty, które pozwalają się domyślić, że nie mówi on całej prawdy, nie dostrzega czegoś, co my mamy szanse dostrzec; te dziwne, dwuznaczne sformułowania lub niejasne sugestie; stwierdzenia pozostające w sprzeczności z tym, czego dowiadujemy się w dalszym ciągu opowieści; pozornie trywialne nieścisłości lub różnego rodzaju błędy, które popełnia narrator; niespodziewane zmiany rejestru językowego. Krótko mówiąc, Melville stosuje cały wachlarz strategii kojarzonych (raczej przez czytelników „Harper’s” i „Putnam’s”) z niewiarygodną narracją”/. (za: Trybuna.info)

Jak tych tropów szukać i jak odkrywać to, czego niby nie ma, a przecież jest najistotniejsze? Melville prowadzi z nami rzecz jasna grę, której reguły narzuca czytelnikowi, co jest oczywiste, bo przecież to on jest twórcą i stwórcą tej literackiej szarady.

Wszystko w tej stolikowej noweli zaczyna się tajemniczo i nastrojowo. Atmosfera pracowni alchemika czy czarnoksiężnika, co na jedno wychodzi, uderza nas już od pierwszych zdań opowiadanej historii:

„Gdy po raz pierwszy zobaczyłem ten brudny, zakurzony stolik w najciemniejszym kącie poddasza o kształcie leja nasypowego, cały zastawiony starymi, potłuczonymi butelkami i purpurowymi fiolkami, które obrosły skorupą kryształów, z mocno nadwyrężonym i dość złowieszczo wyglądającym woluminem rozłożonym pośrodku, pomyślałem, że to iście nekromantyczny mebel, co jak ulał pasowałby do warsztatu braciszka Bacona. Miał dwa atrybuty niezbędne przy rzucaniu czarów i wywoływaniu duchów: okrąg oraz trójnóg.” (s. 505)

Melville kapitalnie wciąga nas w wędrówkę nad przełęczą dzielącą to, co możliwe od niemożliwego. Dlaczego? Trudno wyzbyć się wrażenia, że chce nas obedrzeć, czy może tylko pozbawić złudzeń, którymi jesteśmy zainfekowani na wiele sposobów. Pisze wprawdzie o braciszku Baconie, co może się odnosić albo do bohatera komedii Roberta Greene’a, albo do franciszkanina Rogera Bacona, który, jak czytamy w posłowiu, „był radykalnym empirystą, a uchodził za nekromantę ze względu na przeprowadzane przezeń alchemiczne eksperymenty” (s. 575), ale posuńmy się jednak jeszcze dalej i uwiedzeni możliwością interpretacyjnych gier, rzućmy się w niebezpieczne rejony wolnych skojarzeń powodowanych tylko i wyłącznie identycznością nazwisk. Wprawdzie Francis Bacon nie był w żadnej mierze braciszkiem, choć spędził fragment swego życia w odosobnieniu, to przecież jest ikoną myślenia opartego na doświadczeniu, a nie definiowanego przez złudzenia i iluzje.

„Idole plemienia mają swe źródło w samej naturze ludzkiej, w samym plemieniu, czyli rodzie ludzkim. Fałszem bowiem jest twierdzenie, że zmysły ludzkie są miarą rzeczy. Przeciwnie, wszystkie percepcje, zarówno zmysłowe, jak i umysłowe, są dostosowane do człowieka, a nie do wszechświata. Rozum ludzki podobny jest do zwierciadła, które będąc nierówne (dla promieni wysyłanych przez przedmioty) swoje właściwości na te przedmioty przenosi, przez co je zniekształca i zmienia.” (Bacon, aforyzm XLI)

Jak pisze Krzysztof Lubczyński w cytowanym tu już artykule:

/„Stolik z drewna jabłoni, czyli autentyczne manifestacje świata duchów”, to między innymi satyra na XIX-wieczną modę na spirytyzm […]. Narrator Stolika podkreśla, że „gdy już człowiek zdobędzie klucz do czegoś, zaraz bierze go chętka, by otwierać, szperać i eksplorować. Szukajmy więc kolejnych ukrytych kluczy, obracajmy nimi…” – sugeruje Mikołaj Wiśniewski. Idąc śladem tych sugestii, w każdym z pozostałych opowiadań można doszukiwać się szarad, zwodniczych tropów i wieloznaczności./

***

Herman Melville – „Nowele i opowiadania”, przekład zbiorowy, posłowie i przypisy Adam Lipszyc i Mikołaj Wiśniewski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, str.654.

Zbyszek Kruczalak