----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----
Zbyszek Kruczalak

Zbyszek Kruczalak


www.domksiazki.com

Udostępnij swoim znajomym:

tam Gdzie raki śpiewają

Czy tytuł na sens, a jeśli tak, to na ile?

***

Ksiądz Benedykt Chmielowski miał rację: jaki jest koń każdy widzi! Nie ma tu miejsca, a przede wszystkim potrzeby, na rozdzielanie włosa na czworo. Bo i po co? Komu i do czego to potrzebne. Jakieś analizy, zestawienia, porównania, doświadczenia, długotrwałe i pracochłonne badania, skoro jest, jak jest. Ten cudownie prosty, jak konstrukcja cepa, sposób bezmyślenia w postrzeganiu rzeczywistości, w szczególności konia rzecz jasna, pozostał nam, jakimś dziwnym sposobem, w spadku po autorze Nowych Aten. Ksiądz Chmielowski nie był zresztą jedyną, jasną gwiazdą na firmamencie polskiego encyklopedyzmu, którego dorobek nosimy z godnością i dzisiaj w naszych narodowych genach, co czyni z nas zaiste specjalne plemię.

***

Można by zapytać, aczkolwiek zupełnie nie wiadomo po co, w jakim języku postrzegamy owego konia i jak się nam on jawi, jeśli w ogóle. Pytanie o tyle ciekawe, co absurdalne, bo każdy w miarę rozgarnięty Polak wie, iż postrzegać można tylko po polsku, czego niezbicie dowodzi inny, nieco wcześniej od Chmielowskiego tworzący, wybitny polski, głęboko katolicki encyklopedysta, też ksiądz, Wojciech Dembołęcki, który w swym Wywodzie jedynowłasnego państwa świata jasno i oczywiście udowadnia, iż po polsku mówili już Adam i Ewa i dopiero afera pod wieżą Babel, zdetronizowała polski, jako język światowej komunikacji.

***

No cóż? Polscy księża wybitnymi encyklopedystami są, a koń jaki jest, każdy widzi, ale co to ma wszystko to kategorii tytułu, któremu powinniśmy się przyjrzeć, a nade wszystko, gdzie tu jest jakiś sens i logika, jak się swego czasu mawiało, bo dlaczego i gdzie śpiewają raki, dlaczego ten akurat kolor ma zapach niebieski, no i oczywiście pozostaje kwestia ministerstwa moralnej paniki.

***

Czyż w tej pomieszanej rzeczywistości tytułowej nie zatęskniliśmy natychmiast do wzruszającej, oczywistej oczywistości, jaką niesie w sobie księże spojrzenie na konia? Bo niby dlaczego raki mają śpiewać i to w kryminale, który nie jest kryminałem. Czym więc jest? Powieścią psychologiczną, obyczajową, tekstem o tajemniczym pięknie przyrody, dziennikiem dorastania w samotności? Historią dziewczynki z dołów społecznych? Opowieścią w destruującej biedzie i toksycznych ludziach? Może powieść Delii Owens jest tym wszystkim po trosze, ale dlaczego śpiewają w niej raki? Tytuł dotyka pewnych niemożliwości, z jakimi musimy się zmagać, by przetrwać. Sytuacje i miejsce, które nas definiują, często możliwe są tylko dla nas i niemożliwe dla innych, gdzie wydarzają się cuda i gdzie raki śpiewają. Cudowna metafora odnajdywania siebie w odwróceniu od innych i nieustannej do tych innych tęsknocie.

Jak prześmiewczo pisze Jarosław Czechowicz: „Ta powieść ma opowiedzieć o tym, jak bardzo potrafimy oddalać się od ludzi, kiedy tylko oni zaczną oddalać się od nas”.

***

Śpiewające raki wyrzucają nas w rzeczywistość rozlewisk, mokradeł i lagun Północnej Karoliny. Kto tam nie był ten trąba, kto był, to słyszał z pewnością owe raki i dlatego czuje i wie, o czym pisze Delia Owens. Bardziej czuje niż wie, bo nie może dostrzec, czy też zobaczyć raków w taki sposób, jak jaki ksiądz Benedykt widział konia, niekoniecznie zresztą własnego.

***

Śpiewające raki to detal w porównaniu z innym tytułem, który nas epatuje zapachem w kolorze. W jaki sposób zapach ma lub może mieć kolor, a jeśli już by miał jakiś, to dlaczego akurat niebieski? I jak ten kolor zapachu nakłada się na zbiór opowiadań emigracyjnych zawartych w książce Grażyny Skoczeń? Emigracja ma oczywiście wiele twarzy i to w różnych odcieniach. Niekoniecznie w ogóle trzeba emigrować, by być emigrantem. Można siedzieć, czy leżeć we własnym kraju i być poza nim. Niebieskość koloru w zbiorze Skoczeń, podobnie jak u Owens, wyrzuca nas w doświadczenie niemożliwego, które jednakowoż się wydarza. To właśnie ten moment dojrzenia zapachu pozwala nam zajrzeć w szczelinę, gdzie już nic nie jest takie jak było, i gdzie sączy się niebywałe – ale to doświadczenie ma niewiele wspólnego z koniem księdza Chmielowskiego, jak można się domyślać.

Mamy pewną, istotną trudność w dostrzeganiu kolorów zapachu, oczywiście jeśli nie jesteśmy perfumiarzami. Dla nich to oczywista oczywistość, prawie tak, jak dla autora Nowych Aten.

***

Raki śpiewają, zapach ma kolor niebieski, a wszystko to pod egidą Ministerstwa moralnej paniki. Książka Amandy Lee Koe jest niesamowita. Ten zbiór wydarzeń z życia kobiet rzeczywiście wprawia nas w stan paniki, jakkolwiek chyba niekoniecznie moralnej. Singapur w przeciwieństwie do Karoliny Północnej i Chicago jest klaustrofobiczny i niewyobrażalnie metaforyczny. Tłumy ludzi i drastyczny brak dotyku czy oddechu kogoś drugiego, bliskiego. Obezwładniająca samotność w nieustannych, odwróconym powtórzeniu. Kupujemy bliskość drugiego, ale to też na nic. Jeden z bohaterów Koe mówi:

„Kiedy tworzyłem Karuzelę, myślałem tym: o nieuchronnym, cyklicznym fiasku związków. O tym, jakie to krwawe. Jakie męczące. Jak uparci jesteśmy – my, to znaczy my wszyscy. Zwłoki koni kręcą się po podłodze, aż mięso przetrze się do kości. Są w ciągłej pogoni jedne za drugimi, ale zawsze będzie je dzielił ten sam dystans. Koliste rozmazywanie krwi po podłodze, końska padlina jako tępe, szczere narzędzie malarstwa.” 

I tym, szokująco zadziwiającym sposobem zatoczyliśmy magiczne koło dziejów powracając to barokowego konceptu konia, który jaki jest, każdy widzi, albo nie widzi.

Zbyszek Kruczalak