----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----
Tomasz Leszkowicz

Tomasz Leszkowicz


 

Udostępnij swoim znajomym:

Lato 1941 roku i atak hitlerowskich Niemiec na Związek Radziecki okazały się przełomem nie tylko w historii świata. Również dla Polski był to ogromny przełom – dotychczasowy okupant na chwilę stał się sojusznikiem.

Gdy nad ranem 17 września 1939 roku jednostki Armii Czerwonej przekraczały wschodnią granicę Rzeczpospolitej Polskiej, Stalin był jednym z najważniejszych wspólników Hitlera w wywołaniu wojny światowej. Zawarty niecały miesiąc wcześniej pakt Ribbentrop-Mołotow doprowadził do podziału Europy Środkowo-Wschodniej na dwie strefy wpływów: niemiecką i radziecką. Okupacja polskich Kresów Wschodnich, która nastąpiła w wyniku agresji, oznaczała tragedię dla miejscowej ludności polskiej (choć nie tylko dla niej).

Upadek państwowości oznaczał dla mieszkańców Wilna, Grodna, Pińska czy Lwowa gwałtowną sowietyzację: zmiany polityczne, społeczne i gospodarcze, radykalną indoktrynację, odwrócenie dotychczasowego porządku. Wraz z nią na ziemie kresowe nadszedł terror – represje wymierzone w polskie elity, osadników wojskowych, urzędników, osoby posiadające jakikolwiek większy majątek. Zabójstwa, aresztowania, w końcu wywózki stały się niemalże codziennością. Ostatnie transporty na wschód odeszły z dawnych ziem polskich na krótko przed 22 czerwca 1941 roku.

Tego dnia jednak sytuacja radykalnie się odwróciła – Hitler wysłał wojska na swojego dawnego sojusznika, który przez pierwsze kilkanaście miesięcy wojny wiernie przysyłał Niemcom ropę naftową i inne ważne dla gospodarki Rzeszy surowce. Operacja „Barbarossa” miała na celu rzucenie Związku Radzieckiego na kolana w ofensywie przeprowadzonej według reguł „wojny błyskawicznej” – szybkich uderzeń pancernych, zmasowanych nalotów bombowych, okrążeń zgrupowań wroga. W pierwszych tygodniach, gdy wojna przetoczyła się przez Kresy Wschodnie, tak właśnie wyglądała sytuacja na froncie – władza radziecka upadała z hukiem, a wielu miejscowych Polaków odetchnęło z ulgą, że „czerwoni” idą precz. Niestety, wkrótce zacząć miała się nowa, równie brutalna okupacja przez „brunatnych”.

Wybuch wojny niemiecko-radzieckiej najbardziej ucieszył jednak… Winstona Churchilla. Brytyjski premier, który przez prawie rok toczył samotną walkę z Hitlerem, widział w Stalinie nowego sojusznika w powstrzymaniu Niemiec. Stary konserwatysta, zaangażowany dwadzieścia lat wcześniej w interwencję przeciwko rewolucji bolszewickiej, nie nawrócił się na lewicowe ideały – był jednak realistą, widział więc konieczność współpracy z jednym dyktatorem przeciwko drugiemu, bardziej groźnemu (skomentował wówczas, że gdyby Hitler najechał piekło, on sam wystawiłby Belzebubowi najlepsze referencje). Współpracę szybko udało się zawiązać, a wkrótce (po ataku japońskim na Pearl Harbor) dołączyły do niej Stany Zjednoczone. Za namowami brytyjskimi porozumienie ze Stalinem zaczęli też negocjować Polacy, dotychczasowi wierni sojusznicy Anglików.

Premier Władysław Sikorski stanął przed sporym dylematem. Cała historia stosunków polsko-radzieckich i polsko-rosyjskich nie zachęcała do wchodzenia w porozumienie z Moskwą. Dodatkowo agresja z 17 września 1939 roku była de facto początkiem wojny Polski z ZSRR, która wciąż trwała – Sowieci okupowali polskie terytorium i prześladowali polskich obywateli (co więcej, czego jeszcze wtedy nie wiedziano, wymordowali także polskich oficerów). Z drugiej strony pokonanie Hitlera była równie ważne, a przyciśnięty do muru Stalin mógł być bardziej skory do ustępstw na rzecz Polski. Stąd też polski premier podjął się rozmów, których efektem było podpisanie 30 lipca 1941 roku polsko-radzieckiego porozumienia, znanego jako układ Sikorski-Majski (Iwan Majski był w tym czasie ambasadorem ZSRR w Londynie, on też sygnował umowę). Na ceremonii zawarcia układu znaleźli się Churchill i jego minister spraw zagranicznych Anthony Eden, co pokazywało dobitnie, pod czyim patronatem zawiązywana jest ta ugoda.

Układ z 30 lipca zawierał tylko pięć artykułów oraz dwa tajne protokoły. Postanawiano, że umowy niemiecko-radzieckie z 1939 roku w sprawie podziału ziem polskich tracą ważność, wznawiano stosunki dyplomatyczne i powoływano Armię Polską w ZSRR, którą zasilić mieli amnestionowano obywatele polscy. Na jej czele stanął wkrótce gen. Władysław Anders – zasłużony uczestnik walk o granice i Września, więziony przez NKWD na Łubiance i namawiany do wstąpienia do Armii Czerwonej. Porozumienie polsko-radzieckie otworzyło drogę do wolności dla kilkuset tysięcy więźniów i zesłańców, będących ofiarami represji po 1939 roku. Do obozów Armii Andersa przybywali ludzie wyczerpani, którzy chcieli walczyć o Polskę. Inni, którzy nie mogli ruszyć do wojska, mogli teraz liczyć na lepsze warunki życia w ZSRR. Była to niewątpliwa zasługa gen. Sikorskiego, który zgodził się na rozmowy ze Stalinem.

W innych kwestiach umowa ta nie przyniosła sukcesu. Stalin po bitwie pod Moskwą coraz mniej znajdował się pod ścianą i coraz bardziej stawał się dla Amerykanów i Brytyjczyków niezbędny. Armia Polska zaczęła mieć problemy z zaopatrzeniem, chciano ją też wysłać na pewną rzeź na froncie. Doprowadziło to do ewakuacji wiosną i jesienią 1942 roku ponad 100 tys. żołnierzy i cywilów do Persji. Wiosną 1943 roku, gdy Niemcy ujawnili odnalezienie grobów katyńskich, Stalin wykorzystał to do zerwania złych już stosunków z Polską. Nie potrzebował ich już, bo postanowił zagarnąć ziemie polskie do własnej strefy wpływów. ZSRR stał się w ten sposób „sojusznikiem naszych sojuszników”.

Tomasz Leszkowicz